wtorek, 26 stycznia 2010

Murkisa pamięci...

Będę musiał wykopać dziś dół i pochować Murkisa.

Jak to się stało..? A któż to wie... Nie było mnie wczoraj przez cały dzień. Rano poszedłem do stacji w Strzyżynie i pojechałem do Warszawy. Siedzieć w bibliotece. Ok. 12.00 zadzwoniła Lepsza Połowa. Murkis leżał i płakał rozgłośnie (a płakać umiał naprawdę głośno!) z tylnymi łapami wykręconymi w dziwny sposób i bezwładnymi pod wiatą, w swoim ulubionym miejscu na zewnątrz tam, gdzie podcień tworzony przez dach wiaty i słońce sprawiły, że można siedzieć na nagrzanej w południe, wolnej od śniegu, suchej trawie. Sfajdał się przy tym czymś czarnym i smolistym. Lepsza Połowa przyniosła go do domu i obmyła. Kot dalej głośno płakał. Poprosiłem dr Batog, żeby zadzwoniła do Lepszej Połowy.

Wyrok Pani Doktor był jednoznaczny: przerwanie kręgosłupa. Rzeczywiście, Lepsza Połowa znalazał na szerokość dłoni nad ogonem Murkisa chrupkie miejsce w jego kręgosłupie. Nic nie można było zrobić, żeby go uratować.

Skrócenie jego cierpień też okazało się niemożliwe. Chyba, żeby rzeczywiście głowę na pieniek i siekierą... Zdobyłem wprawdzie telefon do weterynarza z pobliskiego Grabowa, ale nie chciał przyjeżdżać do kota. Nie mogę mieć o to do niego pretensji. Jest w końcu weterynarzem od krów, kotu by już i tak nie pomógł, a mógł nie zdążyć pomóc jakiej krowie. Pani Doktor radziła Murkisowi wstrzyknąć wódkę, żeby mniej cierpiał - ale akurat "zestaw pierwszej pomocy", złożony z wódki i czekolady, który kupiłem w niedzielę w wioskowym sklepie na mroźną noc, odjechał w siną dal w samochodzie Radkowego brata, który przyciągnął nam przyczepę z ok. 30 kostkami siana. Tak się wtedy chłopakom spieszyło.

Próbowałem znaleźć kogoś, kto by Lepszą Połowę z umierającym Murkisem zawiózł te 5 km do Grabowa. Nikt jednak nie miał odmrożonego samochodu, albo czasu. Murkis skonał więc w bólu po kilku godzinach.

Przepowiadałem mu, że długo nie pożyje. Myślałem jednak, że lis go pożre, albo któryś z burków, jakie się tu czasem pętają, ewentualnie zeżre coś tak już niezdrowego, że nawet jemu zaszkodzi (a żarł wszystko, z olejem do smarowania piły włącznie!). A wygląda na to, że nadepnął na niego któryś z koni - najpewniej Wielki Straszny Zwierz. Niechcący. Bo przecież Murkis z naszymi końmi znał się i mieszkał dłużej niż z nami. Nam dał się oswoić 11 listopada - a pod wiatą nocował co najmniej kilka tygodni wcześniej. Konie go lubiły. Pozwalały mu się do siebie przytulać, gdy układały się do snu pod wiatą.

To był prosty, żywiołowy i żywotny, wiejski kocur. Kiedy chciał jeść - darł się wniebogłosy. Kiedy chciał spać, spał. Kiedy chciał - polował na myszy. Kiedy chciał się ogrzać, szturmował drzwi i okna naszej chatki, albo drzwi na strych. Kiedy chciał latać na boczku - latał. Był zupełnie niewychowany. Wpuszczony do domu, szybko lądował z powrotem za drzwiami. Nie było innego wyjścia - żaden garnek nie był przed nim bezpieczny.

Jeszcze długo będę, otwierając drzwi, odruchowo sprawdzał, czy przypadkim nie próbuje się prześlizgnąć.

Jest nam bardzo smutno. To było pierwsze żywe stworzenie, które nam przybyło do gospodarstwa od sprowadzenie się do Boskiej Woli. Jego śmierć nie jest dobrym znakiem. Poza tym, już bez żadnych zabobonów - pokazuje, jacy jesteśmy teraz bezradni w razie katastrofy...

Dostanie miejsce w naszej alei zasłużonych.


To jego ostatnie zdjęcie. Ze słonecznego piątku.

3 komentarze:

  1. Tak to juz jest - zwierzaki przychodza i odchodza. Szkoda, ze musial sie meczyc:/ Dzis bysiek stanal na Kicikoci i stal na niej niepomny na wrzaskliwe protesty - skonczylo sie na oburzeniu obu stron - na szczescie. Pozdrawiam.

    OdpowiedzUsuń
  2. Przykro mi Jacek, zwłaszcza że musiał cierpieć...

    OdpowiedzUsuń
  3. A tak lubiłam opisy jego przygód (wiem, że dawno już zdechł, ale ja czytam tego bloga od początku i przeżywam zdarzenia z niejakim opóźnieniem). Pozdrawiam Chita

    OdpowiedzUsuń

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...