piątek, 19 lutego 2010

Co z tą hrabiną..?

Nie wiem co z hrabiną. Pewnie jeszcze śpi. Długi sen dobrze robi na cerę. Ale nie ma jej czego zazdrościć – jeśli nawet faktycznie, śpi. Generałowa Zajączkowa, żeby cerę i młody wygląd zachować, cały rok spała przy otwartym oknie, pod cienką kołdrą i z wiadrem lodu pod łóżkiem. Nawet jej się udało. Jeszcze jako 70-letni staruszka, dalej robiła wrażenie na młodych kadetach! Choć, może to było już wrażenie z gatunku tych bardziej pozagrobowych..? W każdym razie: uroda wymaga ofiar. Jak nie lodu pod łóżkiem, to siódmych potów na sali gimnastycznej i mąk przy operacjach…

Też sobie dziś pospałem. Do 5.18. Kiedy to obudziła mnie w końcu Lepsza Połowa, wcześniej porannymi szaleństwami naszego kocia obudzona. Mimo to, konie dostały owies o zwykłej porze tak, jakbym wstał o 5.00! Jak to możliwe? Ano – kran pod wiatą odmarzł! Nie, nie – nie sam z siebie, tak dobrze jeszcze nie ma, choć temperatura przez całą noc była dodatnia. Co poznałem po tym, że woda w wannie dla koni nawet się lodem nie pokryła. A przed chwilą zjechał z dachu z wielkim hukiem kawał lodu, kocia strasząc. Kran odmarzł, bo nowy kabelek grzewczy założyłem odwrotnie niż pierwotny. Pstryczek – elektryczek, który go włącza, też był odwrotnie. Czego jakoś nie zauważyłem. Oczywiście, że z pstryczkiem w pozycji „wyłączone“, to ja sobie mogłem ten kran do kwietnia rozmrażać i skutek byłby stale tak samo marny. Że nie szło, to w końcu, jakiś tydzień temu, całe to ustrojstwo „wyłączyłem“. Czyli – włączyłem właśnie. Wczoraj, sprzątając pod wiatą, zajrzałem tam z głupia frant. Topi się wszystko – pomyślałem – to może i lód w kranie się stopił? A tam: para buch, woda w ruch! Na szczęście, nic się nie stało. Konie zadowolone. Wiaderek targać z domu nie trzeba. Co my z tym wolnym czasem teraz zrobimy? Lepsza Połowa proponuje: napiszmy książkę! O hrabinie, rzecz jasna – tylko co ona zrobi, jak już wstanie?

Tylko koć niezadowolony, bo przywykła z tych końskich wiaderek, w domu stojących, wodę pić. Z własnej miski jej nie smakuje. Prawie całą zimę piła ze szklanki, w której Lepsza Połowa trzymała na stole gałązkę jałowca. Teraz jednak szklankę z jałowcem zastąpił wazon z gałązkami brzozy (wczoraj już cztery listki się rozwinęły!). Do wazonu kot nie sięga, bo szyjkę ma wąską. A z wiaderek spokojnie można było pić.

Koć poszalał i teraz wlazł mi na kolana i mruczy. W ogóle, strasznie się ostatnio zrobiła przylepna. Jak nie ona. Nawet łasi mi się do nóg! Zwłaszcza, jak chce, żeby jej miskę (którą Lepsza Połowa co rano, przy sprzątaniu, na dwór wystawia) do chatki przynieść i napełnić. Wcześnie łasiła się tylko do rzeczy martwych. Na przykład do naszej kozy. Nie powiem, to bardzo miłe jak się łasi i jak na kolana włazie. Że jednak kłaczy strasznie, jak to przy wiosennej zmianie futra (po Dalii, już i Gluś – jeśli o koniach mowa – zaczął futro zmieniać!), no i że trudno do kozy z kotem na kolanach podkładać, to zaraz ją będę musiał do łóżka odłożyć.

Odłożyłem. I podłożyłem. Lepsza Połowa na ochotnika zgodziła się dzisiaj ponownie spróbować dojechać do Warki. Trzeba. Oba łańcuchy tępe. Mam oczywiście pilnik, ale to na długo nie pomaga. Dopiero profesjonalna szlifierka może je naostrzyć. Takoż olej do smarowania się skończył. Oraz podpałka do kozy. Kupiłem w Carrefour ichniejszą – ale rozpala jeszcze gorzej niż Radkowe trociny. Które przynajmniej widowiskowo w kozie wybuchają, podczas gdy podpałka z Carrefour daje tylko trochę dymu.

