niedziela, 10 stycznia 2010

Niż genueński

Po tym, co napisałem wczoraj, chciałbym nowego posta rozpocząć od tej samej, kiczowatej sztuczki, do której uciekł się pewien przedwojenny autor powieści w odcinkach. Młodzieży, nie zorientowanej w realiach życia pradziadków, jeśli tu takowa zabłądziła przypadkim wyjaśniam, że nie było wtedy telewizji. Ludzie więc czytali codziennie gazety (niektóre ukazywały się nawet dwa razy dziennie! Bez komputerowego składu i zautomatyzowanej drukarni! Także w niedzielę!). Gazeta popularna, czyli odpowiednik dzisiejszego tabloidu, tym się różniła od poważnej, że obok artykułów o różnej treści i ogłoszeń, podawała swoim czytelnikom także i powieść w odcinkach. Oczywiście, dziś tabloid, który zdecydowałby się drukować powieść w odcinkach padłby w przedbiegach, bo kto ma czas na czytanie takich bzdur..? I jeszcze trzeba pamiętać, co było w odcinku poprzednim! Wtedy jednak, nie było telewizji, nie było więc telewizyjnych seriali i lukę, którą (kilkanaście lat później) zajęły, wypełniały gazetowe powieści w odcinkach. Cała „Trylogia“ i w ogóle większość twórczości Sienkiewicza, a takoż i Prusa czy Żeromskiego, zanim ukazała się w formie książkowej, najpierw – latami niekiedy – szła w odcinkach w gazecie. Comprende? Nie? To trudno, idziemy dalej..!

Ten autor o którym mowa, aż tak wybitnie w annałach literatury rodzimej się nie zapisał i stąd nie pomnę jego nazwiska, choć na pewno kiedyś je pamiętałem (skleroza niekoniecznie musi być taka zła! Trzeba tylko pamiętać, żeby zapominać przynajmniej w równych proporcjach dobre i złe wspomnienia…). Zasłynął zaś z tego, że pokłócił się z wydawcą gazety, w której drukował swoje kiczowate szmiry. Bodajże o pieniądze, bo niby o co ludzie mogą się kłócić? Napisał więc kolejny odcinek, w którym główny bohater zostaje związany i wyrzucony z pokładu samolotu (bo samoloty już były i właśnie niejaki Lindberg przeleciał po raz pierwszy nad Atlantykiem, co bardzo ekscytowało publiczność, ale jemu samemu na zdrowie nie wyszło – porwano mu syna mniemając, że stał się dzięki swemu wyczynowi bogaty i zapłaci okup; bodaj i zapłacił, ale syn i tak zginął…) na środku morza rojącego się od rekinów. Po czym złożył wymówienie.

Mam tę opowieść za anegdotyczną jedynie, bo jaki wydawca przy zdrowych zmysłach puściłby coś takiego..? Ten jednak puścił i jak łatwo się domyślić (przeżywają to i dziś reżyserzy niektórych sitcomów!), został następnego dnia zalany istonym potopem listów i telegramów (maili wtedy też nie było!!!) od zakochanych w tym bohaterze czytelniczek, które domagały się koniecznie szczęśliwego zakończenia i tej, jakże niebezpiecznej przygody!

Wydawca, wciąż pokłócony z niesfornym autorem, zwołał konsylium różnych jego zawistnych kolegów po piórze, co by mu takie zakończenie wymyślili z obietnicą, że ten, komu się uda, zajmie miejsce buntownika i będzie jego powieść (i etat) kontynuował. Głowili się długo, ale nikt niczego sensownego nie wydumał. Przyszło połknąć honor, autora przepraszać, podwyżkę mu dawać i do dopisania szczęśliwego zakończenia namawiać. Jakie było to szczęśliwe zakończenie? Proszę bardzo: „nadludzkim wysiłkiem woli pokonawszy wszystkie przeciwności, X wkroczył do baru…“

Też bym chciał po tym, co napisałem wczoraj, dziś dodać tylko, że nadludzkim wysiłkiem woli pokonawszy wszystkie przeciwności, wkroczyłem do baru. Niestety, nie ma tak dobrze! Mało tego, wygląda na to, że się nam kolejna przeciwność pojawiła, w prezencie od tytułowego genueńskiego niżu.

