sobota, 2 stycznia 2010

Odsiecz

To jest właśnie ten moment w każdym dobrym westernie, kiedy zza kadru słychać trąbkę i tętent kopyt: kawaleria nadchodzi na pomoc! Rżnąłem ci ja w sylwestrowe wczesne popołudnie brzózkę karłowatą na opał, kiedy zadzwonił do mnie mój przyjaciel Grześ. Z wieścią, że przyszło na mój adres zameldowania, czyli do niego, zawiadomienie o przyznaniu dopłat. Co by sprawdzić, czy przypadkiem nie przyszło razem z kasą – pomęczyłem się te kilka godzin (internet tak mułowato chodzi ostatnio, że to nie do pojęcia! Pan Henio na wieży w Warce zły humor ma, czy co..?) i w końcu dostałem się do serwisu transakcyjnego w moim banku i co się okazuje..? Najwyższy Czas! przelał za trzy grudniowe teksty (oprócz bidy na wsi, o czym już wspominałem, poszedł w świątecznym wydaniu – zdaje się, że ciągle jeszcze do kupienia w kioskach – także tekst o marchewce i tutaj nie publikowany materiał o dorożkach który, dzięki mimowolnej zapewne współpracy pana Cezarego z krakowskiej Vivy, mam za jeden z lepszych, jakie mi kiedykolwiek spod klawiatury wyszły, gorąco polecam! Pełna wersja będzie także w Końskim Targu, tylko nie wiem kiedy…). Przelał przy tym o wiele więcej niż się spodziewałem – na siano i na owies starczy!

Wiem, wiem – głupio to brzmi: cieszyć się zarazem z eurosocjalistycznych dopłat i z wierszówki z organu, w którym się te eurosocjalistyczne dopłaty samemu z błotem miesza i zwalcza. Trudno. Takie życie. Nawet nie będę próbował pisać, że jak nie wezmę, to się zmarnuje, bo przecież nikt ani myśli tej kasy, raz europodatnikom zabranej, komukolwiek zwracać. Nie. Napiszę wprost: kasa jest mi potrzebna i jak tylko trafi się okazja, żeby jej więcej od Jewrosojuza, czy od władz naszego landu (czyli z kieszeni wszystkich P.T. Czytelników tego bloga też..!) wyrwać – to wyrwę! Z kasy się cieszę, skądkolwiek by pochodziła, a nie ze sposobu jej zdobycia. Tym bardziej się cieszę, że wczoraj mój przyjaciel Grześ przesłał mi skan pierwszej strony tego zawiadomienia – i nawet udało mi się ten skan załadować i otworzyć: wygląda na to, że mi rok temu musieli coś potrącić, albo nie doliczyć, bo jest tego prawie dwa razy więcej, niż się spodziewałem. Chyba jednak zapłacę i styczniową ratę kredytu (może nawet na lutową starczy..?) i KRUS i przegląd Wendi zrobię i co poniektóre, te mniejsze, długi oddam… Siostra z Wysp, zawodowo wróżąca z kart (ale ci Anglicy głupi… - jak by powiedział Obelix) dzwoniła wczoraj z zapewnieniem, że aż do maja ma mi się bardzo dobrze finansowo powodzić. Nie wierzę w takie bzdety, ale co tam, będzie mi się powodzić tak, czy inaczej. Tak samo jak na pewno zimy w tym roku nie będzie: całe to białe łajno, które za oknem leży, stopnieje wkrótce i już nie wróci. Z pewnością. J

Wieczór sylwestrowy u druha mego serdecznego Radka był bardzo przyjemny. Zwłaszcza jego matka, która uwielbia sobie z nami pogdać, była ucieszona. Nawet jej smakowała jałowcówka produkcji Lepszej Połowy, eksperymentalna, bo to był pierwszy uzysk i, prawdę pisząc, nie nazbyt smaczny. Lepsza Połowa obiecuje eksperymentować dalej i recepturę doskonalić. Mój przyjaciel Grześ sugeruje, żeby nie ograniczyć się do dosmaczania zwykłej wódki, tylko wziąć się za produkcję, by tak rzec, od podstaw. Trochę nam póki co brakuje substratów, ale na wiosnę posadzimy trochę drzew owocowych, to z czasem i substraty się znajdą…

Sylwestrowa kanonada dała nam kolejny powód do dumy z naszych koni. Achałtekinki były dochodzącym ze wszystkich stron (bo my akurat w samym środku lokalnej dziury cywilizacyjnej leżymy – do Boskiej Woli mamy jakieś 800 metrów, do Dąbrówek i do Krzemienia będzie z 1500, do Brzozówki i do Bożego ze 3000 i tyle samo do Grabowa, jeśli brać pod uwagę stację kolejową i kolonie w jej pobliżu, a nie samą wieś, a widać też było zza horyzontu rakiety ze Strzyżyny i Augustowa, a kto wie, czy i nie z Warki, wyżej przecież położonej…) hukiem wystrzałów i widocznymi doskonale na czystym niebie rozbłyskami bardzo życzliwie zainteresowane. Oglądały i słuchały z zaciekawieniem. Natomiast Wielki Straszny Zwierz, czyli Dalia wlkp, przestraszyła się nie na żarty – normalnie niedotykalska i opryskliwa, sama się do mnie tuliła i dawała głaskać. W oczach naszego weterena, Glusia, też widać było śmiertelne przerażenie, za dupskiem Dalii się cały czas chował, ale niewiele mu to pomagało, wszak strzelali ze wszystkich stron jednocześnie. Jednak, co krew, to krew! Konie nie szkolone, a na wojnę jak znalazł, od razu widać, że w takich okolicznościach czują się na swoim miejscu.

