sobota, 6 lutego 2010

Hominem te memento…

Pamiętaj, że jesteś człowiekiem – szeptał do ucha rzymskiemu triumfatorowi sługa, trzymający nad nim wawrzyn. Żeby się triumfator nie zapomniał. A także po to, aby nie obrazić bogów: procesja triumfalna była identyczna w formie z procesjami na cześć bóstw. W tej sytuacji obie strony: i triumfator i bogowie, mogli się poczuć niezręcznie i aby tej niezręczności uniknąć, wymyślono taki zgrabny sposób na podkreślenie różnicy.

Życie samo mi wczoraj powiedziało, żebym się nie zapomniał w chwilowym nawet triumfie. Och, wiedziałem to od samego początku! Gdyby te dopłaty przyszły miesiąc wcześniej. Gdyby nie było całej tej przykrości z bankiem i jego firmą windykacyną, dzwoniącą do mnie co tydzień drewnianym głosem jakiejś potwornie zestresowanej, młodej kobiety. Która w ogóle nie rozumiała, co do niej mówię. Albo nie było jej wolno zrozumieć podług procedury której, na swoim podrzędnym stanowisku telefonicznego windykatora musi przestrzegać. Gdybym nie żył na kredyt przez tyle tygodni i nie narobił tyle długów. To bym może sobie pozwolił na chwilkę rozluźnienia. Kupił butelkę ulubionej whisky Jack Daniels dla siebie i sherry Amontillado dla Lepszej Połowy. Ponicnierobił przez jakiś czas. Tak, dla zdrowia. Ale przecież gdy wczoraj rano zobaczyłem na koncie plus, wcale już nawet nie miałem zamiaru świętować! Większość z tych pieniędzy i tak pójdzie na spłatę różnych drobnych długów. Te większe po raz kolejny sprolonguję i spłacę jak wpłyną środki, które mam dopiero pisaniną zarobić. Na żadne nicnierobienie pozwolić sobie nie mogę, bo rżnąć trzeba, zapas paliwa znowu się kończy. Po co więc to wszystko..?

Sen mara, Bóg wiara, a czasem sobie żartuję, że ktoś się bardzo gorąco modli, żeby te wszystkie śniegi, mrozy, wichry i awarie na nas sprowadzić. Rodzina wie, kogo mam na myśli…

Wszystko było mniej więcej w porządku do momentu, gdy wyszliśmy z druhem moim serdecznym Radkiem z budynku najtańszej w całym powiecie stacji paliw w Białobrzegach (naprzeciw targowiska, przy Kościelnej – polecam, jakby kto przejeżdżał! Paliwko może nie rewelacja, ale zawsze co najmniej 20 groszy na litrze taniej niż gdzie indziej…). Panie! – krzyknął ktoś z obsługi. – Paliwo się panu z samochodu leje!

Faktycznie, Wendi nasza biedna, spracowana, cieknie. Broczy olejem napędowym. Dość obficie. Fajna wiadomość po tym, jak się prawie trzy stówy wydało na zatankowanie jej pod korek..? Fajna!

Od razu postanowiłem, że będę się tym martwił jutro, czyli dzisiaj. Była już zresztą 18.30 i zwyczajnie chciałem wrócić do chatki, dać koniom kolację i odpocząć. Ale druh mój serdeczny Radek, w przeciwieńtwie do mnie, rozkręca się dopiero wieczorem. Nosi go wtedy. Pełen jest inicjatywy. Tryska pomysłami. No i wymyślił, że odpompuje część paliwa z baku do mojego 20-litrowego kanistra. Żebym miał rezerwę. Myśl słuszna, ale realizacja się nie powiodła. Okazało się, że zbiornik paliwa w Nissanie Patrolu jest jednak zbudowany trochę inaczej niż w ciągniku, mimo niewątpliwego zewnętrznego podobieństwa tych dwóch pojazdów i rurki od pompki wcisnąć się tam nie da. Ale co straciliśmy czasu, to nasze.

Potem wróciliśmy do wylotu naszej dróżki. Gdzie druh mój serdeczny Radek zostawił był ciągnik, kórym poprzednio tę dróżkę odśnieżył. Jego zdaniem – niedostatecznie. Dlatego po drodze do Białobrzeg, gdzie i tak musiałem zatankować, a Radek przy okazji zrobił zakupy, pożyczyliśmy od właściciela wielkich kurników pod Stromcem pług do odśnieżania. Taki zakładany na tura.

