sobota, 16 stycznia 2010

Na Zachodzie bez zmian…

Zauważyliści Państwo pewnie, że często pożyczam tytuły? To przemyślana strategia jest! Jak pokazuje Google Analytics już po dwa razy ktoś kliknął na tego bloga szukając wyrażeń „biegi przełajowe“ i „niż genueński“, a raz nawet: „drętwienie kikuta palca dłoni“, choć to mam za końputerową fantazję, bo jako żywo w takiej dosłownie kolejności nigdy tych słów tu nie zestawiłem!

Jak do tej pory wiem na pewno, że mam co najmniej jednego Czytelnika który kuma, o co tu chodzi i czytając historyjki, które zapodaję, zaśmiewa się do łez. Bo przecież po to piszę, żebyście się Państwo pośmiali, a nie dlatego, że nakarmiłem już jakiś czas temu konie, koza właśnie się rozpala, a że z natury jestem stworzeniem o aktywności porannej i rozpiera mnie o tej porze dnia energia i fantazja, to nie mając aż do świtu nic konkretnego do roboty, mam to za lepsze zajęcie niż układanie nierealnych chwilowo planów na przyszłość (żeby była jakaś przyszłość, musimy niestety, najpierw dojść do ładu z naszą teraźniejszością! Teraźniejszość zaś jest taka, że w lodówce zostało pół puszki „Przysmaku śniadaniowego“ z lokalnego sklepiku, który nawet Sylwestra je z obrzydzeniem i tylko, kiedy jest już wściekle głodna…). Po prostu lubię Państwa bawić.

Mój Czytelnik który kuma, o co tu chodzi, czyli pani dr Batog, radziła mi wczoraj sms-em, żebym napisał powieść dla dzieci z punktu widzenia naszego kota, albo któregoś z koni. Akurat sekundę wcześniej skończyłem bardzo nieprzyjemną rozmowę z panią z firmy windykacyjnej pracującej dla mBanku (bo przecież już całe 9 dni spóźniam się z POŁOWĄ raty kredytu! Bank może od tego w każdej chwili zbankrutować! Ludzie, wycofujcie stamtąd swoje wkłady, bo przeze mnie przepadną..!). Co, jak można się domyśleć, nie nastrajało mnie przesadnie twórczo. Tym niemniej pomysł sam w sobie nie jest zły, jak w ogóle większość pomysłów Pani Doktor, która jest tu naszym dobrym duchem opiekuńczym od samego początku w Boskiej Woli osiedlenia.

Tyle tylko, że wymaga najpierw odrobiny marketingu. Obawiam się, że jeśli tego bloga nie przeczyta jakiś wydawca – a przynajmniej sekretarka wydawcy, przyjaciel wydawcy, kochanka wydawcy, w ostateczności: dziecko wydawcy! – to mogę konspekty powieści, opowiadań czy książek o konisiach słać sobie do wydawnictw następne 40 lat i jeśli raz jeden doczekam się uprzejmej odpowiedzi, żebym czekał na odpowiedź, to taki będzie cały mój w tym dziele sukces.

Tymczasem, w konkursie na Blog Roku 2009 dostałem od 1 do 5 głosów i zajmuję miejsce na 15. stronie w rankingu kategorii „Ja i moje życie“ – czyli około 150-tego. Nieźle, jak na 1300 blogów zgłoszonych w tej kategorii (to co, właściciele pozostałych 1150 nawet sami na siebie nie zagłosowali..? Co ja, bez wstydu przyznaję, natychmiast uczyniłem!). Jednak, biorąc pod uwagę, że Google Analytics podaje mi raporty, z których wynika, że tygodniowo wchodzi tu ok. 100 P.T. Czytelników – jednak trochę mało!

