środa, 6 stycznia 2010

Nowe przygody wesołej gromady

Myślisz może, Drogi Czytelniku, że zabawianie Cię to jest sprawa łatwa i nic mnie nie kosztuje? Otóż wcale nieprawda, choć bynajmniej nie piję do Twojej kieszeni w tej chwili (tak w ogóle, to piję wystygłą kawę bez mleka, które zapomniałem wczoraj kupić – a wystygła, gdy miotałem się między wiatą a chatką rozmrażając… kawałek węża ogrodowego, krótki i sterczący, stąd w języku wewnętrznym nazywany zwykle krótko i anatomicznie; doprowadza on wodę z kranu do wanny z której piją konie; kran nie zamarzł, zamarzła za to woda w tymże ch..iku, Bóg wie skąd tam kapiąca – a założenie tego z powrotem, jak już w domu rozmroziłem, robiąc sobie przy okazji poranną kawę, okazało się trudniejsze niż myślałem, stąd i kawa wystygła…). Pisanie tutaj może kosztować odrobinę nerwów, biegania i wysiłku – nie dlatego też, że przy marnej ciągle jakości mojego radiowego łącza, nawet zamieszczanie postów bywa długotrwałe i nerwowe. Wcale nie dlatego. Dlaczego zatem?

Otóż pisałem Ci ja, Drogi Czytelniku, wczorajszym rankiem, przy kawce (ale jeszcze z mlekiem, bo było – ostatnie Murkis, kot zewnętrzny wypił, o czym zapomniałem jadąc do sklepu) i świeżo rozpalonej kozie. Za oknem było ciemno i cicho. Dobrze mi się pisało, a poza podkładaniem do kozy, nie miałem żadnych innych obowiązków. Konie były nakarmione, miały siano i wodę i absolutnie niczego się po nich – jeszcze po nocnych marszobiegach – nie spodziewałem.

Wychodząc po nowy zapas drewna, jeszcze je widziałem pod wiatą. Potem obudziła się Lepsza Połowa i wysłała mnie na strych po bakterie dla naszej oczyszczalni ścieków (zapomnieliśmy, zaganiani, w poniedziałek, a trzytygodniowy termin właśnie upłynął). Stojąc na drabinie, na strych prowadzącej, też niczego podejrzanego nie zauważyłem. Po czym, dokończywszy i zamieściwszy posta, a tudzież i kilka maili wysławszy, bo akurat wyjątkowo dobrze net wczoraj rano chodził, już za jasnego dnia, gdzieś tak ok. 9.00, ubrałem się, żeby pojechać do sklepu m.in. po to mleko, którego na koniec zapomniałem. Wychodzę przed chatkę, a tam wita mnie… Gluś, luzem chodzący i najzwyczajniej zmierzający w stronę drzwi, żeby w nie zapukać!

Złapałem uwiąz, Glusia pod wiatę odprowadziłem, ale już mi się niedobrze zrobiło – jak zwiały w tym samym kierunku co wczoraj, to jak ja nowe ślady od starych odróżnię..? Biegniemy z Lepszą Połową, mało co odzianą mimo mrozu (a dzień był piękny i słoneczny) i dobiegając do drogi kątem oka widzę, że mój najbliższy sąsiad, zamieszkujący (od czasu do czasu, bo zdaje się, że normalnie to w Warce mieszka, ale był akurat) samotne gospodarstwo mniej więcej naprzeciw północnego krańca naszego padoku, stoi przy swoim zjeździe i gapi się w stronę naszego padoku właśnie. Patrzę: Trzy Gracje i Dalia galopują wzdłuż ogrodzenia, po jego zewnętrznej stronie. Z zupełnie przeciwnej strony padoku niż nasza chatka, Gluś samotnie do niej podążający (chciał donieść, że młodzież zwiała..? Złośliwy staruszek!), nasz wielki padok po drugiej stronie drogi i kierunek poprzedniej, nocnej ucieczki. Uff!

