niedziela, 21 lutego 2010

Lód

Przed wiatą dla koni ciągle leży około dziesięciocentymetrowa skorupa ubitego kopytami lodu, zmieszanego z resztkami gówna, siana i słomy – wszystkiego, co się zebrało przez dwa miesiące, w trakcie których śniegu tylko dopadywało, nie pozwalając wysprzątać tego miejsca do gruntu. Codziennie wierzchnia warstwa lodu odmarza, pozostawiając na powierzchni mierzwę z końskiego nawozu, siana, słomy, resztek gałęzi, które konie przez te dwa miesiące zjadły i wszelkiego innego brudu. Codziennie tą wierzchnią warstwę staram się zbierać. Jeśli nie będę tego robił, osiądzie w końcu na powierzchni ziemi, tworząc nieprzepuszczalną dla wody, gnijącą powłokę.

Już raz tak było. W październiku. Po kilku dniach zalegania śniegu, który spadł 14 października została nam na długo pamiątka w postaci bagna przed wiatą. Nie chcę nawet myśleć, co się stanie, jeśli teraz zaniedbam zbieranie tej mierzwy!

Nie jest to takie łatwe. Wczoraj rozpadły się ostatecznie stalowe miotło – grabie z Praktikera, które już wcześniej dwa razy z elementów pierwotnych składałem. Trzeci raz złożyć się już nie dały. Zmęczenie materiału. Rację miał mój przyjaciel Janek, gdy mówił, że w Europie porządnego hardware’u nie sprzedają! Szkoda, żeśmy jego pomysłu, na otwarcie w Warszawie sklepu z amerykańskim sprzętem typu siekiery, łopaty, szpadle, grabie – w końcu, z braku pieniędzy, nie zrealizowali. Przynajmniej może jakie porządne grabie by mi potem zostały. Albo taczka, która by się po dwóch miesiącach nie rozpadła.

Dziś, w każdym razie, posprzątaliśmy wspólnymi siłami dość porządnie. Co było o tyle łatwiejsze, że chłodniej niż wczoraj i lód wolniej się rozpuszczał. Choć nasza droga do wsi na odcinku, na którym idzie wzdłuż naszego ogrodzenia, jest już wolna od śniegu i lodu. Za to cała ta rozpuszczona woda spłynęła niżej, bliżej wsi – i przejść do wsi bardzo trudno, polami przez ciągle głęboki śnieg trzeba kluczyć.

Nadeszła pora by zdecydować ostatecznie, jaka będzie konwencja gatunkowa naszej wspólnej opowieści o hrabinie i jej wierzchowcach (tudzież dżygitach, hrabim, generale Kuropatkinie i pewnie jeszcze kilku innych postaciach…)? Wygląda na to, że siłą rzeczy najbliżej jest nam do realistycznej powieści w XIX-wiecznym stylu tak, jak tu już nas na samym wstępie zaszufladkowano – ale taka etykietka przecież nie wyczerpuje całości problemu! Czy ma to być romans, powieść szpiegowsko – detektywistyczna, historyczna, czy może realizm odrobinę magiczny..?

Jak na razie zmierza to, w sposób trochę niekontrolowany, w stronę historii alternatywnej. Co by było, gdyby achałtekińce miały swoją lady Westwood, której w rzeczywistości nie miały?

Manipulacje historią muszą mieć jakiś sens. Obawiam się, że jedna taka hrabina, nawet nieprzytomnie w tych koniach zakochana i nawet importująca je setkami na Zachód, póki jeszcze było można – niewiele by zmieniła.

Konie achałtekińskie z całą pewnością nie są ani o gram gorsze od arabów. Nie są też żadną „środkowoazjatycką odmianą araba“. To całkowicie niezależna, samodzielna i bardzo starożytna (w każdym razie, posiadającą o wiele dłuższą pisaną historię niż konie arabskie) rasa gorącokrwistych koni orientalnych. Oczywiście, że każdy miłośnik tych koni chciałby, żeby zajmowały teraz w końskim świecie taką pozycję, jaką mają araby. Czyli – drugiej po koniach pełnej krwi angielskiej rasy uważanej powszechnie za ideał i wzorzec i używanej do uszlachetniania i tworzenia innych ras.

Przodkowie koni achałtekińskich byli bardzo blisko tej pozycji. Gdyby Imperium Ottomańskie  jeszcze z pół wieku utrzymało się jako groźna potęga…

Tak się nie stało. Poza Turkami konie z Azji Środkowej interesowały tylko Rosjan. I nikogo więcej. W 1912 roku, pięć lat po radykalnej zmianie sojuszy i rosyjsko – brytyjskiej entencie, Turkmenia była wewnętrzną sprawą Rosji i nikt palcem by nie ruszył, żeby tam w ogóle pojechać. Bo i po co? Albo to gdzie indziej nie można się piasku i kobylego mleka nałykać..? Zresztą i wcześniej, gdy jeszcze trwała rywalizacja mocarstw o Turkiestan, Brytyjczycy od początku Turkmenię sobie odpuszczali – jest zbyt izolowana i leży zbyt daleko od morza (Kaspijskiego przecież nie można liczyć…), żeby dało się tam tanim kosztem jakąś przykrość Rosjanom zrobić.

