wtorek, 12 stycznia 2010

Ironiczne zakończenie

To nie będzie najlepszy tekst w tym blogu. Obawiam się, że nie uda mi się nawet dosięgnąć średniej. Prawdę pisząc, jeszcze wczoraj przed 20.30 mniej więcej, byłem wręcz przekonany, że jeśli nawet napiszę cokolwiek, wyjdzie mi straszliwy gniot: patos, dobroć, wdzięczność – to nie są tony, którymi umiałbym grać tak dobrze jak ironią. Patos, jeśli nie jest ironią podszyty, mam zresztą za niestrawny dla Czytelnika już w aptekarskich wręcz dawkach.

Tymczasem wszystko się wczoraj składało (aż do 20.30 mniej więcej) tak, że na żadne inne kolory w moim dzisiejszym, porannym opowiadaniu miejsca byłoby brak. Najpierw, winni jesteśmy wielkie podziękowania i wdzięczność Hani z mężem którzy (jak twierdzą, od ust sobie nie odejmując, ale kto to wie..?) pospieszyli nam z finansową pomocą, niemało się przy tym trudząc, bo z braku możliwości skorzystania z przelewu na pożerające kasę konto, zmusiłem ich do nadania przekazu pocztowego, a więc i do odkopania spod śniegu wyjazdu z ich gospodarstwa…

Potem, nasz niezawodny sołtys sprzedał mi na krechę 100 kostek siana i sam mi je ciągnikiem przywiózł. Dziś jestem też umówiony na ładowanie 40 kostek słomy i (być może, ale zaraz będę wiedział) 200 kg owsa u mojego sąsiada, byłego sołtysa (któremu zresztą do tej pory nie zapłaciłem za sprasowanie naszego własnego siana w sierpniu).

Pracowało się wczoraj dobrze. Wywiozłem łącznie 12 taczek nawozu na naszą pustynię. Przywiozłem 3 taczki drewna na opał, które Lepsza Połowa w większości od razu porąbała. Lepsza Połowa rozbiła też lodową skorupę na części naszej ujeżdżalni, grabiami odgarniając lodowe odłamki (mina pana w ciągniku, który przejeżdżał obok, gdy to robiła: bezcenna!). Dzięki temu można było przynajmniej wylonżować nasze zastałe przez weekend konie. Zaczęliśmy od Dalii wlkp która, jako najcięższa, miała to dla pozostałych ubić. W pełni się to powiodło tyle, że kiedy już ją rozstępowywałem, pojawił się pan, zbierający w pobliskim brzozowym młodniaku chrust. Oczywiście, Wielki Straszny Zwierz musiał – musiał i koniec, musiał i nie ma przebacz – pójść tam i pana obwąchać. Robi to za każdym razem, kiedy ten pan się pojawi, a ponieważ wszystkie dwa brzozowe młodniaki w okolicy naszej wsi przylegają do naszego padoku, pan jest najdokładniej obwąchanym panem w całej wsi. No, mydełkiem Fa, to on nie pachnie. Ale przynajmniej znosi to cierpliwie…

Nadludzkim wysiłkiem woli (he, he!) oraz łopatą i zgubnym zupełnie nadużywaniem turbiny i sprzęgła mojej biednej Wendi, udało mi się podczepić przyczepę i przesunąć ją jakieś 20 m. Przez godzinę. W stronę przeciwną niż zamierzona. Bo nie udało się skręcić. Nigdy nie ćwiczyłem jazdy poślizgowej – a co dopiero z przyczepą? Nawet się to (po 20.30 mniej więcej) nadspodziewanie przydało, bo wyprowadziłem w ten sposób przyczepę z najbliższego sąsiedztwa wiaty dla koni, gdzie stała. Doraźnie jednak, widząc kłęby czarnego dymu wydobywające się z rury wydechowej i słysząc rozpaczliwy wizg silnika, pomysłowi wyjeżdżania dokądkolwiek z ogonem, dałem spokój. Trzeba by całe 800 metrów do wsi do gruntu śnieg wybrać, żeby to się udało – bo już pod własnym ciężarem zaczął nie tylko od góry, ale i od spodu lodowacieć, więc co nie wybrałem łopatą i tak było lodowisko. Najtrudniej bodaj było podczepić – jeszcze do przodu z poślizgiem jakoś mi wychodzi, ale do tyłu..? Traktor sobie radzi, bo ma wystarczającą moc, żeby jechać po świeżym śladzie, gdzie się nie ślizga (zresztą, przy takim bieżniku opony, o poślizg nie tak znowu łatwo…) i jeszcze przyczepę ciągnąć, Wendi jest na to za słaba.

Jednym słowem, kończyłem dzień brudny i śmierdzący nie gorzej od pana zbierającego chrust (Lepsza Połowa twierdzi wręcz, że coraz trudniej ten odór ze mnie wywabić: tym gorzej, że się nam na domiar złego, wąż od słuchawki prysznica wziął i się rozszczelnił, cieknie równo na całej prawie długości; stanowczo, przy pierwszej okazji trzeba w hydroforni wstawić odżelaziacz! Bo tych hydraulicznych awarii trochę za dużo – i to chyba właśnie 6-krotnie przekroczona – wg geologa – norma żelaza i manganu w naszej wodzie za to odpowiada…), ale szczęśliwy. A co jest ciekawego w szczęśliwym zakończeniu? Nuda i banał…

Na szczęście dla tej opowieści o 20.30 mniej więcej, zmęczony i obolały w stopach (cały dzień w gumiakach) rozłączyłem się z internetem, uśpiłem końputer, niedbale założyłem buty na gołe nogi nie zawiązując nawet sznurowadeł i zarzuciłem polar na podkoszulek, co by przejść się po raz ostatni tego dnia do koni, nalać im wody, bo od nadmiaru siana suszyło je jak smoki i spijały od razu wszystko, co się w wolnej od lodu części ich wanny mieściło, a zaraz potem – lec spać u boku Lepszej Połowy. Nawet nie podrzuciłem więcej drewna do kozy. W końcu miało mnie nie być góra 10 minut.

