sobota, 27 lutego 2010

Hydrozagadka

Z tym laniem się do hydroforni to jest jednak pewne intelektualne wyzwanie. Rozwiązanie problemu od strony technicznej wydaje się dość proste – starczy zawór ze sterownikiem pompy wyżej podnieść. Niepotrzebną nam do niczego zamrażarkę, którą tam wstawiłem, jak jeszcze trochę poćwiczę przysiady z wiaderkiem na drabinie, może dam radę wrzucić na strych. Albo w ogóle wyrzucić, bo choć nadal jest szczelna (co poznaję po tym, że pływa), to już bałbym się ją włączać. Tak to jest ze sprzętem, którego nikt na Allegro nie chciał kupić, a wyrzucić od razu było mi żal, bo nowy i na gwarancji (zupełnie nie trafiony prezent to był…).

Gdybym się nie był spłukał do szczętu na uruchomienie samochodu, to już bym jechał do Warki po rurkę i sołtysa z narzędziami prosił, żeby to podniesienie zaworka uskutecznić.

Radkowi, druhowi memu serdecznemu piwnicę podobnoż zalewa. Wysłał więc żonę do teściów po elektryczną pompkę i gotów jest się nią (pompką, nie żoną!) podzielić, jak już przyjedzie. Chętnie pomogę w transporcie.

Tymczasem zaś, mogę sobie przysiady dowoli ćwiczyć. Jak na razie z takim głównie skutkiem, że gdyby nawet Lepszej Połowie przyszła do głowy nader nieprawdopodobna fantazja zażądania ode mnie wypełnienia (poza)małżeńskich obowiązków, to bym się z całą pewnością nie wywiązał. I nie wiem, jak mi się uda pod wiatą posprzątać: Sodomia i Gomoria, co te konie przez noc wyprawiały z resztkami siana! Fakt, znowu zaspałem. Nie wiem nawet po czym. Wróciłem z biblioteki jak mogłem najszybciej, poganiany telefonami Lepszej Połowy, która już nie dawała rady z wiaderkiem – wpadając po drodze w sam środek transportowej apokalipsy spowodowanej zalaniem tunelu średnicowego bodajże (coś mnie ta woda prześladuje..?). Nie tak więc szybko jak bym chciał, ale dotarłem do chatki o całkiem przyzwoitej porze, sklep we wsi jeszcze działał, mam dowód: piwo kupiłem! Po drodze uprosiłem zresztą telefonicznie sąsiada, żeby jeszcze raz beczkowozem do sucha wybrał, nie musiałem więc aż tak znowu na złamanie karku gnać. Zjadłem, posiedziałem przy kozie, koniom wody do wanny nalałem i zasnąłem, nie czekając nawet, aż Frodo zaplącze się w sieci tej wielkiej pajęczycy (tak to jest, jak się osobisty egzemplarz „Władcy…“ pożycza do przeczytania własnej siostrze i nigdy już nie dostaje się go z powrotem – nie ma jak sprawdzić szybko imienia, które wyleciało z głowy…: kompozycja tekstu się rwie od takich wstawek, ale co mam zrobić – jestem już w wieku, w którym przystoi lekka przynajmniej skleroza…). Więc nie wiem, dlaczego zaspałem. A tak: koć mnie nie obudził przed 5.00, jak zwykł był to czynić…

W każdym razie, moje zaspanie nie usprawiedliwia rozpirzenia na cztery wiatry pięciu niewinnych kostek siana (po jednej na łeb..?) i zamoczenia ich w kałużach, stojących przed wiatą! I co ja mam z tym teraz zrobić..? Do niczego się już nie nadają. W tym tempie, powinienem na poniedziałek jakiś transport słomy i siana zamawiać. A tu jeszcze cała lodowa skorupa bynajmniej nie zeszła, a za to już na jej powierzchni – bagno się tworzy, które trzeba wywieźć na pustynię.

Koniecznie też muszę bodaj jedną brzózkę zerżnąć i przywieźć, bo tego drewna co zostało, nawet na dzisiaj nie starczy.

Ponieważ nie wiem, od czego zacząć, to narazie odpoczywam po odpompowaniu pompą ręczno – wiaderkowo – taczkową o mocy 1 JM (Jacka Mechanicznego) wody z hydroforni, a zaraz pojedziemy na żywieniowe zakupy do wareckiej Pierdonki.

Odpoczywam i teoretyzuję sobie, skąd się ta woda w hydroforni bierze? Co poniekąd dowodzi, że jeszcze ze mną nie jest tak źle, skoro na teoretyzowanie mam dość sił. Cyt! Nie mówcie tego Lepszej Połowie, bo zaraz coś mi do roboty znajdzie… J

Hydrofornia jest w miejscu, gdzie było mi po prostu najwygodniej wybudować ujęcie wody. Przypadkiem jest to też miejsce, które wskazał zaprzyjaźniony różdżkarz – amator (zastrzeżenie że amator od niego samego pochodzi, poza tym jest inżynierem). Nie brałem, przyznaję, tego wskazania zbyt poważnie – geolog zapewniał, a i z mapy to dowodnie wynika, że woda jest tu dokładnie wszędzie, trzeba tylko odpowiednio głęboko wiercić. Ponieważ będziemy w przyszłości potrzebowali tej wody bardzo dużo: do basenu dla koni, do pieczarek i do podlewania padoków, bo w normalnym roku raczej schną marnie, niż w wodzie gniją – to od razu zakładałem, że wiercę na optymalną pod względem wydajności głębokość i nie oszczędzam na tym. Podobnoż teoretycznie mogę mieć nawet do 20 m3/h, co rzecz jasna przekracza wszelkie dopuszczalne normy dla ujęcia wody „dla potrzeb bytowych“, ale o tym też: cyt!