Oczywiście ten pług, który przyciągnąłem na dwukółce radkowego brata, Wojtka, nie pasował do radkowego tura. Nic dziwnego – wyjaśnił sam Radek, druh mój serdeczny. Właściciel kurników ma polskiego tura, a Radek – czeskiego. Nie mogą do siebie nawzajem pasować. Ale, co się straciło czasu na próby odśnieżania spadającym z tura pługiem, to nasze.

Trzeba było wrócić do Radka po pas z naciągaczem (czyli z „ledbiodką“, jak tu pieszczotliwie mówią…), żeby pług do tura na sztywno przymocować. Zawracając samochodem z dwukółką, na której leżała łyżka od radkowego tura (a mówiłem mu, że lepiej się wycofać do drogi!), oczywiście wpadłem w zaspę i utknąłem. Trzeba było dwukółkę odczepić, ciągnik odpalić, Wendi z zaspy wyciągnąć, dwukółkę przyczepić i dopiero można było pojechać. Co straciliśmy czasu, to nasze.

Wreszcie pług został do tura przymocowany. Radek wciągnął mnie do kabiny (a przeczuwałem, co się będzie działo i wcale nie było mi tam spieszno wchodzić!) i ruszył. Potężny Zetor, potężnym Zetorem. Tur turem. Pług pługiem. A metr sześcienny śniegu prawie tonę waży (ważyłby całą, gdyby był wodą ciekłą, ale woda stała jest rzadsza…) i kilka takich metrów spokojnie potrafi potężnego Zetora z turem i pługiem w pełnym biegu na miejscu zatrzymać! A jak to się wtedy trzęsie. Rany Boskie! Jak to pasażerem, przez konstruktorów kabiny bynajmniej nie przewidzianym i trzymającym się rozpaczliwie czego popadnie, po całej kabinie miota! Jak to boli walnąć głową w sufit. A jak potem plecy bolą, jak już człek biedny, miastowy, do tego o połowę większy i prawie dwa razy od Radka, druha mego serdecznego, starszy, wreszcie z tej piekielnej machiny tortur wysiądzie..!

Przejechał Radek, druh mój serdeczny potężnym Zetorem z turem i pługiem tam i z powrotem od wsi do naszej chatki. Była 21.00. Przejechał Radek, druh mój serdeczny, i był zadowolony z dzieła swego. Mnie już było wszystko jedno. Pożegnaliśmy się serdecznie. On pojechał do siebie. Ja wsiadłem do Wendi biednej, spracowanej. Ruszyłem. 10 metrów nie ujechałem jak mnie w śnieg zniosło. Miałem łopatę, to się odkopałem. Ujechałem kilka metrów, koła zabuksowały. Odkopałem się. Potrząsłem maszyną tył – przód. Wyskoczyła. Ujechałem kolejny metr, może dwa. To samo. I tak… dojechałem do naszej chatki o godzinie 0.28. Już dzisiaj.

Właściwie, to powinienem spać. Nie wiem, dlaczego nie śpię. Bo koć mnie o 5.21 z łóżka wyrzucił? Przywiozłem jej kostkę z mintaja. Całą zeżarła jeszcze w nocy. Teraz śpi mi na kolanach, bo szalała po całej chatce i musiałem ją głaskaniem uspokoić. Ale właśnie muszę podrzucić do kozy, więc trzeba kocia na łóżko odłożyć... Odłożyłem, na razie siedzi i nie szaleje. Zobaczymy co dalej – ale po takiej ilości rybiego białka, rzeczywiście, ma prawo zwariować.



No więc nie wiem, dlaczego nie śpię. Konie napojone i nakarmione. Całkiem spokojnie mógłbym wrócić do łóżka. Połączenie z netem udało mi się nawiązać 7 minut temu. Sprawdzę jeszcze tylko, jak to będzie po łacinie z tym powiedzonkiem, co by mieć tytuł (Jeśli myśleliście, że jestem taki mądry sam z siebie, a nie dzięki zasobom Sieci, to jesteście w błędzie! Żałuję, ale łaciny nigdy się nie uczyłem. Jazdy samochodem po śniegu też nie i widać tego skutki…) i skoro już mi się napisało, to opublikuję. A potem się zobaczy…

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...