Tymczasem co widzę pod wiatą? Skrajny po prawej stronie zastrzał (jak poucza wszechwiedząca Wikipedia: sam bym to po prostu skośną belką nazwał…) podtrzymujący belkę, na której opiera się dach wiaty (czyli ocap, jak mówił sołtys, a tram lub oczep według Wikipedii) – wisi swobodnie, szczerząc się od dołu gołymi gwoździami, jakby wybity na zewnątrz. Któraś z dziewczynek ćwiczyła kankana i wykonała wymach na wysokość 2,5 metra, żeby w ten zastrzał kopytem trafić? Jak najbardziej możliwe. Po kolacji, kiedy już szedłem wyłączyć światło (trzeba w tym celu obejść wiatę dookoła, bo wejście jest – tymczasowo – z przeciwnej strony niż włącznik; zmieni się to, jak wreszcie zbudujemy zimowy padok), ze środka dał się słyszeć suchy trzask – ale inny niż uderzenie kopytem w czaszkę Glusia. Pomyślałem wtedy, że któraś trafiła w wannę – ale wanna była cała, a sterczącego zastrzału, jeśli już wtedy sterczał, nie zauważyłem.

Istniała też jednak i druga możliwość. Sołtys, jak przywiózł mi siano zapytał, dlaczego nie odśnieżyłem dachu wiaty. Odpowiedziałem, zgodnie z prawdą, że nie mam jak wejść: zabudowując hydrofornię mój Ojciec użył połowy z mojej rozkładanej drabiny, znacznie ją przy tym skracając, jako zejścia do hydroforni (gdzie chciał, żebym miał podręczną piwniczkę: nic z tego nie wyszło, bo na dnie hydroforni non stop stoi woda…). Wiata dla koni ma 48 m2 powierzchni, ale jej dach – 60 m2, z każdej strony jest mniej więcej po pół metra zakładki. Więc, żeby dostać się na dach z drabiny opartej o ścianę wiaty, trzeba pokonać półmetrową przewieszkę. Niby nic, ale jak to zrobić? Póki była rozkładana drabina, którą można było postawić w pewnej odległości od ściany, było to łatwe, ale teraz..?

Potem jeszcze czytałem na moim ulubionym blogu Dwagrosze o odśnieżaniu dachów jako jednym z symptomów rozkładu panującego nam socjalizmu. Fajny tekst, zazdroszczę!

Nic w wyglądzie wiaty nie wskazywało, że dzieje się cokolwiek niedobrego. Oczep, podparty czterema słupami nie ugiął się, a przynajmniej nie było tego widać gołym okiem. Że jednak sołtys, w końcu konstruktor i budowniczy tej budowli o jej wytrzymałości swoim pytaniem zwątpił i że ten fajny, ironiczny tekst… Co było zrobić? Zawiązałem sznurowadła, przytargałem drabinę i młotek, wprowadziłem zastrzał na właściwe mu miejsce i przybiłem ponownie, a potem zacząłem kombinować, jak tu wleźć na dach.

Nie było się czego złapać, żeby te przewieszkę pokonać. Może, gdyby dach był suchy, sama chropowatość papy by wystarczyła dla oparcia dłoni, ale w tym stanie – mowy nie było żeby się tak podciągnąć.

Najpierw przybiłem dwa gwoździe, za które mogłem się złapać jedną dłonią. Alpiniście już by to na pewno wystarczyło. Dla mnie jednak, oparcie ciągle było zbyt niepewne.

Przybiłem więc jeszcze dwa gwoździe, dla drugiej dłoni. W ten sposób, mogłem wspiąć się na dach, jakbym na kulbakę wsiadał, przedniego i tylnego łęku się trzymając – i to już poszło gładko. Lata praktyki! Gorzej było potem zejść, bo odruchowo chciało się skakać J. A i namacać nogą drabinę pod tą przewieszką wcale nie było tak prosto.

No więc zrzuciłem lód i śnieg z dachu wiaty. Jak już kończyłem, przed 22.00, obudziła się z zimna Lepsza Połowa, bo koza rzecz jasna wygasła, a koćwektora, na 10 minut wychodząc, przecież że nie włączyłem. Rozpaliliśmy, wspólnym wysiłkiem i przy użyciu Grzesiowych gazet, których jeszcze sporo mamy, kozę na nowo i nawet obejrzeliśmy, prawie do końca durny wojenny film, który akurat szedł w pudle tym się pocieszając, że teraz obojga nas przynajmniej tak samo plecy bolą: Lepszej Połowie od schylania się przy rąbaniu drewna, a mnie od machania łopatą. Co wreszcie zapewniło wystarczająco ironiczne zakończenie dla tak pracowitego i udanego dnia.

Dziś już tak pracowicie z tego bólu nie będzie. Tym bardziej, że i śnieżek znowu popaduje, skutecznie zwierzakom grzbiety mocząc, więc wsiąść się na nie, jak planowaliśmy dla rozmasowania mięśni, raczej się nie da…

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...