Koć ułożył się już na łóżku, a ja nie mogę dłużej odwlekać tego przykrego momentu. Muszę to w końcu napisać. Dupa wołowa ze mnie, nie jeździec! Ale przynajmniej konie mam spokojne. Zwłaszcza te najbardziej gorącokrwiste. Baaardzo spokojne!

Wsiadłem ci ja wczoraj, po długiej, śniegiem, mrozami i innymi przeciwnościami spowodowanej, zbyt długiej, przerwie, na Osman Guli. Póki nas Lepsza Połowa na lonży wodziła, wszystko było prawie że idealnie. Koń ruszał. Koń się zatrzymywał. Koń zmieniał kierunek. A ja się utwierdzałem w złudzeniu, że nim kieruję. Złudzenie to zostało wystawione na próbę, kiedy koń policzył sobie, ile już zrobił kółek w stępie i doszedł do wniosku, że z tym dziwnym ciężarem na grzbiecie, czy bez niego – ale jest już koniec jazdy i trzeba pod wiatę wracać. Jakoś jednak udało mi się ją przekonać, że nie. Taki się pewny siebie zrobiłem, że aż pozwoliłem Lepszej Połowie spuścić nas z tej linki. I co się stało? Pogalopowałem z dzikiem wrzaskiem pod wiatę? Spadłem w topniejący śnieg i nogami się nakryłem? Nie! Koń stanął jak wmurowany. I stał. A ja go kopałem. Masowałem łydkami. Bujałem się w siodle. Jak ostatni kretyn. Albo początkujący, którego na najbardziej złośliwą i leniwą chabetę w całej szkółce wsadzono. Oczywiście, w tej sytuacji trzeba było zacząć od uwrażliwiania na łydkę przy pomocy tłumacza uniwersalnego. Dwa lata temu, kiedyśmy Dara wlkp ujeżdżać zaczynali, specjalnie w tym celu kupiliśmy długi, ujeżdżeniowy tłumacz uniwersalny. Ale pomyślałby kto, żeby wsiadając na gorącokrwistego konia, na demona pustyni, podobnoż zjadającego jeźdźców na śniadanie dzikimi wybrykami: przynajmniej jednego dziennie – pomyślałby kto, że wsiadając na takiego konia, bat trzeba ze sobą zabrać, bo się inaczej z miejsca nie ruszy..? No i zsiadłem w niesławie i poszedłem do chatki, kozę zgasłą reanimować, paskudnym łyskaczem „Lord Perkins“ robaka zalewać, niewdzięczny tekst w niezbędne przecinki wyposażać (czy teraz już w szkołach interpunkcji w ogóle nie uczą..?), o hrabinie dumać…

Niewdzięczny tekst w każdym razie skończyłem. Że następne nie mają konkretnych terminów oddania do użytku, to czuję się wolny i swobodny i mogę się budowaniu rozwlekłych, XIX-wiecznych opisów poświęcić, a co! Tylko co z tą hrabiną..?


Umówmy się, że mamy czas do jedenastej, żeby wymyślić, co hrabina po przebudzeniu będzi robić, dobrze? Czekam na propozycje. A na razie się zrelaksuję i wygrzeję przy kozie, bo coś mnie na przeziębienie bierze. Zresztą nie tylko mnie: Melesugun przez tydzień pokasływała. Dostała flegaminę i witaminy C rozpuszczonej do wiaderka. I jest już lepiej. Zresztą, na ile można to było wymacać pod zimowym futrem, węzły chłonne miała nie powiększone, z nosa nic jej nie leciało, więc to nie mogło być nic poważnego. Od wczoraj kaszle już rzadziej. Za to Dalia zaczęła. Pewnie tak każdy musi to przesilenie wiosenne przejść. Lepsza Połowa spróbuje kupić im granulowany czosnek, jak już będzie w Warce. My zaś, skupmy się na hrabinie…

6 komentarzy:

