niedziela, 31 stycznia 2010

Feliks, albo miastowa fanaberia

No i będę musiał wykopać dół dla kuropatwy. A pewien jestem, że Feliks byłby bardzo smaczny! To co, że padł sam i nie wiemy na co..? Ludzie przez tysiące lat żywili się padliną. Nawet na BBC pokazywali faceta, który do tej pory zbiera padłe zwierzęta z dróg wokół Londynu i tym tylko się żywi…

Ale trudno. Wykopię. Prawdę pisząc, sam się zmartwiłem, jakem go znalazł sztywnego przy samochodzie. Jakoś za łatwo nam przychodzi to przywiązanie. Taka miastowa fanaberia. Albo skutek długotrwałej izolacji. Bo jesteśmy, po ostatnim śniegu, praktycznie odcięci.

Nie mam czasu pisać bloga bo nareszcie – mam do pisania mnóstwo rzeczy za które, mam nadzieję, ktoś mi zapłaci. Przy tym nerwowo przeglądam co chwila („chwila“ w tym przypadku zależy od tego, kiedy uda się nawiązać połączenie…) rachunek, na który ma przyjść jakaś mała zaliczka. Nie stać nas na to, żeby ją nam bank skonfiskował. Tym bardziej, że moje zlecenia będą wymagały podróży do Warszawy.

Śnieg wypełnił po brzegi wąwóz, jakim już po poprzednich opadach była nasza droga. W niektórych miejscach leży metr białego łajna. W stronę torów i stacji kolejowej w Strzyżynie – trochę mniej, ale i tak, jakeśmy wczoraj wsiedli na staruszków sprawdzić, jak to wygląda i trochę ten śnieg, wtedy jeszcze mokry i lepki, rozbić przed zapowiadanym na noc mrozem, żeby się znowu lodowa skorupa nie zrobiła – Gluś zapadał się i kłusować było mu trudno. Dalii to wszystko jedno. Ale ona ma tak szerokie i wielkie kopyta, że nawet na bagnach nie tonie.

Urobiłem się wczoraj jak dziki osioł. Wpadłem mianowicie na pomysł, żeby worek owsa przytargać od byłego sołtysa (około kilometra) na sankach. Były sołtys sanki miał. W sensie – miał je jego wnuczek. Miał i pożyczył. Ale pomysł wcale nie był dobry. Sanki z przywiązanym do nich workiem albo zapadały się w głąb zaspy, a mokry śnieg lepił się do nich tak, że oprócz worka i sanek, ciągnąłem też pół tony śniegu – albo, jak gdzieś było odrobinę twardziej, to się natychmiast przewracały. Zostało mi jeszcze pięć słupów elektrycznych i cała długość naszego ogrodzenia, czyli dobre dwie trzecie drogi, kiedy podjechał traktorem – polem głównie, bo tam śniegu trochę mniej niż na drodze – nasz dobry sąsiad Wojtek. Widział z daleka jak się męczę i chciał pomóc. Prosiłem go, żeby dał spokój – jego traktorek jest malutki, a gdyby utknął gdzieś po drodze, to kto by go wyciągał..? Ale się uparł i udało się. Tym samym udowodnił, że ciągnikiem jednak da się do nas przyjechać, w co wątpiłem. Dziś obiecał podrzucić trochę słomy.

Jak tylko pocieplało, okazało się dowodnie i dowonnie, że dziewuchy pod wiatą na metrowej warstwie gnoju stoją. Wywiozłem w czwartek, w śnieżnej zadymce, która mi non stop dróżkę na pustynię zawiewała 12, a w piątek 16 taczek – i jest trochę lepiej, wczoraj wystarczyło wywieźć bieżący ładunek. Tyle, że w miejsce tego, co się wywiezie, suchą słomą pościelić wypada, a tu ostatnia kostka na dzisiaj mi została.

