poniedziałek, 18 stycznia 2010

Święta wojna

Bój był zażarty. Na śmierć i życie. Przy tym, co warto podkreślić na użytek przyszłych kronikarzy: nie był to bój bezsensowny. Jak I wojna światowa, która wybuchała przypadkiem. Czy II wojna światowa, która nie wybuchła przypadkiem, tylko została celowo wywołana, i do dziś trwają spory, czy przez tych, którzy ją formalnie wywoływali, czy zgoła przez kogoś innego. Ale i tak, w dłuższej perspektywie czasowej, wygrał na niej tylko Hollywood, którego jednak, jak na razie, o jej wywołanie się nie podejrzewa…

Tak, to była wojna o coś! Po pierwsze, o męski honor. Który samiec jest ważniejszy? Który zajmuje pierwsze miejsce u boku damy? Komu wolno obsikiwać wszystkie kąty? Po drugie: o boczek!

Lepsza Połowa otworzyła lodówkę. Nigdy, ale to nigdy nie należy tego robić, kiedy kot zewnętrzny Murkis jest wewnątrz chatki! Sama się nad biednym, małym Murkiskiem zlitowała, że mu tak zimno i wpuściła do środka (już nie będę wypominał, kto szaro-białego kotka, żyjącego sobie wcześniej szczęśliwie i beztrosko pod naszą wiatą dla koni, gdzie spał na sianie i myszy łapał, koniecznie musiał oswoić i biegał za nim z miseczką mleczka…). A potem taka wtopa! Na koniec, oczywiście, to Lepsza Połowa wyszła z tego starcia zwycięsko – ale też jest Lepszą Połową, więc nie ma w tym nic dziwnego, prawda..?

Lepsza Połowa otworzyła lodówkę. Potem ją zamknęła. A ja słyszę z kąta stłumione warczenie. Murkis dusi kawał boczku, który ledwo dzień wcześniej z takim trudem z Warki przywiozłem – kawał prawie tak duży jak on sam, w dodatku w folii, niby próżniowo pakowany, skąd więc na nim miły kociemu sercu zapach..? Dusi Murkis ten kawał boczku, drapie go wszystkimi dwudziestoma pazurami naraz, jeździ na nim po podłodze, turlają się razem z boczkiem jak jeden wielki kłąb, tylko Murkisowy ogon z tego wystaje…

To był bój wstępny. Widać jednak było od razu, że boczek długo oporu stawiać nie będzie. Ruszyłem więc na ratunek! Jedną ręką porwałem Murkisa za kark, drugą chwyciłem za boczek. I tu – niespodzianka! Nie dało się ich rozdzielić. Normalnie ciągnąłem ze wszystkich sił, a trochę krzepy się przez te miesiące rżnięcia, rąbania i innych pożytecznych dla ciała ćwiczeń już nabrało – i nic! Nie puszcza! Co gorzej, jak któraś z Murkisowych łap od boczku się oderwie, to natychmiast wbija się pazurami we mnie – całe dłonie mam teraz w sznytach jak rasowy recydywista.

Puściła w końcu folia. Boczek piękną parabolą poleciał za otwarte (w celu wyrzucenia Murkisa!) drzwi naszej chatki. Razem z Murkisem, który tym samym stał się Pierwszym Kotem Latającym Na Boczku w historii kockości.*

Przyznam, że w tym momencie zrezygnowałem. Z boczku. I z honoru. Zostałem sprowadzony do roli wycofanego samca. Samca beta. Podległego dzielnemu, mądremu, przedsiębiorczemu Murkisowi, który niniejszym awansował na gospodarza naszego obejścia. Czy mogę otworzyć lodówkę, o Murkisie..?

Nie, nie – aż tak źle się to nie skończyło. Dzięki interwencji Lepszej Połowy, która do tej pory przypatrywała się naszym zmaganiom, zachowując stoicki spokój i szwajcarską neutralność. Ubrała buty. Chyba moje? Po czym zza drzwi dobiegł rozpaczliwy śpiew żałobny Murkisa. A po chwili wróciła Lepsza Połowa z boczkiem. Nawet nie chcę wiedzieć, co ona mu zrobiła! Nie chcę, bo wiecie, ta samcza solidarność… Nie ma czegoś takiego, ale i tak mnie boli, jak pomyślę!

Boczek został uratowany. Murkis i tak się opchał do nieprzytomności, bo Lepsza Połowa odkroiła mu to, co już i tak nadgryzł lub naddrapał. Było tego i tak tyle, że chyba się najadł do syta. Lepiej niż dwoma kartoflami, które porwał – wystawione do ostudzenia na zewnątrz (były potrzebne Lepszej Połowie jako składnik zapiekanki z kaszanką) – i zeżarł w całości dzień wcześniej. Co nie przeszkadzało mu dobijać się do naszej chatki przez resztę dnia.

Bardzo dziękuję za wyrazy sympatii pod postem „Na Zachodzie bez zmian“. Dzięki Waszym głosom (jak mniemam), ten blog awansował na 11 stronę w rankingu. Ciągle jednak z jedną złotą kuleczką obok – czyli nadal od 1 do 5 głosów. Ponieważ zagłosowała też na mnie Lepsza Połowa (ale nie z litości, bo jeszcze przed wojną o boczek…), to znaczy, że co najwyżej 3 inne osoby wysłały smsy. A nieubłagane Google Analytics pokazuje, że najmniejsza liczba „original user“, wchodzących na ten blog, to 12 w poprzednią sobotę. Na ogół codziennie jest 15 do 20 nowych Czytelników. W poniedziałki około 30. Nawet Google AdSens raportuje, że już dzięki Wam i tym reklamkom pod tytułem bloga, całe 28 centów zarobiłem! Naprawdę, nie wiem co ja zrobię z taką fortuną..? To co, może jednak smsik..? A00113 na 7144. Za całe 1,22 zł, z czego 22 grosze na wojnę w Afganistanie i zwalnianych stoczniowców..? I meksykańska fala! I hop siup!

„Odśnieżona“ droga w roli toru wyścigowego sprawdza się znakomicie. Zaspałem dzisiaj, po wczorajszych ekscesach wierzchowych i konie dostały śniadanie godzinę później. Widno już, muszę lecieć do roboty, więc kończę.

kockość* - termin Lepszej Połowy (kiedyś ułożę Wam cały słowniczek!), utworzony analogicznie do „ludzkości“; oznacza tak, jak w przypadku tego drugiego słowa, zarówno istotę bycia kotem i charakterystyczne dla kota jako takiego własności emocjonalne, intelektualne i moralne (tzn. ich całkowity brak…), jak i ogół bytów kocich aktualnie i potencjalnie istniejących…

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...