Ludzie, zróbmy trochę ruchu w tym interesie! Wiem, że piszę rozwlekle. Trzeba mieć czas, żeby to czytać. Trzeba lubić. Ale też nikt Was nie zmusza, żebyście tu klikali. Znaczy, że lubicie, tak? To polećcie mnie znajomym. Zamieście linki na swoich stronach i blogach. Wspomnijcie na forach publicznych, linka dając. No i wysyłajcie te sms-y o treści A00113 na numer 7144. Kosztuje to 1,22 zł, z czego wiem na pewno, że 22 grosze dostanie Rudowłosy, a co się stanie z pozostałą złotówką, nie śmiem nawet przypuszczać: konkurenci podają, że pójdzie to na turnusy zimowe dla biednej młodzieży, ale po pierwsze – na pewno nie całość, bo przecież organizacja takiego konkursu kosztuje, a niby dlaczego organizatorzy mieliby to robić za friko? A po drugie, jakoś nigdzie na głównej stronie konkursu się tej informacji nie dopatrzyłem… No, ale chyba 1,22 zł za chwilę śmiechu to nie jest drogo..?

Wracając do śmiechu: wczorajszy Czyn przez duże „Cz“ (a nawet „Czy“!) skończył się jak zwykle. To znaczy, zbiorowym wysiłkiem i mądrością narodu (skumplowałem się z dwoma sąsiadami, obsadzającymi na spółkę oba rogi naszej dróżki w miejscu, gdzie dochodzi ona do wioskowego asfaltu, tj. z Frankiem, który raz już mi pocztę przyniósł, bo ją u niego listonosz zostawił i z Wojtkiem, który ciągał mnie poprzednio traktorem, a wczoraj usłużył wrzątkiem do rozmrażania rurek i zaoferował tonę owsa o 5 zł na metrze taniej niż były sołtys…) zamontowaliśmy z powrotem całe ustrojstwo tam, gdzie jego miejsce, rozmroziliśmy co się dało tak, że paliwko z pompy wreszcie pociekło (bo nie chciało z początku), odpaliliśmy i… Najpierw maszyna elegancko weszła na obroty, pochodziła trochę nawet i bez gazu, ruszyłem z miejsca i zdechło! Zdechło i już żadne tego dnia wysiłki nic nie dały: zdychało za każdym razem po minucie – dwóch. Dobrze, że akumulator mam dobry, to zniósł moje uparte eksperymenty, aż przyjechał druh mój serdeczny Radek ciągnikiem i zaholował mnie do siebie na podwórko. Miałem nadzieję, że może po drodze się przepali i jechałem na „piątce“, a nie na luzie – ale d..pa, na podwórku u Radka było to samo. Jego brat – mechanik, Wojtek, obiecał na noc wstawić Wendi do ciepłego garażu, żeby się w całości rozmroziła.

I teraz dowcip. Wracając od Radka, druha mego serdecznego, znalazłem na naszej dróżce gumowe kółko. Może to nie jest uszczelka z mojego filtra paliwa. A może jest? Bo jeśli jest, to w tym, że samochód gasł po minucie, góra dwóch, nie ma nic dziwnego… W końcu, jak mu się w filtrze paliwa powietrze do ropy mieszało, to jak miał nie gasnąć..? Prosiłem Radka przez telefon, żeby odkręcił ten filtr i sprawdził, czy jest w nim uszczelka. W końcu biegałem z filtrem w ręku kilka razy między samochodem a naszą chatką, uszczelka miała pełne prawo na drodze wypaść… Nie sprawdził chyba, a ja nie naciskałem, bo raz że noc w garażu Wendi na pewno nie zaszkodzi, dwa, że i tak już było za późno, żeby robić cokolwiek, trzy, że ten gumowy krążek jest już z lekka przydeptany i wątpię, aby mógł spełnić swoją rolę, jeśli nawet rzeczywiście jest uszczelką z mojego filtra paliwa; a cztery, że Radek ma teraz własne kłopoty, o wiele gorsze od moich. Dach na oborze mu się zawalił. Nie! Bez tragedii! Żadnej krowie nic się nie stało! Ale jak przyjdzie odwilż, jak to wszystko krowom na łby spłynie… Ma ktoś gdzie przygarnąć 20 mlecznych krów na wiosnę..? No i siano, na strychu nad oborą składowane, szlag mu pewnie trafi…

Radek szczęściem w nieszczęściu w nowym roku odnowił ubezpieczenie obory, które mu jakiś czas temu wygasło. Ale zanim wydobędzie odszkodowanie i coś z tym dachem zrobi…

