sobota, 9 stycznia 2010

Tom i Jerry albo bezsilność

Strychowy mysz, jak robi to już od kilku nocy, zszedł do nas na dół żerować. Co gorsza, chyba sprowadził już rodzinę – bo hałasy w nocy i na strychu i u nas, w okolicy kubła na śmieci, coraz to się nasilają. Dziś więc zostawiliśmy na strychu na całą noc (paskudną zresztą niewymownie – mokry śnieg i silny wiatr, z jazdy nic dzisiaj nie będzie, konie mokre…) kota zewnętrznego Murkisa. Ze skutkiem jak z kreskówki. Pewnie się tam sfajdał, a i wygrzał przy kominie – ale mysza nie złapał.

Mysz bowiem, zszedłszy na dół żerować czy to że późno już było, czy że strach mu było na strych wracać – został w naszym kuble na śmieci. Został w tym kuble aż wróciłem z porannego karmienia koni. Ujawnił swoją obecność dopiero, gdy zdjąwszy odzienie, zmierzałem w stronę wanny (nie ma to jak letniawy prysznic o poranku zimą!).

Zawiązaliśmy wspólnie z Lepszą Połową worek i razem z kubłem podstawiliśmy pod drzwi. Dalejże – wołać Murkisa. Sylwestra przecież mysza łapać nie będzie. Przyglądała się tej szopce z pełnym godności dystansem, z bezpiecznej odległości, schowana za koćwektorem. Właśnie zresztą, kiedy pisałem te słowa, rozległ się za drzwiami jej rozpaczliwy miaukot: wyrzuciliśmy ją po całej akcji na dwór, wlazła na strych, który zapomniałem zamknąć, ale potem przyszedł za nią Murkis i ją wyrzucił…

Co zrobić z kubłem na śmieci w którym tkwił zawiązany worek, w którym tkwił mysz – powstała między nami kontrowersja. W końcu zwyciężyła propozycja, żeby w worku zrobić dziurę i grzecznie poprosić Murkisa, żeby złapał przez tę dziurę mysza.

Murkis oczywiście rzucił się wyciągać przez dziurę śmieci, które całkiem go pochłonęły. Mysza zauważył dopiero, kiedy ten z worka wyskoczył. Siedzieli przez krótką chwilę, Murkis i mysz, tyłem do siebie, obaj znieruchomiali jak w zatrzymanym kadrze. Po czym… mysz pięknym skokiem ukrył się najpierw pod naszymi butami, a potem pod komodą, a Murkis… wrócił do śmieci!

Porażka. Totalna porażka. Oczywiście wyrzuciliśmy i śmieci i Murkisa na śnieg (śmieci potem pozbierałem i złożyłem w zwykłym miejscu, w workach po nawozie: firma wywożąca śmieci, z którą mamy umowę, nigdy jeszcze do nas nie przyjechała – jesteśmy w końcu poza wsią, komu by się chciało..? Przysłali za to dwie faktury. Wykorzystałbym je do tego celu, do którego używanie papieru w Chinach i wśród Arabów uchodzi za niegodne – ale są na zbyt twardym papierze…).

Porażka na wszystkich frontach jednocześnie. Dopłaty ciągle nie spłynęły. Wczoraj brutalnie i pan z Agencji, do którego się dodzwoniłem i koleżanka z forum, rozwiali moje złudzenia świeżo upieczonego wieśniaka, że może spłyną szybko: Agencja ma czas do czerwca, żeby pieniądze wypłacić, a kiedy to zrobi – któż to wie..? Rok temu dostałem zaraz po decyzji, ale też decyzję dostałem w sierpniu, bo miałem „kontrol“ i tak się zeszło.