  1. a propos podpałki. Ludzie zza Buga mają odwieczny sposób rozpalania, który mi sprzedali od razu, jak tu zamieszkałam. Nie używają nawet papieru.
    Są w lesie takie sosny, które różnią się od innych. Mocniej żywicznie pachną i oblewają się żywicą. Ucięte są niemal żółte i dają igłowy aromat. To smolina. Z tego kiedyś smolarze smołę robili.
    Jak ją zdobyć? Hm, u mnie jest prosto. Drwale specjalnie takie drewno odkładają sobie na bok, a potem sprzedają prywatnie, z dowozem na podwórko. Czasem, gdy się kupuje w lesie sosnę czy świerk, drewno na podpałkę, to się samo trafia.
    Otóż tnie się taki smolny pień na mniejsze pieńki i potem na drobno siekierką sieka, tyle ile trzeba się odłupuje, bo smolina szybko wysycha i traci właściwości palne. Trzeba w cieniu trzymać, bo słońce też ją wypala.
    Te drobne patyczki służą właśnie za podpałkę. Układa się je na dnie reszty drewna w piecu i podpala. Palą się jak złoto. Prawosławni nazywają je "łuczyna".
    Rada, spróbuj tego w przyszłym roku. Poszukać takiego pnia, gałęzi w lesie. Gdybyście bliżej mieszkali to nie byłoby problemu sprezentować. Kiedyś chłopy mi same nawiozły za darmo, bo w lesie "kontrol" miała być.
    Pozdrawiam
    Ewa S.

    OdpowiedzUsuń
  2. Znam ten sposób. Smolne szczapki da się też, od biedy i ze zwykłej sosny uzyskać - z korzeni i z sęków. Używam ich nawet na rozpałkę, w miarę możliwości, ale nie są aż tak żywiczne, żeby się od zapałki zapalały. Niestety, my tu mieszkamy na samym środku gruntów ornych. Najbliższy "legalny" las jest dopiero za torami. To, że większość tych "gruntów ornych" porośnięta jest chaszczami sosnowo - brzozowymi, to oczywiście inna sprawa. Chaszcze mają jednak góra 20 lat, większośćmniej - i po prostu takich sosen tu jeszcze nie ma. Miejscowi rozpalają głównie trocinami. Do czego trzeba po prostu mieć większy i masywniejszy piec niż nasza koza... Mam nadzieję, że do przyszłego roku już się takieg dorobimy!

    OdpowiedzUsuń
  3. Ale hrabina ferment wywołała, trzeba będzie pociągnąć jakąś opowieść o niej...
    A jeszcze odnośnie koni i przeziębień- kiedy wybuduje pan basen, o którym mowa na stronie domowej, będzie mógł pan robić koniom zimne kąpiele i hartować je, coby klacze młodym swym ciałem i suchością tkanki sprawiały, że każdy ogier będzie je dziko wielbił :) (tak jak kadeci Zajączkową) A poza tym co to, niech te tekińce mają u nas jakiś opór środowiska, tak jak w swoich rodzinnych stronach, inna sprawa, kto by je do takiej lodowej kąpieli zapędził...hmm? :-)

    OdpowiedzUsuń
  4. P.S Oczywiście z tymi zimnymi kąpielami dla koni to był żart, dość, że my zaraz popłyniemy w tej pogodzie :) Ja będę jutro ładować śnieg do beczek, żeby mieć wodę do celów, nazwijmy je, agrotechnicznych.
    Czekamy na relację, w wolnej chwili, jak na Mazowszu sytuacja się ukształtuje :)
    Pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń
  5. Z tym pokasływaniem koni to może być inna przyczyna . Radzę taraz ( jeśli oczywiście mogę ) , podawać wilgotne siano ( moczyć lub obsypać śniegiem ) , sianko o tej porze roku zawiera masę ulatniającego się kurzu i pyłków oraz innych "czortostw", które o tej porze roku uwalniają się i drażnią wrażliwe nozdża konisi . Polecam tą metodę , miałem te same problamy na przadwiośniu w poprzednich latach .
    Piszesz Pan o problemie z rozpalaniem . Z tego co wyczytałem - jest kłopot z sosną , jest jednak dużo brzozy . Kora brzozowa jest lepsza od papieru , świetna do rozpalania . Z brzozy w okresie wiosennym pozyskujemy też Swietny soczek, który jast bardzo zdrowy na świeżo lub można go poddać fermentacji i spożywać jako lekkie wino albo poddajemy go ( sok po procesie fermantacji )dalszej obróbce , czyli destylacji . W wyniku tego procesu otrzymujemy świetną BRZOZÓWKĘ . Ja osobiście preferuję jakieś 50% .
    Pozdrawiam
    Stary COWBOY z Mazur

    OdpowiedzUsuń
  6. P.s
    Taki własny "łyskacz" jednak o niebo a nawet dwa lepszy od tych z marketów .
    Stary COWBOY z Mazur

    OdpowiedzUsuń

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...