Po wywożeniu gnoju, targaniu sanek z owsem i krótkiej, ale bardzo przyjemnej jeździe na naszych staruszkach (achałtekinek nam szkoda na taki śnieg; przypomniałem sobie potem, że mamy na strychu jeden komplet ochraniaczy – co prawda, transportowych – ale może da się ruszyć bodaj Melesugun dzięki temu..?), wybrałem się oddać sanki i zrobić jakieś podstawowe zakupy. I właśnie wtedy znalazłem Feliksa. Pełzał bezradnie pod ogrodzeniem pierwszego domu od strony wsi przy naszej dróżce.

Na początek chciałem go wcisnąć Wojtkowi, który mieszka tuż obok, a właśnie udowodnił, że ma złote serce. Ale nie dał sobie wmówić ptoka, o którym jeszcze nie wiedziałem na pewno, że jest smaczny. Co więcej, uświadomił mnie, że we wsi nikt go nie będzie chciał. A ubrana w roboczy kombinezon z logiem mojego byłego pracodawcy (Przebóg! Ducha bym się szybciej spodziewał..!) kobieta – nie wiem: żona, siostra? – jeszcze mi próbowała pszenżyto dla ptoka podarować, z góry zakładając, że miastowi na pewno będą mieli fanaberię go trzymać. No i, kurna chata, nie pomyliła się! Aż wstyd być tak przewidywalnym. Może, jak zaproponuję Lepszej Połowie, że sam go sprawię i pokroję, to jednak odpuści z tym pogrzebem i ugotuje z Feliksa coś smacznego..? Nie… Chyba jednak nie jestem aż tak zdesperowany… Ot, słabość..!

Skoro Wojtek go nie chciał, przez chwilę kontemplowałem możliwość odniesienia ptoka do sklepu. W sumie jednak, Wojtek pewnie miał rację i tam też by go nie chcieli. Zaniosłem więc ptoka, który mnie po drodze przykładnie ofajdał (podobno to na szczęście..?) do naszej chatki. A potem wróciłem, oddałem sanki, zrobiłem zakupy, przytargałem je i padłem jak zmięta onuca. Ciąg dalszy Państwo już znacie.

To jak: kopać dół dla kuropatwy, czy nóż ostrzyć..? No i co z piórami? Kurę się najpierw w gorącej wodzie oparza, a kuropatwę..? Niby syn myśliwego, a nie wiem: kuropatwy bodaj raz jeden Ojciec przyniósł do domu, z kimś się wymieniwszy, bo w moich stronach rodzinnych nie były tak pospolite jak tutaj. No i On nie poczytywał sobie za wielki honor na tak drobną zwierzynę polować. Jako smarkacz w mrocznych latach 80-tych sam łapałem zimą dzikie gołębie. Ale nie pamiętam, co z nimi Matka robiła. Pamiętam, że były smaczne. Feliks też może być bardzo smaczny…

Miałem już przez chwilę nadzieję, że może mi życie tego dylematu oszczędzi, bo jak karmiłem rano konie, znalazłem kartonik, w którym Feliks został złożony na workach z nawozem, leżący na ziemi i pusty. Pomyślałem, że może jaki zwierz go zabrał – i byłem zdziwiony brakiem widocznych śladów w pobliżu. Ale już ładując drewno do rozpalenia naszej kozy, znalazłem Feliksa. Wiatr go zrzucił. Więc nic z tego. Albo kopać, albo nóż ostrzyć…

1 komentarz:

  1. Braciszku z jednego ptaka to g.. musi byc co najmniej jeden na glowe a najlepiej 2 wiec dol- jak samo padlo to widac mialo powo. Jakbys cos zywego zlapal to matka golabki robia metoda stopniowa. Najpierw pare godzin gotowania rosolku (bo wieku ptaka nie znasz z metryka przeciez nie chodzi)a potem zmielone serca zoladki i watrobki z warzywkami z rozolku jako nadzienie i podpiec. Kuropatwa jest za mala na pieczyste.I za sucha - jak chesz dzikie ptactwo piec to musisz oblozyc boczkiem im tlustszy tym lepszy.
    pozdrowionka Em

    OdpowiedzUsuń

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...