Jeszcze gdzieś tak około środy – czwartku prognoza pogody dla Radomia, którą codziennie śledzimy, przewidywała na weekend +2º w dzień i 0º w nocy czyli, w połączeniu z zapowiadanym deszczem – uczciwą odwilż, po której może bym nawet i do betonowania moich słupków na ogrodzenie (przyszłego? niedoszłego?) zimowego padoku wrócił. W piątek zrobiło się z tego -2º w dzień i -4º w nocy. No i faktycznie, pewnie tyle jest – a to, co z nieba leciało, to nie był deszcz, nie był to też śnieg, było to jakieś nie wiadomo co, mokre, twarde, kłujące. Zrobiła się od tego na powierzchni śniegu, którego w nocy z piątku na sobotę nie mniej niż 10 cm spadło gruba, twarda, lodowa skorupa. Koniom rani to pęciny, nie wychodzą więc poza najbliższe otoczenie wiaty, gdzie mają w miarę wydeptane. O jeździe, czy nawet o przeganianiu koni, żeby choć trochę ruchu miały, mowy nie ma. Trzeba by ochraniacze zakładać – mamy tylko jeden komplet, transportowych, najmniejszego rozmiaru, na achałtekinki. W nocy już nic u nas nie padało, grzbiety mają suche, ale co z tego?

Co gorsza, nie można wykluczyć, że właśnie zostaliśmy odcięci od świata. Wczoraj rano, a więc zanim jeszcze ta skorupa lodowa na dobre stwardniała, wyjechaliśmy od nas na targ z najwyższym trudem – musiałem wszystkich gadżetów, jakie najbardziej hardcorowy z seryjnie produkowanych samochodów terenowych posiada naraz użyć, żeby się przez zaspę tuż za końcem naszego padoku przebić. Z powrotem, niestety, wjechałem w koleiny (bodaj jeszcze jakimś ciągnikiem po mnie pogłębione) – i już ani napęd na cztery koła, ani redukcja obrotów, ani blokada mostu, nic nie mogły pomóc. Nasza dzielna, biedna Wendi wieszała się mostem na ubitym śniegu pomiędzy koleinami i gdyby nie sąsiad, który właśnie od siebie traktorem wyjechał, zostalibyśmy tam aż do prawdziwej odwilży. Sąsiadów, dziękować Bogu, mamy naprawdę dobrych!

Być może uda mi się wyjechać polami, omijając zaspy na drodze. Mowy jednak nie ma, żebym w ten sposób przeciągnął przyczepę. Moją, czy sołtysa – wszystko jedno. Toteż drewno zwoziliśmy wczoraj taczką. Obróciłem dwa razy, a mam narżnięte na jeszcze dwa – trzy takie kursy. Co gwarantuje, że bilans drewna z tego weekendu będzie dodatni – bo już wczoraj, nieznacznie, ale jednak, nasz zapas się powiększył, zamiast skurczyć. Może nawet, takim sposobem, dopracuję się nadwyżki, którą będę mógł, za radą Indianki (Panna się nie przemęczaj, tylko do zdrowia wracaj!) sprzedać? To jednak, tak czy inaczej, sprawa przyszłości. Na razie muszę coś wykombinować, żeby drogę do poniedziałku rana udrożnić. Na początek spróbuję to jednak zaatakować samochodem – jak nie wjadę w koleiny, to może na tyle się to pokruszy najpierw, a potem ubije, że będzie można i z przyczepą wyjechać? A jak to nie pomoże, zostaje łopata… Chciałbym w poniedziałek pojechać po słomę. Bardzo dobrą, owsianą słomę, konie ją dość chętnie jedzą, bierzemy od teścia Radkowego brata. Oferował się też z owsem. Dalej mam do niego, niż do tego sąsiada z Dąbrówek, od którego do tej pory brałem, a i owies ma z jęczmieniem zmieszany, to grymasiłem. Że jednak i cena mu odpowiada i na zapłatę już wcześniej godził się poczekać, to w tej sytuacji nie będę już wybrzydzał. Po siano nawet, gdyby jego właściciel zgodził się poczekać na zapłatę, pojechać nie dam rady, bo to pod Radomiem, 40 km w jedną stronę, a nie mam aż tyle paliwa. Swoją drogą, muszę sprawdzić, czy aby coś jeszcze w trupie naszej koparki nie zostało. Chyba już jednak z niej wszystko spuściłem…

Tymczasem siana zostało tyle co na dzisiaj, owsa na tydzień z okładem, ale jeśli nowy mam brać, to muszę mieć „na zakładkę“, żeby nowy ze starym choć przez kilka dni mieszać. Siana, w ostateczności, uproszę belę od Radka. Może zresztą i w samej Boskiej Woli, albo w Dąbrówkach ktoś ma, tylko się na razie nie ujawniał z tym zapasem?

Przeżyjemy. Ale, prawdę pisząc, to ja bym już wolał te nadludzkie wysiłki woli mieć za sobą i wkraczać właśnie do baru! Ten genueński niż bardzo do tego zachęca…

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...