Złapałem Dalię, reszta grzecznie poszła za nią i dała się zamknąć w ogrodzeniu. Bo znowu wejście było otwarte. Powbijałem w ścianę wiaty jeszcze dodatkowo gwoździe i na noc przywiązujemy do nich teraz obie linki na sztywno (na izolatorki tylko pętle były zakładane, żeby łatwo zdejmowć i wejście otwierać). Dziś w nocy nic nie uciekło. Pewien jestem jednak, że wkrótce wymyślą coś nowego. W końcu: co one innego mają do roboty..? Czy jest na sali jakiś wydawca, albo producent filmowy? Były „Uciekające kurczaki“, dlaczego nie nakręcić „Tabunu w ucieczce“..? Scenariusz gotowy…

I to jednak bynajmniej nie koniec. Wściekli byliśmy za te ucieczki. Konie – poza Glusiem, który z racji wieku przemęczać się nie lubi i jak widać olał cały grupowy entuzjazm i wyindywidualizował się z rozentzjazmowanego tłumu jako ten staruszek – delator stetryczały – przyszły z tej porannej wycieczki mokre, jak by je kto z łaźni wypuścił! Znakiem tego, przez te 40 minut góra, kiedy na nie nie patrzyłem (zakładając, że uwolniły się natychmiast po tym, jak zlazłem z drabiny na strych prowadzącej), niezły kawał terenu musiały zwiedzić.

Kiedy już wróciłem ze sklepu (o mleku zapominając!) i posprzątałem pod wiatą, Lepsza Połowa zaproponowała wycieczkę śladami nocnych marszobiegów. Jakoż z wysokości kulbaki okazało się, że wracałem z końmi do domu najkrótszą możliwą drogą. A w ogóle, fajna jazda była, choć na sam koniec żeśmy się rozdzielili i wracali osobno: Dalia wlkp jako stworzenie ziemno – wodne nie miała problemu, żeby przejść przez zamarznięty zresztą rowek gdzieś tam po drodze, a Melesugun pod Lepszą Połową niekoniecznie. Za to młodsza koleżanka chciała sobie jeszcze pogalopować po głębokim śniegu naszego dużego padoku. Poszedłem więc sprawdzić, skąd też galopowały w promieniach porannego słońca nasze pociechy.

Początek ucieczki był oczywisty: wyszły przez wejście, obok wiaty. Potem od razu pociągnęły przez przyszły (niedoszły..?) zimowy padok i dłuższą chwilę bobrowały w chaszczach przy naszym zjeździe z drogi (to ostatnia pozostałość po dołach, radkowym turem wyrównanych), a także po brzozowym zagajniku naszego sąsiada po drugiej stronie drogi i po skraju naszego dużego padoku. Gluś tam został i potem już tylko przemieszczał się z powrotem, w stronę chatki. Reszta stada, czyli cztery baby, pogalopowały – tu nie jestem do końca pewien dokąd, bo na pewnym odcinku śladów brak, mogłem je jednak sam zatrzeć jadąc drogą do sklepu. W każdym razie ślady wzdłuż północnego ogrodzenia prowadziły aż do równoległej drogi, dobry kilometr dalej – i skręcały na tę drogę, po czym gubiły się w krzakach.

Przekłusowałem całą trasę, którą normalnie, jak jest zimno, nie chce mi się, albo nie ma warunków do dalszej jazdy, z Dalią wlkp robimy, tak właśnie, jak one uciekały – czyli tzw. trasę „do kamienia“, bo na nieużytku po drugiej stronie tej równoległej drogi, o kilometr od naszej odległej, leży wielki kamień, wokół którego zwykle robię pętlę w galopie, kończąc intensywną część jazdy, a potem wracam do domu stępem. Są dwie możliwości zatem: albo przeszły naszą drogą w stronę wsi, zakręciły przy ogrodzeniu, pobiegły tak, jak zwykle Dalia biegnie na porannej jeździe tylko, że nie skręciły do domu jak ja to zwykle robię, wzdłuż chaszczy ciągnących się szerokiem pasem przy torach kolejowych, a zawróciły i pogalopowały z powrotem tą samą trasą. To jest wersja bardziej prawdopodobna z logicznego punktu widzenia, ale ilość śladów na tej drodze nie do końca pasuje do koncepcji rozbrykanego tabunu galopującego tam i z powrotem. Poza tym, dlaczego w takim razie Gluś pozostał przy wjeździe, a nie poszedł za nimi przynajmniej do narożnika naszego padoku najbliższego wsi, a więc do miejsca, które jest mu równie dobrze znane i przyjazne? Nigdzie też nie znalazłem miejsca, w którym stado mogłoby się zatrzymać i zawrócić – trzeba by zatem przyjąć, że zrobiły to po prostu na drodze, zawracając w miejscu.

