piątek, 22 stycznia 2010

Zamarzamy

Samochód, niestety, do najbliższej odwilży, czyli wygląda na to, że do wiosny, raczej już nie pojedzie. Wymontuję dziś akumulator. Dlaczego? Wczoraj rano miał więcej niż ¼ baku paliwa, a zamarzł. Do wsi, 800 metrów, jechałem dwie godziny, wracałem godzinę. Z czego przez godzinę piłowałem silnik, żeby rozmarzł, stojąc mniej więcej w połowie drogi, gdzie utknąłem, a przez pozostałe dwie, przekopywałem się łopatą przez zaspy. Nie ma sensu powtarzać tego doświadczenia: rozrusznik i tak jest święty, że to do tej pory wytrzymał! Zresztą, na pewno zamarzł ponownie i będzie teraz zamarzał już zawsze…

Odmroziłem sobie tę część ciała, która jest potrzebna, żeby wsiąść w kulbakę. Nie wiem jak, ale odmroziłem. To nie jest takie śmieszne! Wczoraj wsiadłem na Zwierza i za karę, za nocne wycieczki, zmusiłem ją przejść po dziewiczym śniegu i lodzie na nasz Dziki Zachód (odyńca ani śladu, za to wiele śladów zajęcy i chyba nasz zaprzyjaźniony jeleń się też objawił – chyba że komuś krowa uciekła, bo parzystokopytne tych rozmiarów zostawiają podobne ślady – a Radkowej kukurydzy pilnował dorodny lis). Nie wiem kto bardziej cierpiał. Na krześle i owszem, mogę siedzieć. Najchętniej zaś, leżałbym w ciepłym łóżku i nosa spod kołdry nie wystawiał.

Nie mamy wprawdzie aż takiego hardkoru jak zaprzyjaźniona Indianka (ludzie, pomóżcie kobiecie w potrzebie!): nasza koza działa dobrze, a oprócz tego dogrzewamy się nocą koćwektorem (wyłączę go za jakąś godzinę, jak już koza się prawidłowo rozbucha), a w części łazienkowej naszej chatki nons stop działa garażowy grzejniczek mojego Ojca. Rachunek za prąd będzie zabójczy. Pocieszam się, że póki co inkasent nie ma szans do nas dojechać – zresztą i poprzednio nie trafił, choć nic mu w tym nie przeszkadzało i sam musiałem licznik odczytywać. Teraz wszystko zależy, co będzie pierwsze: rachunek za prąd, czy dopłaty. Wczoraj jednak, zmachany do nieprzytomności wycieczką do wsi (piechotą byłoby o wiele szybciej i prościej: ale za to przywiozłem, rzutem na taśmę, dwa worki owsa – na najgorsze, zapowiadane na najbliższy tydzień mrozy, nasze konie są więc bezpieczne) i niewyspany, po prostu umierałem z zimna. Gdyby nie Lepsza Połowa, która poczuła się rześko wieczorem i paliła w kozie prawie do północy, pewnie by nam tu już wszystko zamarzło.

O 4.18 obudziło mnie skrobanie w drewno – koć chciał jeść, to dałem. Zaraz potem jednak, za oknem naszej chatki przemaszerowało sobie całe czterokopytne towarzystwo, z ociągającym się Glusiem na końcu. To już wstałem, zagoniłem je łatwo z powrotem. Dalia, którą poprzedniej nocy wygnałem za karę na padok sama, czując się winna, od razu poszła się schować za padokową brzózkę. Napoiłem ją jako ostatnią. Muszę coś zrobić, żeby nie kojarzyły pojenia z ucieczką, bo będą uciekać co pięć minut. Nie mają, niestety, odruchu picia na zapas. Do tej pory zawsze miały nieograniczony dostęp do wody. A teraz wanna zamarzła już całkiem i nie ma innego wyjścia jak poić je z wiaderka.

Swoją drogą, widok Dalii wlkp pełnej poczucia winy, przepraszającej, pokornej – wart był uwiecznienia! Do tej pory, nawet podczas zabaw na okręgu (dlaczego ja tu nie zbudowałem okręgu póki było można..? Ach tak, nie mogliśmy ustalić gdzie i jak to zrobić…), które wymagają od konia zagrania roli podporządkowanej – i tak robiła mi miny za plecami i puszczała perskie oko do widza. 


Generalnie, towarzystwo czterokopytne, mimo mrozu, ma się świetnie! Pewnie lepiej, niż gdyby panowały 30-stopniowe upały. Kowal jest nam potrzebny od zaraz – ale nie ma wyjścia, musi to poczekać, aż zarobię jakieś pieniądze. Dzięki pośrednictwu Radka znalazłem we wsi gospodarza z sianem i słomą na sprzedaż. Ustaliliśmy wczoraj ceny. Oraz to, że mi ten towar sam przywiezie. Dziś jeszcze będę dzwonił do niego w sprawie terminu. W sumie dobrze by to było już jutro przerzucić, bo po sołtysowym sianie zostaje powoli tak samo mgliste wspomnienie jak po słomie byłego sołtysa. Pięć par nieustannie pracujących szczęk robi swoje… Kurcze, ja tu mam krowy jakieś, albo inne przeżuwacze, czy pustynne konie, do skąpego jadła przystosowane..?

Na najbliższe trzy – cztery noce, kiedy zapowiadają nam tu 20-stopniowe mrozy, rozpiszemy z Lepszą Połową dyżury przy kozie. Bo sam koćwektor za słaby jest. No i podpałki zostało na jeden raz tylko. Takoż i drewna trzeba jeszcze narżnąć. Wczoraj tylko porąbaliśmy (większość: Lepsza Połowa) to, co poprzedniego dnia narżnąłem. Co najmniej jeszcze jeden taki ładunek trzeba do niedzieli przerobić. Dobrze, że choć zapas żarcia mamy – bo jeść się chce nieustannie w tych warunkach.

Bredzę w gorączce, albo zamiast porządnie pisać, jakieś luźne myśli tu na ekran przelewam. Kończę więc, co by wstydu oszczędzić. I dziękuję Wam, Drodzy Czytelnicy, raz jeszcze za sms-y. Skończyliśmy na górze czwartej strony rankingu.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...