Na koniec zaś, optymistycznie. Nawet hurraoptymistycznie! Dokonaliśmy z Maleństwem psychologicznego przełomu. Maleństwo, które po matce odziedziczyło charakter – słodki, ale upierdliwy do bólu – na lonży chodziło zawsze tylko w jedną stronę. Konkretnie to w prawo (choć nie jestem do końca pewien, czy wcześniej przypadkiem nie chodziła tylko w lewo…). W drugą stronę bunt był, stawanie dęba, skoki, ucieczki – pełen repertuar… Jakoś nie mogliśmy sobie z tym poradzić. Raz, że bardzo kochamy nasze Maleństwo, także przez wzgląd na jej tragicznie zmarłą matkę, która była naszym najbardziej ukochanym koniem – i trudno nam było jej po prostu przylać. Jakoś się ręka z batem nie mogła podnieść. Dwa – że czekaliśmy, aż zbudujemy lonżownik, choćby tymczasowy, gdzie rozwiązanie tego problemu byłoby dość proste.


A wczoraj – udało się! Chodzi dziecko na obie strony elegancko. Jak mi się tego psychologicznego przełomu udało dokonać..? No batem oczywiście – a czym innym? Nie, to nie było PO rozmowie z panią z firmy windykacyjnej. Nie wiedziałem jeszcze, że taka do mnie wieczorem zadzwoni. Zresztą, nigdy nie rozładowujemy stresów na koniach. Jak jest bardzo źle, to ich w ogóle nie dotykamy – a za to rżniemy, albo rąbiemy drewno, czy w ogóle: wyżywamy się na materii już nie ożywionej, a nie na naszych ukochanych podopiecznych. Po prostu miałem wczoraj taki dzień (w życiu żółwia), kiedy ręka z batem sama się podnosi. Pomogło i to, że poza kręgiem wyrąbanym przez Lepszą Połowę w lodzie, Maleństwu było bardzo niewygodnie się poruszać, więc sytuacja była prawie jak na zamkniętym lonżowniku – nie miała dokąd uciec. Oraz to, że poprzednio przez kilka dni, kiedy ja byłem zajęty rżnięciem, Lepsza Połowa regularnie prowadzała Maleństwo, stopniowo ją przyzwyczajając, że człek z obu stron konia zarówno chodzić może…

2 komentarze:

  1. Już nie moge się powstrzymywać dłużej i nie napisać, że KOCHAM czytać tego bloga Panie Jacku,śmieję się do łez (choć nie wiem czy to ok biorąc pod uwagę, że macie chwilowo mocno pod górkę) i dochodzę do wniosku, że u nas to jest błogi spokój i brak jakichkolwiek rozterek. Pana humor trafia do mnie w 100% a dodatkowo podobne realia codziennego funkcjinowania dodaja smaczku całości a przy tym mogę powiedzieć z czysttym sumieniem że dokładnie rozumiem Wasze rozterki i utożsamiam się z walką o przetwanie. Dacie radę i w to wierzę bardzo mocno. My na naszą wiochę trafiliśmy wiosną 5 lat temu i nasz pierwsza zima była też z "grubej rury" i ucząca pokory. Już niedługo wiosna i świat będzie wyglądfał pięknie a poroblemy powolutku same się zaczną rozwiązywać. Ściskam mocno i mam nadziję kiedyś do zobaczenia na Waszych wsapniałych włościach.

    Pozdrawiam ciepło.
    Magda Kondraciuk i koniki

    Szczególnie ciepłe uściski od Babci Anatolii za zabranie jej sznownego tyłeczka z Olszan :).

    OdpowiedzUsuń
  2. Jacku- nie znamy się ale Wasze poczynania śledzę prawie od samego początku- zazdroszczę Ci i jednocześnie gratuluję odwagi, cierpliwości i konsekwencji z jaką dążysz do celu.
    Fantastycznie czyta się tak lekko, łatwo i przyjemnie opisane historie z dnia codziennego, które nie rozpieszcza.
    Trzymam za Was kciuki i dziękuję za radość jaka przebija z Twoich wpisów.

    Pozdrawiam
    Bjooork

    OdpowiedzUsuń

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...