Tymczasem Bliski Wschód co najmniej od wyprawy Napoleona do Egiptu nieustannie przyciągał uwagę Zachodu. Szczególnie Brytyjczyków. Nie tylko z uwagi na bezpieczeństwo najkrótszej drogi do Indii. Wszak – jak ktoś mądry kiedyś zauważył – podstawą religijnego wychowania w anglikańskich szkołach był Stary Testament. A to czyniło z Palestyny i okolic środek świata nawet w czasach, gdy realnie ta jałowa, kamienista ziemia nie była warta złamanego funta – tj., zanim Francuzi, na złość Anglikom, przekopali Kanał i zanim się okazało, że kawałek dalej spod piasku tryska ropa, która jest jednak czymś więcej, niż tylko geologiczną ciekawostką…

Konie arabskie po prostu nie mogły nie zrobić światowej kariery. Europejczycy już w XVIII wieku przebierali się za Beduinów, studiowali Koran i uczyli się arabskiego. Za Turków się nie przebierali, tureckiego się nie uczyli, a turecka poezja do tej pory jest ezoteryczną dziedziną, znaną łącznie nie więcej niż dziesięciu specjalistom na świecie. O koniach tureckich, jak niedawno sprawdziłem, nie ma ani jednej publikacji w języku innym, niż turecki! Tym mniej kogokolwiek interesowała mityczna prakolebka wszystkich Turków – Turkmenia. Kiedy lady Westwood, nie mając na to najmniejszego cienia dowodu, orzekła autorytatywnie, że konie, na których jeździli Turcy – a które, importowane na Wyspy, posłużyły wszak do wyhodowania koni pełnej krwi angielskiej – to wszystko były „araby najwyższej klasy“, nikt nawet nie pomyślał, aby to gołosłowne stwierdzenie weryfikować.

Oczywiście że utuczeni petrodolarami szejkowie nie mają żadnego interesu, żeby ten stan rzeczy zmieniać. Posiadanie rzekomo najstarszej i najszlachetniejszej rasy koni na świecie nobilituje przecież tak niedawno pogardzany nawet przez innych Arabów, nędzny, koczowniczy żywot ich dziadów i pradziadów. Tak samo nie mają w tym interesu hodowcy koni arabskich, co przecież jasne.

Historia mogła się potoczyć odmiennie, gdyby nie było rewolucji i bolszewizmu w Rosji. Generał Kuropatkin dożyłby swoich dni w rodzinnym majątku Szeszurino pod Pskowem, nie napastowany przez żadnych „bandytów“. Konie, które promował, znajdowałyby nabywców wśród rosyjskich arystokratów – oraz, oczywiście także wśród rosyjskich szejków naftowych (diamentowych, węglowych, stalowych, tekstylnych i innych…), którzy w ten sposób próbowaliby się do arystokracji zbliżyć. Ta moda ogarnęłaby z czasem także inne kraje na świecie. Koni achałtekińskich byłoby dzisiaj nie 5 czy 6, a 100, może 200 tysięcy – i nie pochodziłyby od całkowicie przypadkowych 468 klaczy i 287 ogierów, jakie udało się zrabować bolszewikom nim większość bogatych Turkmenów uciekła (przecież, że nie na piechotę…) przez góry do Iranu i Afganistanu – tylko od najlepszych koni, wybranych z licznej i różnorodnej populacji.

Obawiam się jednak, że wąskie, gładkie, arystokratyczne rączki naszej hrabiny to za mało, aby przestawić zwrotnice Dziejów i zatrzymać Demona Rewolucji! Dukaj, do którego się tu nieprzypadkowo w tytule odwołuję, żeby tego Demona bodajże spowolnić, skuł go z innego wymiaru przybyłem Lodem. A i to na długo nie wystarczyło…

Jeśli więc nasza hrabina ma być tekińską lady Westwood – to jej misja, zgodnie z historyczną prawdą, skazana jest na niepowodzenie. Dlatego właśnie, w żadnym razie NIE MOŻE kupić Melekusza, a tym mniej – wywieźć go zagranicę, nim bolszewicy staną u bram aszchabadzkoj słucznoj koniuszni!

Co do anatomii i fizjonomii naszej bohaterki, nie czuję się tak kompetentny jak w kwestiach natury ogólnej. Propozycja, aby była kopią Awdotji Jakowlewny wydaje mi się kłócić trochę z jej rolą niedoszłej tekińskiej lady Westwood. Żeby próbować taką rolę odgrywać, raczej nie powinna być Rosjanką.

Prawdę pisząc, od samego niemal początku, a już na pewno od czasu drinków z palemką i malowania paznokci, najbliższy mi jest taki wizerunek hrabiny:
 Tyle, że ma go przez 24 godziny na dobę i nie zamierza zmieniać!

1 komentarz:

  1. Może nasza opowieść mogłaby być powieścią realistyczną, żeby na kanwie wymyślonych, hrabiowskich wydarzeń wpleść wątki z historii achałtekińców, hodowli, stadnin, ludzi z nimi związanych...tak, by każdy z czytających znalazł coś dla siebie.
    Hrabina ma być rudowłosą pieknością? Niech wobec tego tycjan jej gęstych kędziorów zapłonie w aszchabadzkim słońcu, a mleczna skóra, karmiona dużymi dawkami snu i maseczkami z poziomek zniewala każdego bez wyjątku. Że upierścienione, smukłe dłonie, to juz oczywiście nie muszę dodawać. Rozwińmy wobec tego wątek prywatny z dżygitem (-ami?) i wplećmy jakąś historię o achałtekińcach.
    Pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...