Co gorsza, przepadły mi wszystkie pieniądze, jakie przysłał „KT“ za ostatnie artykuły i za tekst o dorożkach, który jeszcze nie poszedł (kocham „KT“ za to, że płaci za teksty z góry, a nie dopiero po publikacji!). Przepadły przez moją własną głupotę. Oraz perfidię banku – nie wiem czy celową, chciałbym wierzyć, że to wszystko komputer robi, a nie jakiś urzędniczyna. Pierwszy przelew z „KT“, za teksty styczniowe, został zaksięgowany 5 stycznia wieczorem (sprawdzałem stan konta jeszcze ok. 17.00, o ile dobrze pamiętam – i nic nie było…) i o północy zniknął jak sen złoty. Bank całość tych pieniędzy wziął sobie na poczet raty kredytu, której oczywiście kwota ta w żadnym razie nie pokrywała – ale nam by wystarczyła na przetrwania prawie całego miesiąca! Drugi przelew został zaksięgowany następnego dnia około południa – i dopiero wtedy zauważyłem, co się dzieje. Trzeba było natychmiast jechać do Warki, do bankomatu i wypłacać. Wydawało mi się jednak, że tym razem bank już mi tego automatycznie nie potrąci, tylko poczeka aż sam na kredytowe konto przeleję – a że byliśmy po jeździe, zmęczeni i zziębnięci, no i ciągle jeszcze liczyłem na te dopłaty, to nie pojechałem. Oczywiście, rano stan rachunku wynosił 0,0 zł – z ciągle wielkim, czerwonym minusem na koncie kredytowym.

Wczoraj udało mi się pożyczyć od Radka, druha mego serdecznego, 150 złotych – co było dla niego poważną ofiarą, bo sami już cienko przędą. Nie bardzo wiem, co dalej. Tym bardziej, że i siano i owies, które zaraz po Nowym Roku kupiłem, starczą jeszcze góra na kilka dni. W obu przypadkach kupiłem symboliczne ilości licząc, że zaraz będę miał tyle kasy, że porządne zapasy zrobię. W obu przypadkach też, trzeba poszukać nowych dostawców. Następne pieniądze na które mogę na pewno liczyć, to będzie jakiś przelew z „NCz!“ na koniec miesiąca: jakiś, bo nie wiem jeszcze, ile moich tekstów w tym miesiącu pójdzie, na razie, w numerze noworocznym, był jeden, tutaj nie publikowany, o podróżach i KRUS. Nie wiem zresztą, w jakiej formie, bo „NCz!“ ani w Warce, ani w Białobrzegach kupić nie sposób.

W każdy razie, dzięki tym 150 złotym od Radka nabiłem do butli gaz, bo się oczywiście skończył zaraz, jak tylko bank nam konto wyzerował. Podobnie jak większość innych zapasów, z papierem szczęścia na czele!

Na domiar złego, kończy się też drewno na opał – całe zresztą, po dzisiejszej nocy, równo mokre. Siano przywiezione 2 stycznia trzymałem na przyczepie, czekając aż będę mógł pojechać po następny transport i po słomę, której używam do zbudowania muru, oddzielającego zapas siana pod wiatą od pięciu żarłocznych gąb, które nań czyhają. Nie rżnałem więc i nie rąbałem nowego, nie mając jak go przywieźć, a tymczasem, że zimno było, to nasza koza paliła się od 6.00 rano do 22.00 – i mało co już zostało… Dzisiaj, po targu, pożyczę przyczepę od sołtysa i narżnę trochę brzózek. I tak łatwiej rozpalić całkiem świeże niż tym mokrym śniegiem przemoczone… Dobrze chociaż, że mam od przyjaciela mego Grzesia, z ostatniej wizyty w Warszawie, jeszcze przed Świętami, torbę starych gazet, to można trochę się pobawić w rozpalanie bez użycia profesjonalnej podpałki do grila – najlepsza jest w sklepie ogrodniczym w Warce, aktualnie przechodzącym długotrwały remanent, a nasz zapas też się, oczywiście, kończy.

