czwartek, 25 lutego 2010

Susza Ostateczna

Zalało, to musi suszyć. Takie jest prawo natury. Hydroforni też dotyczy. Zalało ją tak, że woda aż do sterownika pompy sięgnęła – no i budzi mnie o wpół do piątej Lepsza Połowa z hibową wieścią: pompa nie działa! Spaliła się od tego załączania o pięć litrów..? E, nie: przecież nie w nocy!

Poczłapałem do hydroforni pewien już prawie, że wiem o co chodzi. Faktycznie. Wody po kolana. Wziałem wiaderko i zaczłem wylewać. Stoję na drabinie. Schylam się. Napełniam wiaderko. Prostuję. Wylewam za burtę. I tak przez pół godziny. Nagle słyszę: coś ciurka. Jakby strumyczek. Patrzę: w miejscu, gdzie rura w ścianę wchodzi, gejzer bucha. Wszystko, co wylałem górą, właśnie wraca dołem.

Na powierzchni ziemi przed hydrofornią dziurka się zrobiła, jak po krecie i wir i woda tym wirem z hałasem do hydroforni wraca. Ładnie!

Już myślałem, że póki sołtys z motopompą nie przyjedzie, wody nie będzie. Ale nie. Udało się załączyć. Pewnie, że nie na długo – woda, wiadomo od Archimedesa, będzie się lała, aż się poziom wyrówna. Nie zaleje hydroforni po dach tylko dlatego, że wcześniej zacznie spływać wierzchem w stronę niżej położonej naszej chatki i lasku (gdzie jest sam dół działki), a potem – przez padok do wsi. I w ten sposób w miejscu naszej hydroforni trysną źródła Nowej Amazonki. Albo Nilu. A my już na zawsze zostaniemy bez wody. Bo jak Nil – to przecież i pustynia, prawda? Prawo natury…

Trzeba będzie ten sterownik podnieść wyżej i tyle. I tak cud Boski, że dopiero teraz zalewa.

Poza tym, to ze zmęczenia i irytacji kręci mi się w głowie. Irytacji wielokierunkowej i wielostopniowej. Już chyba przechodzącej w rezygnację, zresztą – choć się przedtem, zupełnie niesprawiedliwie, Lepszej Połowie za niewinność oberwało.

Nasze księżniczki, oprócz wyrafinowanej urody, posiadają równie wyrafinowany smak. Owies na słodko wywołał u nich równie wielki entuzjazm jak ryż na słodko serwowany w barze mlecznym z dżemem jabłkowym i śmietaną u pewnego znajomego Japończyka. Czyli zgoła żaden!

Kolacja przedwczoraj, kiedy podaliśmy go po raz pierwszy, ciągnęła się przez to pół godziny, bo przecież każda musiała sprawdzić, czy przypadkiem u koleżanki nie jest lepsze, a już w ogóle to najbardziej zjadliwe było to coś po rozsypaniu na ziemi.

A wczoraj rano obudziło mnie dojmujące poczucie, że coś jest nie w porządku… Co? Jasno było… Jasny gwint! Zaspałem. Prawie całą godzinę. No i w efekcie pierwszy raz w tym roku konie dostały śniadanie przy świetle dziennym. Nim pojechaliśmy na targ zdążyłem pobawić się Wendi – stwierdzając najpierw, że istotnie, leje się po wężu wychodzącym z pompki wspomagania, a potem – że utknąłem w śniegu przed chatką, a dla wyjechania potrzebne były długie, intensywne i bolesne ćwiczenia przód – tył, oraz łopata – ziemia – powietrze tylko dlatego, że zapomniałem załączyć napęd na przód… A przejechałem naszą drogę, która od pewnego już czasu jest dość wyboistym i zdradliwym dnem rwącego strumienia (to ten przyszły Nil…). Widać można! Powiem panu Heniowi, listonoszowi, żeby się gonił, jak będzie chciał, co by do niego wyjeżdżać. Ja mogłem, to i on da radę!

Zdążyłem też te poranne ćwiczenia rakietowo – gimnastyczne i panienek naszych humory Państwu opisać. Tylko, że mi tego opublikować nie dało. Połączenie nawet było, ale tak niestabilne, że się menu panelu „Nowy post“ nie umiało do końca załadować.

