czwartek, 18 lutego 2010

Dzień Kota

Istotę, pogrążoną w rozkosznej drzemce u boku śpiącego niewolnika, obudziło radosne przeczucie, przenikające wszystkie komórki jej gibkiego ciała. Jak zwykle, nie dała po sobie poznać przebudzenia i chwilę jeszcze pozostała bez ruchu, śledząc wszystkimi zmysłami otoczenie i jednocześnie przeszukując bogate zasoby pamięci pokoleń, zmagazynowane w jej trzewiach. Istota znała wiele podobnych, równie poruszających przeczuć, które przez tysiąclecia wprawiały w ruch jej przodków: zapach zbliżającej się ofiary; jej strach i słodką esencję życia tryskającą spod kłów wprost w spragnioną gardziel; oszołomienie tych wiosennych dni, gdy w hipnotycznym świetle księżyca przodkowie Istoty zatracali się w pospiesznej, drapieżnej miłości; syty spokój ciepłego zapiecka; radosny dźwięk otwieranej lodówki. Tym razem jednak, nie mogło być wątpliwości. Właśnie nadszedł Dzień Kota!

Obudzony niewolnik jak zwykle guzdrał się ślamazarnie nim złożył jej codzienną ofiarę. Został za to natychmiast ukarany. To jednak nie przypomniało mu wystarczająco jasno o jego obowiązkach. Dopiero wieczorem, gdy Istota straciła już nadzieję na swój świąteczny łup, objuczeni licznymi, rozkosznie szeleszczącymi i drącymi się pod pazurami torbami niewolnicy dali Istocie należną jej, świąteczną satysfakcję. Długa chwila oczekiwania podczas której niewolnicy rozpakowywali, jedną po drugiej torby, podczas gdy Istota z rosnącym podnieceniem krążyła między nimi, od czasu do czasu od niechcenia trącając którąś ze swoich zabawek, tylko przydała jej apetytu. Wreszcie, jest! Ostry zapach wołowiny wypełnił Istotę i wprawił ją w amok który trwał nieprzerwanie, póki nie pochłonęła w całości daru: saszetki whiskas supreme…

Tak by to mogło wyglądać oczami naszego kocia. Czekała tak długo, bo zerwało trakcję między Strzyżyną a Warką i Lepszej Połowie nie udało się pojechać rano na zakupy. Na szczęście, sołtys jechał popołudniu do Radomia więc, zaopatrzony w listę niezbędnych zakupów pojechałem z nim do Carrefour. Lista była długa ale, jeśli nie liczyć kiszonej kapusty, która przeciekała i w związku z tym mam teraz wafelki orzechowe o smaku kiszonej kapusty, wafelki kakaowe o zapachu kiszonej kapusty i skarpetki przesiąknięte kiszoną kapustą, a już wczoraj pożarłem postne ciasteczko, czyli bajaderkę w sosie z kiszonej kapusty – to wszystko udało mi się kupić mniej więcej tak, jak to sobie Lepsza Połowa życzyła. Nawet znalazłem, zgodnie z instrukcją, właściwy płyn do mycia naczyń oraz, pomimo braku instrukcji, właściwy dezodorant. Nie wiem jak to zrobiłem, widok takiej ilości kolorowych opakowań wywołuje u mnie natychmiastowy atak migreny – ale, jak się jest macho, to się takie rzeczy potrafi i już!

Kupiłem też przy okazji „NCz!“. Znowu nic mojego nie poszło. Widać, trzeba poczekać do podwójnego numeru – najbliższy chyba na Wielkanoc, tak? A wydawało mi się, że posłałem im teksty o wiele lepsze od tych, które puścili w numerach świąteczno – noworocznych. Czyżbym na tym odludziu tracił instynkt? I tu na blogu nikt niczego nie komentuje. Nikt się nie zgadza, ani nie nie zgadza. Według Google Analytics czytelnictwo spada. Średni czas spędzany przez Państwa na blogu to już zaledwie 32 sekundy. Co raczej nie wystarcza do przeczytania postu. Konkurs, w którym bierzemy udział, nie pozwala na bieżące śledzenie wyników głosowania, ale nie zdziwię się, jeśli się okaże, że mało tych głosów. Co się dzieje..?

Przy okazji umawiania się na wycieczkę i samej wycieczki, wymieniłem z sołtysem poglądy na temat naszego hydroforu oraz oddałem mu kasę za siano. Z hydroforu uszło powietrze. Trzeba uzupełnić. Niestety, pomysł sołtysa, żeby po prostu odłączyć pompę i spuścić wodę, a samo naleci, się nie sprawdził. Niby jak zresztą? Hydrofor jest wprawdzie wyżej niż nasza chatka, ale nie aż tak, żeby dało się wodę do cna z rur spuścić, więc i powietrze do środka w ten sposób się na pewno nie dostanie. Na szczycie hydrofora jest zaworek, przez który można powietrze doń  napompować – tylko trzeba mieć z czego. Podobno jednak dziś ma do nas dotrzeć, tydzień temu wysłana przez gminę równiarka, to nam drogę odśnieży i być może da się wtedy coś, co by ten hydrofor napompowało sprowadzić…

Za to zapoksiliniłem do końca cieknący zawór w domu, skoro i tak przez pewien czas woda była zakręcona. Czy coś to da w dłuższej perspektywie – wątpię! Ale, chwilowo cieknie jeszcze mniej niż ciekło, a już ciekło niewiele.