Na koniec zaś – najlepsze ze wszystkiego! Jak się okazało, od przeprowadzki do Boskiej Woli na początku sierpnia (tak, tak! to już pięć miesięcy…) nie zaglądałem na moją końskotargową pocztę. Raz, że ruch tam miałem symboliczny, więc nawet i nie pamiętałem, a dwa, że jak mi się kilka razy przypomniało, to i tak nie byłem w stanie nawiązać łączności z serwerem. Kilka dni temu, nie mogąc się doczekać styczniowego numeru (sąsiad nam w końcu przedwczoraj, razem z resztą poczty, przyniósł – bo listonosz bał się w naszą drogę wjeżdżać), otworzyłem. Okazało się, że 31 sierpnia dostałem maila od pewnego poważnego inwestora z poważnego banku, który pytał się mnie, czy nie mogę mu pomóc w zaprojektowaniu basenu dla koni. Pewnie że mogłem. Gdybym był otworzył tę pocztę i maila odebrał na czas – bo teraz, to on już sobie z tym projektem sam poradził, ma pozwolenie na budowę i w maju zaczyna inwestycję. Porównaliśmy nasze projekty: są niemal identyczne. Z tym, że on od razu robi te rzeczy, które ja, z oszczędności, na później odłożyłem, jak filtrację wody czy dodatkową bieżnię wodną. No i ma pieniądze na realizację inwestycji, podczas gdy ja niejasno sobie tylko wyobrażałem, że zacznę je zdobywać, jak tylko jakąś, najmniejszą bodaj robotę podłapię, tudzież jak ruszy nabór na kolejną edycję programu „Modernizacja gospodarstw rolnych“, czy jakiegokolwiek innego, na który byłbym w stanie się załapać.

W tak biednym i małym kraju jak Polska dwa baseny dla koni, w dodatku niedaleko jeden od drugiego (bo on też pod Warszawą), nie mają żadnego sensu – jeden na siebie z trudem zarobi, a co dopiero dwa..? W całym kraju jest góra kilkuset potencjalnych klientów – a przecież nie chorują im konie na stawy czy na kręgosłup wszystkim jednocześnie…

Oczywiście, nie ma się co tym załamywać. W końcu, publikując artykuł w „KT“ o basenach (ale w kwietniu! W kwietniu! W sierpniu już na żaden odzew w tej sprawie nie liczyłem! To zresztą już kolejny przypadek dowodzący, że teksty, a nawet i ogłoszenia publikowane w „KT“ odbijają się echem z bardzo dużym opóźnieniem…), liczyłem się z taką sytuacją. Niczego to nie zmienia w moim położeniu. Jeśli zdobędę środki na remont koparki, zakup materiałów i pomoc sołtysa, to i tak mój basen zbuduję. Jeśli tych środków nie zdobędę, to go nie zbuduję, czy będzie się budował basen konkurencyjny, czy nie. Subiektywnie jednak, jest to porażka. W dodatku, jak cały ciąg wyżej opisanych, też na własne życzenie. Nic to! – jak mawiał Mały Rycerz. Trzeba na targ jechać, a potem rżnąć. Rżnąć i o niczym innym na razie nie myśleć!

5 komentarzy:

  1. Garść rad na podstawie siedmioletniego stażu na wsi w ekstremalnych warunkach:

    1. przestać karmić koty – zaczną łapać myszy (karmić koty tylko sporadycznie aby z głodu nie zdechły zanim nauczą się łapać myszy), wykładać okruchy chleba na środku kuchni aby kot miał dobre stanowisko do dopadnięcia mysza
    2. suszyć mokre drewno w pobliżu piecyka
    3. na rozpałkę porąbać drewno na drobne drzazgi i je ususzyć na wiór przy piecyku
    4. w sprawie rachunków za wywóz śmieci napisać reklamację
    5. zakupy spożywcze najtaniej w Biedronce robić, mąka po 86gr / kg – można chleb piec w domu, makaron zrobić, pierogi, naleśniki, bułki
    6. wykorzystywać kozę do gotowania lub chociaż podgrzewania posiłków aby oszczędzić na gazie
    7. zwrócić się o pomoc w zakupie paszy do Gminy (ma obowiązek pomagać w ekstremalnych sytuacjach swoim mieszkańcom, ale to ryzykowne – w moim przypadku Gmina nie pomogła tylko zaszkodziła – chcieli pozbawić mnie zwierząt, ale może Pana Gmina jest porządna. Gmina może kupić paszę dla Pana zwierząt, a gdy Pan dostanie dopłaty – zwróci Gminie. Niech Pan pogada z wójtem – może to ludzki człowiek i zrozumie).
    8. Może Pan popyta rolników okolicznych czy by Panu nie pożyczyli kilku bel siana lub słomy lub sprzedali na krechę (a może ma Pan coś na wymianę co by oni chcieli, np. opał?)
    9. Założyć konto w innym banku, najlepiej takim co nie pobiera opłat za prowadzenie konta i ten numer podać KT i innym płatnikom.
    10. Ma Pan piłę. Narżnąć drewna i sprzedawać lub iść do lasu pracować jako pilarz.

