środa, 3 lutego 2010

A wicher dmie…

Obudziła mnie nieobecność kocia w łóżku. Czyli chłód atakujący mój lewy bok, nie ogrzewany Lepszą Połową. A zaraz potem usłyszałem człapanie… CZŁAP – człap – CZŁAP – człap. Jedno człap głośniejsze, jedno słabsze. Jakby po styropianie wyściełającym dziurę w suficie naszej chatki chodziła kulawa mysz w butach. Albo krasnoludek kuternoga. Z długą fajką, przepaską na oku i w marynarskim ubranku. Próbowałem sobie to wyobrazić, ale widać wyobraźnię mam ubogą, bo wychodził mi nieodmiennie krasnal ogrodowy…

No dobra. Na strych i tak będę musiał dzisiaj wejść. Obiecałem Lepszej Połowie naostrzyć siekierę. Będę więc musiał dociągnąć na strych przedłużacz i uruchomić wstawioną tam z braku miejsca gdzie indziej szlifierkę. Swoją drogą, bardzo to romantyczne: naostrzę Ci siekierę miła! Och luby, naostrz..! W sam raz na scenę balkonową – gdybyśmy mieli balkon naturalnie, a nie drabinę prowadzącą na strych. Więc, na strych i tak będę musiał wejść jak tylko się rozwidni. Zobaczę, czy nasz ogrodowy krasnal – marynarz kuternoga zostawił jakieś ślady. Ważniejsze pytania: która godzina i czy przypadkiem nie trzeba już wstawać..? Odgłos pociągu świadczył, że może tak właśnie być. Oraz drugie: gdzie jest koć i skoro nie jest w łóżku, to dlaczego jest tak cicho..? Zwykle bowiem, Sylwestra rusza się ze swojego wygrzanego miejsca (kto kogo w tym układzie ogrzewa jest bowiem kwestią punktu widzenia…) tylko, kiedy chce jeść, albo ewentualnie, musi wyjść za potrzebą. I ani w jednym, ani w drugim przypadku nie siedzi cicho, tylko głośno swoim pragnieniom daje wyraz!

Zebrałem się w sobie i wstałem. Na wieży była dopiero 4.30, więc jeszcze co najmniej pół godziny pod kołdrą. Fajnie. A koć? Koć siedział na swojej walizce w kącie. Oczywiście, jak już poszedłem do łazienkowej części naszej chatki, wylać karpackie, na które pozwoliłem sobie w przypływie rozrzutności wieczorem (2 zł za butelkę w naszym wioskowym sklepiku, dość słodowe, ale nie aż tak jak np. strong; da się wypić…), koć natychmiast teleportował się pod lodówkę i trzeba ją było chrupkami ukontentować. A potem zagonić do łóżka, bo zjadłszy, zaczęła pazury o nasz drewniany filar ostrzyć i biegać po chatce z właściwym sobie tupaniem. Nigdy wcześniej nie miałem kota, który tupie! Murkis, świeć Panie nad jego duszą, jeśli ją miał, nie tupał. A Sylwestra tupie. Przy czym tupie jakoś tak, że u Lepszej Połowy wywołuje to odruchową reakcję kopania mnie pod kołdrą, żebym natychmiast coś z tym zrobił. Tj. albo nakarmił, albo wypuścił, albo z powrotem do łóżka zagonił. Co uczyniłem, zyskując w zamian jakieś 25 minut wygrzewania się nim, zwłókłszy się z wyra po raz kolejny, wstałem już na dobre, zaczynając dzień od napojenia i nakarmienia naszych czterokopytnych milusińskich pod wiatą.

Po co ja o tym wszystkim opowiadam…? A po co słoń ma trąbę? Żeby się tak gwałtownie nie zaczynał! W poniedziałek dotarł na mój rachunek przelew, na który czekałem. Przebijając się przez kopny śnieg dotarłem do stacji w Strzyżynie, w Warce wypłaciłem w bankomacie ile się dało, zrobiłem duże zakupy w Pierdonce i wróciłem pociągiem, a potem piechotą, z tobołami, przez ówże kopny śnieg. Prawda, jak to się gładko pisze? A wszystkie mięśnie do tej pory mnie bolą. Moje stopy przypominają, jak to ładnie określiła Lepsza Połowa, „bułeczki“ – tak spuchły. Zwłaszcza, że wczoraj doszło do tego 10 taczek nawozu wywiezionych spod wiaty i 5 taczek drewna z sąsiednich chaszczy. Do porąbania któregoż to drewna będzie Lepszej Połowie potrzebna ostra siekiera.

Generalnie, to przez ostatnie kilka dni uzupełnialiśmy zapasy. Jeszcze w niedzielę Wojtek przywiózł kilkanaście kostek słomy. W poniedziałek zrobiłem zakupy spożywcze i już dwie taczki drewna przytargałem. Wczoraj uprosiłem dostawę dwóch kolejnych belek siana i przy okazji trzech worków owsa. W połączenie z drewnem, powinno nam to pozwolić przetrwać kolejny tydzień. O ile drewno będzie chciało się palić, a marnie to póki co idzie: jest, niestety, bardzo mokre. No, ale czy do tej pory paliliśmy lepszym? Trzeba sobie radzić!


Tak więc wszystko jest przygotowane do tego, żebym mógł pojechać do Warszawy i siedzieć w bibliotece. Co uczynię za jakieś dwie godziny. Z pewną obawą co prawda, pamiętając co się działo tydzień temu – a także dlatego, że każdy podmuch szalejącej nad nami wichury wprawia naszą chatkę w febryczne drgawki. Koza trzęsie się i szczęka metalicznie. Aż dziwne, że przy tym wszystkim człowieka budzi nie wicher, nie szczękanie kozy, a jakiś kulawy i pewnie zapijaczony (jak to marynarze) krasnoludek na strychu, czy tupanie własnego kocia…

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...