poniedziałek, 8 lutego 2010

Lis Przechera

Konie napojone i nakarmione, mają się doskonale. Koza się pali. A ja z niecierpliwością wypatruję świtu. Jeśli wczoraj było ciężko, to co będzie dzisiaj? Na 10.00 zamówiony kowal. Dobrze by było porządki pod wiatą skończyć wcześniej, co by wstydu nie było, że brudno. Wczoraj niemal już nadludzkim wysiłkiem woli (bo nie nóg! Te trzęsą mi się tak, że nawet z pustą taczką zataczam się jak pijany, a co dopiero z pełną i to jeszcze w kopnym śniegu..?) przytargane drewno trzeba porąbać. O 12.00 zaczyna dyżur lekarz. Więc jak tylko kowal skończy, trzeba dzwonić i jechać – albo od razu, albo, co pewniej, po karmieniu koni, czyli po 14.00. Co oznacza ryzyko powrotu już po zmroku, a po naszej dróżce różnie to może wyglądać…

Generalnie, jak to w poniedziałek, deprechę mam i poczucie winy. Normalnie to dlatego, że nie biegnę do biura czy innej fabryki wbity w garnitur (swoją drogą, jak chcę myśleć o jakiejś robocie, to wcześniej czy później będę musiał takowy kupić: poprzedni „służbowy“ mundur, rozpadł mi się zwyczajnie, a że długo już nie był potrzebny…). A teraz jeszcze, od wczoraj, także z powodu lisa…

Lis przechera spacerował sobie po naszym padoku gdy wracałem, już po przytarganiu rzeczonego wyżej drewna, ze sklepu. Oczywiście, także dlatego, że nogi i ręce mi się trzęsły, wyrzuciło mnie z drogi i to tak skutecznie, że się nasza biedna, spracowana i (bez wątpienia) cieknąca Wendi wklinowała między dwie sprasowane ściany ze śniegu. Odkopując się, straciłem lisa z oczu. Dopiero gdy szczęśliwie dotarłem do chatki i poszedłem poić konie, jak zwykle około 17.00, lis zjawił się w całej, by tak rzec, okazałości. Chudy dość. Na zaskakująco długich łapach. Z długimi uszami i długim wąskim pyskiem. Oraz oczywiście – z długim, puszystym ogonem.

Siedział, a momentami nawet leżał pod padokową brzózką, wszystkiego może 20 metrów od wiaty dla koni. Nie wiem. Myszy wypatrywał..? Pewnie tak. Zbożne to zajęcie, zwłaszcza odkąd nie ma Murkisa. Wolałbym jednak, żeby oddawały mu się sowy, inne drapieżne ptactwo i może znowu jakiś dochodzący ze wsi koć. Bo chude lisy to jednak podejrzanie wyglądają! Taki lis przechera dziś zdrowy i puchaty – ale czy ja mu zabronię wściec się jutro..?

Przyprowadziłem Lepszą Połowę (która bohatersko mimo, że czuła się gorzej, połowę tego przytarganego drewna porąbała i ułożyła! A potem jeszcze zrobiła masaż szyi mojej znerwicowanej Dalii wlkp, z wielkim tej ostatniej ukontentowaniem…). Wzięła swojego konia i za nim się kryjąc, podeszliśmy do lisa przechery bliżej. Ciemnawo już było, więc o robieniu zdjęć nie było mowy.

Lis pewnie dałby się podeptać, bo na nasze za koniem ku niemu zbliżanie w ogóle nie reagował, ale przed brzózką kończyła się wydeptana w śniegu ścieżka i koń dalej iść nie chciał. Podeszliśmy więc bliżej już bez konia i tym razem lis zareagował. Jednakowoż oddalać się od nas począł dopiero, jak użyłem słów kluczowych: „kuśnierz“ i „czapka“! Puściłem się za nim w niespieszną pogoń przez głęboki śnieg padoku (na szczęście, ciągle byłem w gumiakach; Lepsza Połowa zakładając pierwsze z brzegu buty w pośpiechu, zamoczyła nogi i musiała odpuścić). No i okazało się, że żadnego zgoła autorytetu u tego zwierza nie mam. Podpuszczał mnie do siebie na 5 – 10 metrów. Ruszał dalej dopiero uruchomiony wyżej wymienionymi hasłami. Kamień bym miał w ręku, a czapka z lisa byłaby moja…

Takeśmy sobie szli, jeden za drugim. On przystając co chwila, siadając i oglądając się na mnie. Ja brnąc przez śnieg i jak głupi jaki wykrzykując co chwila „czapka!“, „kuśnierz!“. Dobrnęliśmy przez cały padok, do ogrodzenia od strony wsi. Dalej to samo. Dobrnęliśmy do drogi. Bez zmian. W końcu przeszedł na drugą stronę drogi, już całkiem blisko wsi. Jak zrobiłem to za nim, ruszył wreszcie w stronę zabudowań.

Ale wysypując popiół z kozy godzinę temu widziałem lisie ślady przy naszych śmieciach. Jeszcze nie całkiem przez pruszące z nieba białe gówno przysypane. Znakiem tego wrócił. Przechera!

No i przez zaklinowanie się Wendi w śniegu oraz przez te zabawy z lisem przecherą nie zdołałem wczoraj tego drewna porąbać i muszę to zrobić dzisiaj. Co wcale mi nastroju nie poprawia. Na środę zapowiadają kolejne obfite śnieżyce (jakby białe łajno i tak na dłużej niż kilka godzin przestawało ostatnio padać..?!). Nawet więc, gdyby mi nie żal było cieknącej ropy, to i tak najpóźniej jutro muszę zaprowadzić Wendi do warsztatu w Warszawie. Gdzie pewnie zostanie na jakiś czas. A ja, tak czy inaczej, cały dzień jutro w stolycy stracę, bo skoro już pojadę, to i kółko do taczki dobrze by było wreszcie kupić i w bibliotece choć trochę nad indeksowaniem posiedzieć. Czyli, że muszę jakimś cudem zapas drewna i na jutro wyczarować. Jeszcze, w miarę możliwości suchego, żeby się Lepszej Połowie jako tako paliło.

Pytacie dlaczego nie kupić węgla..? No cóż: ostatnio i tak nie było go jak przewieźć. Chyba dalej nie bardzo jest jak. A poza tym, nasza koza jest na tyle mało szczelna, że jednak palić w niej węglem po prostu strach. Już pomalowana deska, jak się trafi, wrażliwe płuca Lepszej Połowy drażni. A co by było z węglowym czadem? Nie, lepiej tego nie próbować. A że się właśnie rozwidnia, to do roboty czas. A tu koć nasz domowy, od czasu tej kostki mintaja całkiem zdziecinniały, pobawiwszy się kulką z papieru, na kolana się pcha…

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...