Do Warki tak, czy inaczej pojechać będzie trzeba, jak nie dziś, to jutro. Pożyczony olej do smarowania łańcucha piły już się kończy, a i same łańcuchy (do jutra, to już pewnie oba – byłem mądry i kupiłem ongiś zapasowy), trzeba będzie profesjonalnie naostrzyć. Ważne, żeby przed zapowiadanym na sobotę kataklizmem opadowo – powodziowym zgromadzić drewna jak najwięcej, bo potem będzie mokre.

Generalnie, metoda z rżnięciem drewna codziennie i wożeniem go taczką, jest jednak do bani: przybywa tego pociętego drewna mimo, że pracujemy na cztery ręce (tj. ja jako ten macho rżnę i z taczką zapycham, a Lepsza Połowa jako ta macheta, rąbie i układa), bardzo powoli. Nie ma mowy, żebym w tym tygodniu pojechał gdzieś dalej niż do Warki – zapasu, jaki mamy w tej chwili, starczy góra do niedzieli. Trzeba narżnąć więcej. I liczyć, że po sobotnim katakliźmie opadowo – powodziowym śnieg stopnieje, a majster naprawi nam Wendi tak, że będzie można przywieźć większą ilość drewna przyczepą. No i, że będzie można krócej palić w naszej kozie, to zużycie spadnie. Wątpię jednak, żeby było to możliwe szybciej niż za jakieś dwa – trzy tygodnie. Trochę zatem trzeba się jeszcze pomęczyć, a i praca w bibliotece będzie postępowała powoli.


Skończyłem za to wczoraj pracę nad jednym z niewdzięcznych tekstów. Dziś pora się brać za kolejny. A potem za jeszcze jeden. Też idzie to wolniej niż myślałem. Ale wieczorami, po wywożeniu nawozu na pustynię (przynajmiej to robię z satysfakcją! Nawożenie naszej pustyni to na razie jedyna forma inwestycji w tę nieruchomość, na jaką mnie stać. Ale czuję się prawie tak, jakbym kolejne działki kupował… A propos kupowania działek: zadzwonił wieczorem, gdy już się rozkoszowałem postną bajaderką w sosie z kiszonej kapusty i paskudnym, tanim łyskaczem „Lord Perkins“ – brr… - dawno nie słyszany Radek z wieścią, że nasz koński sąsiad z Grabowa, p. Tarczyński, ostro licytując, za duże pieniędze wiele działek od ANR w mojej okolicy kupił. Wszystko to takie same nieużytki jak moje – akurat żadna bezpośrednio do nas nie przylegała, więc mnie to przesadnie nie podnieca, mam co rżnąć bliżej – Radek jest jednak ciekaw, po co mu to i czy by czego nie wydzierżawił..?) i przywożeniu narżniętego drewna, zbyt jestem padły, żeby myśleć. Kończę więc, co by pracę nad tym kolejnym niewdzięcznym tekstem, który jutro oddać powinienem, co rychlej zacząć. Trzymajcie się, ludziska, w sobotę płyniemy!

5 komentarzy:

  1. Ja czytam, nawet dłużej niż 32 sek. ;-) I zaglądam codziennie, póki czas pozwala. Troszkę jesteś gaduliński, a to pewnie internetowych czytelników męczy, niektórych.
    A kiszona kapusta najlepsza z własnej beczki. Najlepszy łyskacz własny. ;-) W przyszłym roku pomyślcie o tym. Olać Carfoury, Tesca, Biedrony i insze badziewia z konserwantami.

    OdpowiedzUsuń
  2. A ja pana gawędy lubię...przypominają mi w stylu XIX- i wczesno-XX-wieczne grubaśne tomiska :) Zaglądam, będę zaglądać i mam nadzieję, oraz życzę panu, by tego zapału do pracy i przedsięwzięcia końskiego wystarczyło jeszcze na długo!
    Pozdrawiam serdecznie :)

    OdpowiedzUsuń
  3. Rozumiem, że następnego posta mam zacząć od nieśmiertelnego zdania "Hrabina wyszła z domu o piątej..", tak..? Kurczę, wącham - fakt, różami nie pachnę, trochę taczek się przetargało - ale żeby naftaliną..?! Coś muszę z tym zrobić. Dziękuję za cenne wskazówki!

    :-))

    OdpowiedzUsuń
  4. Ehh, od razu naftaliną...to miła alternatywa dla równoważników zdań, którymi karmią nas media :)
    A zdanie mogłoby być np. "Hrabina wstała o jedenastej i kazała przyprowadzić do salonu Achmeta, karego araba, aby się z nim przywitać" :-)....a może będzie kiedyś kary achałtekiniec, jak ten przepiękny Stambuł z Jejska...?

    OdpowiedzUsuń
  5. Myślę, że krótsze nieco notki, ale codziennie i czytelników przybędzie. Ja czytam i czekam na dalsze wieści z frontu.

    OdpowiedzUsuń

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...