    życzę powodzenia :)
    Indianka

    OdpowiedzUsuń
  2. Panna, zdaje się, miała odpoczywać i zdrowie nadszarpnięte leczyć..?

    No dobrze, dobrze, zasłużyła wprawdzie Panna na baty tak się wysilając, ale tak czy inaczej - za rady serdecznie dziękuję i jest mi bardzo miło. Pomysł z kontem w innym banku i ze sprzedażą drewna jest OK, pewnie tak zrobię. Spróbuję w poniedziałek przywieźć słomę i owies dla zwierzaków - nie zginą, a o siano postaram się, jak uda mi się zarobić na paliwo. Zakładając, że w ogóle uda mi się stąd wyjechać, ale o tym może jutro napiszę obszerniej :-) Co do kotów - Murkis dostaje żreć sporadycznie i myszy łowi. Jak nie ma śmieci do rozrzucenia i pożarcia, a poranna przygoda po prostu pokazała nam jego prawdziwe preferencje! A Sylwestra ma ok. 14 lat i raczej już się niczego nowego nie nauczy...

    Pozdrawiam, dobrej nocy życzę i zdrowia i jeszcze raz dziękuję!

    OdpowiedzUsuń
  3. Jak nie ma dojazdu to niech Pan nie ryzykuje jazdy samochodem.
    Niech Pan da paliwo rolnikowi który ma siano/słomę/sianokiszonkę (najlepiej lekko zakiszoną jeśli już) dla Pana i niech Panu ciągnikiem przywiezie większą ilość paszy, a Pan mu zapłaci potem z dopłat lub teraz opałem lub piłą, ale wtedy trzeba będzie kupić siekierę, ręczną piłkę i brzeszczoty i tak ciachać. Za to paliwo nie będzie potrzebne i ostrzenie łańcucha. Niech Pan spisze umowę lub da rolnikowi pokwitowanie ile Pan paszy od niego wziął i w jakiej cenie ona i kiedy Pan mu da kasę, to będzie spokojniejszy.

    Mleko niech Waćpan spróbuje kupować wprost od chłopów, najlepiej od tych co mleka nie zdają do mleczarni. Mleko u chłopa powinno kosztować ok. 1zł/litr. W mleczarni by więcej nie dostał. Niech Pan zaproponuje paru chłopom taką cenę. Jak ma za dużo mleka, a go nie zdaje to będzie zadowolony. Ale niech Pan nie kupuje 1 litra tylko np. 3 lub 5 litrów. Butle po oleju jadalnym są w takich rozmiarach. Chłop Panu wleje 3 czy 5 litrów i od ręki da Pan mu kasę to nabierze zaufania i może sprzeda na krechę belę siana, słomy czy sianokiszonki. Z mleka można twaróg zrobić, budyń, naleśniki itp.

    Powodzenia w targach i pozdrawiam,
    Indianka :)

    OdpowiedzUsuń
  4. Przejechałem! Jednak, co Patrol, to nie Syrenka... Przez chwilę się bałem, że od początku zasypie, ale już przestało padać. Nizina Mazowiecka, to nie Bieszczady - też, na szczęście... Mam nadzieję, że jutro uda mi się wyjechać i z przyczepą, najwyżej trochę łopatą pomacham. W sprawie słomy i owsa jestem już umówiony, siana szukamy. Miejscowa sianokiszonka dla koni, w każdym razie dla takich koni, na których zdrowiu i życiu komuś zależy, się nie nadaje. I nie znam tu nikogo, kto by miał mniej niż 20 krów i nie odstawiał nleka do mleczarni...

    Może damy sobie spokój z tym panem..? :-)

    OdpowiedzUsuń
  5. Witaj acan ;)))

    Jak tam walka o przetrwanie? :)
    Mnie się osobiście bardzo spodobał ten pomysł z ogłoszeniem o sprzedaży jeszcze nie poczętego achałtekina :)))))))
    Może sama się ogłoszę z moimi planowanymi małopolakami :)

    Racja w tym, że proces stanówki kosztowny jest i zarazem męczący, a do tego rezultat niepewny...

    OdpowiedzUsuń

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...