Hydrofornia jest niemalże w najwyższym punkcie tej działki – ale bynajmniej nie najwyższym w całej okolicy. Najwyżej położony punkt w okolicy jest na naszym Wielkim Padoku po drugiej stronie drogi, jakieś 200 m dalej i 2 – 3 m wyżej, dokładnie pod linią 200 kV, gdzie oczywiście i tak bym niczego nie pobudował. Pasowała mi w tym miejscu, gdzie jest, zupełnie niezależnie od wskazań różdżkarza, bo w ten sposób cała instalacja wodna zaczyna się hydrofornią, potem są wszystkie kolejne jej ujęcia, a na samym dole, więc w miejscu, skąd przesączanie do ujęcia wody jest najmniej prawdopodobne – ujścia, to jest istniejąca już oczyszczalnia ścieków dla przyszłego domu (teraz służąca naszej tymczasowej chatce), istniejące już składowisko nawozu na naszej pustyni, oraz przyszła płyta na obornik i przyszła, druga oczyszczalnia, potrzebna dla stajni z mieszkaniem stajennego, basenem dla koni i hotelem (o którym też, na razie, cyt!).

Podłoga hydroforni, głębokiej na trochę ponad 2 m, jest co najmniej 1,5 m wyżej niż dno przyległego dołu (raczej resztki po dole, bo większość wszak Radek, druh mój serdeczny, turem zasypał). W hydroforni zbiera się woda – a dno dołu, poza tym, że ciągle tam jeszcze trochę śniegu leży, jest całkiem suche.

Za to woda zbiera się też w jednym z mniejszych dołków, bliżej chatki, gdzie jak raz dwa miesiące temu, bo mi tak komunikacyjnie pasowało, zacząłem popiół z kozy wysypywać. Który to dół jest na pewno wyżej niż dno tamtego większego i mniej więcej na tej samej wysokości bezwzględnej, co podłoga w hydroforni.

Coś przeszkadza wodzie spłynąć do większego dołu, który w przeciwnym razie, powinien być wypełniony wodą w takim samym stopniu jak hydrofornia i mniejszy dół, z popiołem.

Jak to jest zbyt skomplikowane, to spróbuję w wolnym czasie zrobić zdjęcia – tylko, że pada, pochmurno i światło bardzo marne.

Jak Państwo myślicie, o co tu chodzi? Duży dół wiadomo, jest po prostu izolowany. Powstał po wybraniu przez ludność miejscową piasku i żwiru i częściowym wypełnieniu go na nowo śmieciami w różnej postaci, na których to śmieciach, warstwami o niewiadomej głębokości układanymi, stopniowo zaczęła się już odtwarzać gleba – bo i zarośnięty jest dość mocno. Znakiem tego, jego ściany i dno muszą być z tego nieprzepuszczalnego iłu, czy gliny, do której się onegdaj dokopałem, dół pod oczyszczalnię ścieków wybierając.

Hydrofornia jest w miejscu, gdzie ludność nie zdążyła jeszcze żwiru i piasku ze wszystkim wybrać – więc, w warstwie przepuszczalnej.

Poza tym, wybierając ziemię pod wszystkie wykopy (elektryczne, wodociągowe, kanalizacyjny), naruszyłem naturalny układ warstw – a, że wszystkie te wykopy się ze sobą łączą i spora ich część jest jednak wyżej niż podłoga hydroforni (w końcu spadki terenu nie są tu zbyt gwałtowne, nawet wiata dla koni ciągle jeszcze jest niewiele, bo niewiele, ale chyba jednak wyżej niż ta podłoga), woda gruntowa ma prawo tymi wykopami do hydroforni wracać i hydrofornię zalewać. Na to rady nie ma. Ziemia w wykopach musi się uleżeć.

Jest jeszcze jednak i taka możliwość, że może jednak ten różdżkarz miał rację? Nie chodzi o jakieś „żyły wodne“, czy temu podobne byty, których istnienie trudno jest udowodnić. Jednak może być tak, że woda ze sporej części naszego Wielkiego Padoku, nie mogąc spływać w stronę Pilicy inaczej – bo z jednej strony blokuje ją gliną widać lub innym nieprzepuszczalnym materiałem wyłożony dół i ubita droga, a z drugiej – obniżenie terenu, w który w przyszłości powstanie nasz zjazd z drogi – wali wartkim strumieniem właśnie pod hydrofornią.

W takim razie, jak przed chwilą obliczyliśmy z Lepszą Połową, jeśli jest prawdą, że naszych polach leżało tyle wody, ile wypierał pancernik Yamato, zostało mi do wybrania z hydroforni jeszcze jakieś… 7 milionów wiaderek! Fajnie, prawda..?

Jedziemy na zakupy…

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...