wtorek, 9 lutego 2010

Dzień jak co dzień i inne szaleństwa

Nasza koza odrzuciła już booster i na silnikach korekcyjnych wchodzi na zadaną orbitę. Razem z naszą chatką, naszym koćkiem w naszej chatce i z nami, rzecz jasna. Koćko, nie przyzwyczajone do stanu nieważkości, rozpaczliwie broni się przed Strasznym Korkiem z Kosmosu, który je zaatakował. Tak się broni, że aż bat do lonżowania był jej potrzebny, więc go wyciągnęła na środek chatki…

Uuups! Obsuw! Silniki korekcyjne nie odpaliły. Przyszło użyć żelaznej rezerwy i wrzucić do kozy połowę ostatniej profesjonalnej podpałki do grila… Tak to jest, jak się rozpala trocinami, ongiś od matki Radka, druha mego serdecznego, zafasowanymi. Raz się udaje. Innym razem niekoniecznie. Zawsze jednak jest wybuch i dużo dymu. Jak przy starcie Saturn 5 co najmniej!

Koćko po zwycięskim odparciu podstępnego ataku Strasznego Korka (komunikat agencji TASS: „Chińska dywizja pancerna zaatakowała podstępnie radziecki ciągnik, pokojowo orzący kołchozowe pole tuż przy granicy. Ciągnik odparł atak, niszcząc 30 czołgów przeciwnika. Związek Radziecki ostrzega: następnym razem na polu będzie kombajn!“) odpoczywa już na swojej walizce.

Dzień był wczoraj jak co dzień. Czyli odjechany po bandzie. Drewno porąbałem, pod wiatą posprzątałem, jeszcze jedną taczkę drewna na dzisiaj dla Lepszej Połowy, co by trochę bicepsy i mięśnie pleców poćwiczyła przytargałem. Kowal dojechał, gubiąc po drodze tylko mały fragment zderzaka (kto wymyślił plastikowe zderzaki do samochodów..? Toż to bzdura na resorach!). Dziewczynki, z Dalią wlkp, od czasu tych masaży, które jej Lepsza Połowa zaaplikowała, klejącą się do ludzi jak nigdy, urządziły przed kowalem teatr, pchając się do niego jedna przez drugą, przy czym nasza Śpiąca Królewna prawie wyciągnęła mu z torby i ubrała zapasowe rękawiczki a Maleństwo, które poprzednio – po złych widać doświadczeniach w Krasnem – sprawiało poważne trudności i musiało pójść na dudkę, tym razem, nie bez zasługi ćwiczeń, które z nią Lepsza Połowa regularnie wykonywała, dało sobie zrobić manicure bez większych problemów. Osman Guli pozostała nieutulona w żalu, bo nie pociągnięto jej paznokci różowym lakierkiem i nie doklejono tipsów we wzorki. Swoją drogą dawno mówiłem, żeby tu jakieś kino pod gołym niebem dla koni, albo chociaż teatrzyk kukiełkowy zainstalować – bo nudzą się straszliwie i rzucają na każdą atrakcję prawie jak Straszny Korek na koćko. Pytanie: jeśli nasze konie, które – przynajmniej teoretycznie – mają pełną swobodę ruchów, oficjalnie w granicach 4 ha, nieoficjalnie, jak daleko chcą, spotykają codziennie jakieś ciekawe zwierzątka – jak nie liska, jak przedwczoraj, to zajączka, którego świeże ślady pod wiatą znalazłem wczoraj wieczorem – mimo to nudzą się tak potwornie, to jak muszą się nudzić konie spędzające większość doby w pojedynczych boksach, z bardzo ograniczonym kontaktem ze światem zewnętrznym..?

No, nicziewo! Potem było już tylko ciekawiej. Zapalenie samochodu wymagało użycia pedału gazu. Co od razu nasunęło mi jak najczarniejsze przypuszczenia. Tym bardziej, że paliwa przez noc – wedle wskaźnika – wcale nie było. Czyli, że znowu zamarzło, choć bak był pełen w ¾. Albo zamarzł wskaźnik… Mimo to drogę udało mi się pokonać z wielką fantazją i bez kłopotów. Aż zasłużyłem na komplement od Lepszej Połowy. Jeśli ja jestem macho, to kim ona jest? Machetą..?

Odebrałem od sąsiada przesyłkę z nowym kabelkiem grzewczym. Bo Henio, nasz listonosz, którego próbowałem zaprosić na naszą dróżkę – trochę złośliwie po tym kowalowym zderzaku, ale Henia nikt we wsi nie lubi: zwykł nie fatygować się wysiadaniem z samochodu, tylko trąbi na ludzi, pod bramami stając, co by do niego po pocztę wyszli – nie dał się podpuścić i zaraz na początku wjeżdżanie do nas sobie odpuścił. Kabelek grzewczy się przyda. Jak go zainstaluję, skończy się chodzenie z wiaderkami z chatki pod wiatkę…

Ruszyłem dalej. Z równą fantazją i skutecznością udało mi się pokonać dzień wcześniej zablokowany i faktycznie wąski fragment drogi tuż za wsią. I dopiero przed stacją kolejową w Grabowie silnik zgasł… Nie było tak źle jak poprzednim razem. Drugi raz już mu zgasnąć nie dałem, więc chyba mi to rozrusznik wybaczy – ale wlekliśmy się do najbliższej stacji benzynowej na awaryjnych góra dwójką prawie 40 minut.

Na drodze, jak to na drodze przy ciągle padającym białym łajnie: ślisko, pełno wariatów, pług śnieżny jeśli już, to albo stoi na środku jak kretyn i mryga wszystkimi światłami udając co najmniej policyjną blokadę (po ciemku nader skutecznie), albo wręcz w rowie leży. Odwykłem przy tym przez miesiąc abstynencji od kierownicy. Więc trochę mi się ręce trzęsły, jak już po realizacji recepty i zrobieniu zakupów wróciliśmy.

U wylotu naszej dróżki natykając się na Radka, który właśnie przyjechał po swoją przyczepę – zostawił ją był w piątek, bo mu w odśnieżaniu przeszkadzała. Jak już się spotkaliśmy, a on dwie przyczepy za swoim Potężnym Zetorem ciągnął, to musowo trzeba było u niego przywiezienie siana i słomy uprosić. Zapas mamy zatem potężny: 150 kostek siana i 50 kostek dobrej, owsianej słomy (chętniej przez konie jedzonej niż – marne, co trzeba przyznać – siano, jakie tu we wsi dostać można!). Nie pytajcie tylko o której poszedłem spać, bo nie pamiętam.

Zaraz trzeba jechać. Najpierw po gaz i podpałkę, bo w Kozienicach nie udało się jej kupić, a z tymi wiórami, to jednak trzeba mieć większy piec niż nasza koza, żeby ich bezpiecznie i skutecznie używać. Potem do Warszawy, odstawić biedną, spracowaną i cieknącą (albo zamarzniętą…) Wendi do warsztatu i posiedzieć w bibliotece.



Tymczasem zaś koćko znalazło sobie nowy punkt obserwacyjny, z którego może ruchy Strasznego Korka śledzić…

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...