Zanim się wszystko uspokoiło, na zegarze była 2.00 – a godzinę później obchodzącej późne imienieny Sylwestrze zebrało się na dzikie harce. Wystawiłem ją w końcu na zewnątrz, ale i to nie pomogło, nie dała mi spać aż do 4.14 (wiem dokładnie, bo patrzyłem na zegar wganiając ją do łóżka po raz ostatni, nim straciłem przytomność). Ocknąłem się o wpół do dziewiątej, bynajmniej nie wyspany – przy czym pamiętam, że karmiłem o zwykłej porze, czyli trochę po piątej rano konie i faktycznie, konie były nakarmione, dostały też siana i miały wody nalanej do wanny – ale jak to zrobiłem i jak się znalazłem z powrotem w łóżku, tego nie wiem… Wszystko, co mi się udało zrobić wczoraj, to posprzątać pod wiatą – na tyle, na ile było to możliwe ze względu na ciągle padający śnieg, który zamienił wybieranie nawozu z jej okolic w rodzaj archeologii. Ten śnieg zresztą, to w tej chwili główna zmora: topnieje koniom na grzbietach, pokrywając je w końcu skorupą lodu, co ani dla nich nie jest przyjemne (czyścimy je w takiej sytuacji kilka razy dziennie), ani dla nas, bo skutecznie uniemożliwia osiodłanie. Teraz jednak są suchutkie, widać w nocy nie padało, w każdym razie nie dużo – i jak tylko się rozwidni, biorę się za Wielkiego Strasznego Zwierza!

Dobrze by też było rozładować drewno z przyczepy (plan rozładowania tego drewna w Nowy Rok okazał się, jak wiele innych planów przed nim, utopijny – raz, że cały czas padał śnieg, a dwa, że się nam po prostu nie chciało…) i, jeśli tylko będzie to możliwe, pojechać pod Radom po nowe siano, przynajmniej raz obracając (co powinno dać ponad 40 kostek). Bardzo niewiele już zostało, na dzisiaj może wystarczy, ale jutro będą już musiały słomą i mierzwą pozostałą po sianie się kontentować. Czy to się uda, zobaczymy. Na razie niejakiem wyzwaniem będzie zamieścić tego posta (net jak mulił, tak muli – zupełnie tego nie rozumiem, limit na pewno mamy OK, a nawet jak by się skończył, powinno chodzi wolno, ale stale – a tu tymczasem przerywa jak oddech suchotnika, w żaden sposób nie da się z tym normalnie pracować…). Co i tak jest w tej chwili łatwiejsze, bo trwa krócej (piszę z zasady w Wordzie, a potem tylko przekopiowuję), niż wysłanie zwykłego maila, stąd też przepraszam wszystkich, których to dotyczy za opóźnienia w korespondencji. Rozejrzę się za jakąś lepszą anteną chyba, skoro już kawaleria przygalopowała na pomoc…

2 komentarze:

  1. Patrząc na tę wiatę dla koni, mam taką sugestię zabezpieczeń, które to mogą skutecznie uciekinierów zatrzymać. Mianowicie zainstalowałabym tam co najmniej dwie poprzeczne belki które by zatrzymały konie wewnątrz. A najlepiej to byłoby dobrze tę wiatę porządnie zażerdziować od stóp do głów, tym bardziej, że tęgie mrozy zapowiadają.

    A gdzie Pan zdobył te achałtekiny? :) Jak znoszą niskie temperatury? Zawsze wydawało mi się, że to bardzo delikatne konie...

    OdpowiedzUsuń
  2. One się strasznie tłuką między sobą! Dopóki nie możemy ich pozamykać każdego we własnym boksie, to już lepiej, żeby miały drogę szybkiej ewakuacji na zewnątrz. Z tego powodu zrezygnowałem z dalszego zawężania trzeciej ściany, tej otwartej: bo pierwotnie planowałem wstawić ściankę do połowy także w segmencie pierwszym od prawej strony (gdzie wanna). Na razie konie radzą sobie o wiele lepiej od nas. A skąd achałtekiny..? Trochę informacji jest na mojej stronie, a cała historia jest zbyt długa, żeby ją w taki sposób opowiedzieć. W sumie, napisałem już o tym książkę - tylko wydawcy jakoś nie mogę na razie znaleźć :-)

    OdpowiedzUsuń

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...