W Warce dopytałem się, gdzie w Grójcu zakuwają przewody hydrauliczne. Trochę było przy tym komplikacji, bo pan, który zakuwa, sam przewodów nie zdejmuje ani nie zakłada (proszę, jaka wąska specjalizacja! A podobno mało jesteśmy urynkowieni…) i skierował mnie do warsztatu po drugiej stronie Grójca (ale wreszcie zacząłem się trochę orientować w topografii tego miasteczka dzięki tej wycieczce! Bo kiedyś na rynku z przyczepą zabłądziłem…). Ale dało się. Zakute, zdane, zapomniane. Bo wszystkiego 80 zeta, łącznie z robocizną (z czego robocizna 50: następnym razem sam wyjmę i stopem pojadę…). Cztery razy mniej niż bym za sam tylko wąż zapłacił, gdybym go chciał wymieniać. Ponieważ na tym przewodzie jest jeszcze jedno potencjalnie słabe miejsce (bo w ogóle długi jest i skomplikowany…), które pewnie też wcześniej czy później puści – to myślę, że jeszcze mi przyjdzie do Grójca w tej sprawie pojechać, tfu, tfu, tfu!

W tym czasie, gdy ja się bawiłem w mechanika (chłopak, który węża zdejmował i zakładał, pierwszy raz grzebał w Patrolu, trzeba było mu pomóc), Lepsza Połowa szalała z miotłograbiami. Które, nota bene, też już zaczęły się męczyć materiałowo – mnie się w rękach trzonek, z rurki stalowej złożony, tam i z powrotem wyginał potem… Pozgrabiała mierzwę z placu przed wiatą oraz to wszystko, co z taczki przez dwa miesiące uroniłem wzdłuż drogi. Wyszło tego 12 nawrotów taczki na same tylko kupki, które pozgrabiała i – nie mogąc taczki w mokrym śniegu poradzić - zostawiła. A jeszcze trochę trzeba było, chociażby symbolicznie, spod wiaty wybrać. Skończyłem zwozić i wybierać akurat na kolację. Która znowu się ciągnęła, a wybredne panienki po raz kolejny wysypywały ziarno na ziemię i zamieniały się wiaderkami. Nie powinienem może się przyznawać, ale również i one zaczęły mnie irytować. A już ten obrzydliwy zwyczaj, żeby kostki siana, do których mają teraz swobodny dostęp, bo barykada ze słomy, z braku wystarczającej ilości słomy, padła ostatecznie właśnie wczoraj, wynosić na mokre..! Za konie oberwało się Lepszej Połowie…

Za oknem mokro i ponuro. Od wczoraj siąpi jakiś drobny i rzadki kapuśniaczek. Nie chce mi się nawet powieką ruszyć. A tu tyle rzeczy do zrobienia! Sołtysa trzeba nakłonić, żeby z motopompą jednak do nas zajechał. Na dłużej tego starczy niż wylewania wiaderkiem – zwłaszcza kiedy, wiaderkiem wylane, od razu wlewa się z powrotem. Słomy trzeba od Radka przywieźć. Takoż od Radka sprężarkę pożyczyć i hydrofor naprężyć. Już nowa warstwa mierzwy wyszła, trzeba pozbierać. Lepsza Połowa wysunęła rewolucyjny projekt, żeby lód skuć i razm z mierzwą wyrzucić. Fakt, pomysł dobry, ale jak to zrobić..? Resztę drewna, które jeszcze w poniedziałek przywiozłem, trzeba porąbać. Kiedy uda się przez tę breję dobrnąć do poręby i przywieźć następną partię – Bóg raczy wiedzieć. Zleceniodawca się (słusznie) zaczyna niecierpliwić – trzeba w bibliotece posiedzieć i to co najmniej przez kilka dni. Ale jak to wszystko zostawić, jak tu cały czas klęska żywiołowa..?

1 komentarz:

  1. Cieszę się, że moja metoda na "zaklinanie węża" zdała egzamin:) A i cena, wydaje mi się rozsądna była. I nie warto żałować tych 50 zł za robociznę, bo gwint na przewodach drobny i zdradliwy. Jeśliby coś się urwało albo omskło, to zostajemy w czarnej d... i pozostaje nam słać jedynie modły na przemian z przekleństwami pod adresem zależnym od światopoglądu i wyznania... A w przypadku, jeśli coś pójdzie nie tak w warsztacie, to już problem Panów Mechaników:) Tak, 50 zł to moim zdaniem dobra cena za święty spokój:)
    Powodzenia w walce z wiosną tym razem;)

    Mariusz

    OdpowiedzUsuń

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...