Druga możliwość to taka, że jak już pobobrowały przy naszym zjeździe, w zagajniku i na skraju padoku po drugiej stronie drogi, to poszły przed siebie tak jak w nocy, w stronę torów – Gluś został, trzymając się miejsc, które zna. Tam musiały gdzieś skręcić z drogi w chaszcze – trudno to stwierdzić, bo cały ten teren był już i po nocy tak wydeptany, że jednokrotne przejście tabunu raz jeszcze jest nie do wykrycia. Chaszczami przeszły aż do równoległej drogi (bo na dróżce wzdłuż chaszczów, żdnych śladów nie było), potem dopiero zawróciły w stronę wsi i wróciły do nas od północy. Robiąc mniej więcj 3 kilometry, prawdopodobnie cały czas galopem.

Idę sprawdzić, czy się gdzie znowu nie wybrały… OK są. Ale za każdym uchem Wielkiego Strasznego Zwierzą siedzą co najmniej dwa diabły i coś jej podszeptują! Widzę to gołym okiem! Chyba powinienem zaraz ją siodłać i jechać, jak chcę uniknąć kolejnych kłopotów… Stworzyłem potwora! Po trzech miesiącach prawie codziennych porannych jazd koń, jak nie dostaje swojej porcji wysiłku, to go sobie sam wymyśla. Zimno. Nie chce się. Koza rozpalona. Zgaśnie jak nikt nie będzie dokładał, a Lepsza Połowa jeszcze śpi…

Lepsza Połowa twierdzi, że na polu, którym wracała nie pokonawszy rowka, pełno było śladów naszych kobył – z nocy jeszcze. Znaczy się, one też zaszły o wiele dalej, niż do miejsca, gdzie je dognałem. Kiedy je złapałem, musiały już stamtąd wracać. Ogólnie zatem, ponadplanowe zajęcia naszych koni wyglądają na o wiele bogatsze i intensywniejsze, niż mogliśmy sobie wyobrazić!

Co zrobić? Uciąć każdej po jednej nodze? Pęta im założyć? Nocować z nimi pod wiatą? Żeby to jeszcze jakiś brak je zmuszał do ucieczki – ale zwiewają akurat wtedy, kiedy ani siana, ani wody im nie brak. Z nudów zatem.

Lepsza Połowa dała im wczoraj piłkę do zabawy (bo ćwiczyła na swoim wierzchowcu, wzorem Siergieja Mamontowa – o którym może kiedyś opowiem, bo to piękna i smutna historia jest – jazdę z podrzucaniem piłki na grzbiecie konia). Nawet je to zainteresowało. Podobnie jak wielki, puchaty lis, który przez dłuższy czas siedział na środku padoku – wyszły wszystkie się na niego pogapić. Mam nadzieję, że nie wściekły. Dalii w każdym razie przezornie zszedł z drogi, a poza tym, bardzo zdrowo wygląda. Zdjęć nie zdołałem zrobić, bo się oczywiście rozładowała bateria w aparacie.

No dobra, Lepsza Połowa wstała, to choć bardzo, ale to bardzo mi się nie chce – zamieszczam tego posta, sprawdzam pocztę i stan konta (te dopłaty ciągle nie wpłynęły…) i wsiadam na zwierza…

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...