piątek, 15 stycznia 2010

Działa, choć nie powinno

W naszym improwizowanym gospodarstwie wiele rzeczy działa, choć nie powinno. Na przykład rozmrażanie kranu pod wiatą dla koni. Nie powinno działać. Założyłem je za późno. Kabel grzewczy (30 W/m, taki do terrarium, w silikonowej osłonie) oplotłem na zewnątrz ocieplającej pianki, którą na 1,5 m rury stalowej 2“ założył wcześniej montujący kran sołtys. Samego metalu rury, kabel dotyka tylko w bezpośredniej bliskości kranu. To wszystko jest oczywiście owinięte wełną mineralną (żeby się nie rozsypywała, związaną sizalem i bodaj jakimś plastikowym workiem). Kran jest wewnątrz skrzynki, w narożniku wiaty, pomiędzy jej podwójnymi ścianami z desek. Na zewnątrz wystaje tylko ch..ik, o którym już kiedyś pisałem. Żeby kran włączyć, trzeba otworzyć specjalną klapkę, którą tam zmontowałem – inna sprawa, że w tej chwili klapka się nie domyka, bo wewnątrz jest zbyt dużo lodu.

Takie coś nie ma prawa działać! Co więcej: to się powinno było dawno temu sfajczyć. Tymczasem działa. Co najwyżej bezpiecznik na wiacie wywala (konie mają też zasilanie 400 V, na wypadek, gdyby któryś potrzebował elektrowstrząsów – to i bezpiecznik był potrzebny: tak to jest, jak się Ojca – elektryka zostawi na budowie i jedzie do miasta na zakupy… ale ta „siła“ się tam faktycznie przydała: nie musiałem z deskami daleko biegać, tylko przy wiacie ustawiałem piłę). Bo oczywiście ta silikonowa osłona już co najmniej w kilku miejscach wzięła i z kabelka zeszła. Gdzie widziałem, tam zaizolowałem, ale rozbieranie tej całej radosnej twórczości na czynniki pierwsze odkładam do wiosny (wiosna, wiosna, ach to ty..!).

Kran przecieka. O dziwo, tylko gdy jest uczciwy minus! Jak tydzień temu trochę pocieplało i rozmroziłem to „do gruntu“, zapomniawszy pewnego dnia wyłączyć kabelek podczas wybierania nawozu spod wiaty, więc półtorej godziny grzał tak, że cały lód ze środka wytopiło i nawet klapka się zamykała – najmniejszych śladów przecieku nie było widać. A specjalnie wybierałem w tej okolicy słomę do gołej ziemi, żeby zobaczyć, czy gdzieś strumień nie płynie. Tymczasem teraz, od jakichś dwóch dni, wokół kranu, a w tej chwili to już i na zewnątrz wiaty, narastają lodowe stalaktyty, ze wszystkich szpar pomiędzy deskami wychodzące. Znakiem tego, przecieka, a co przecieknie – zamarza. Przecieka – ale się rozmraża. Czasem dłużej, czasem krócej. Zależy jak duży minus i ile czasu upłynęło od poprzedniego rozmrażania. Normalnie. I działa. Wodę konie mają!

Większy problem niż kran stanowi wanna. Ustawiliśmy ją na nabitych w ziemię kołkach, pod spodem jest trochę powietrza – no i zamarza ze wszystkich stron, od spodu też. W tej chwili pojemność efektywna wanny, to takie małe jeziorko w wielkim lodowym kuble. Tyle co na dwa końskie pyski naraz włożone.

Fakt, że same są sobie winne: bo nigdy więcej niż dwa naraz z tej wanny nie piły, choć spokojnie zmieściłaby się przy niej cała piątka. Ale hierarchia i towarzyskie upodobania rządzą! Więc Dalia może pić z Glusiem, ale z nikim innym. Margire, czyli nasze Maleństwo (na Trzech Króli skończyła trzy lata… ale najmłodsza i najmniejsza jest w dalszym ciągu, więc póki się nic nowego nie urodzi, Maleństwem pozostanie!), może pić z Osman Guli, albo ewentualnie z Glusiem – ale nie z Dalią, ani z Melesugun. Ta ostatnia, jeśli pija wodę, to tylko sama. Więc na więcej niż dwa końskie pyski naraz nie miały jak nachuchać. No i teraz wody mają niewiele w tej wannie. Często trzeba nalewać. Co zapewne pomaga utrzymać nasz kran w formie, bo jakby go na dłużej zostawić, to już by tak zamarzł, że nie wiadomo, czy ten źle założony kabelek by sobie z tym poradził… Ale na noc jest to pewien problem: rano są już wszystkie bardzo spragnione, a rozmrożenie tego musi trochę potrwać!

Nie powinien działać komin od kozy, który sami zbudowaliśmy. Też: za późno! Bo dopiero podczas pierwszej tej zimy śnieżycy, 14 października. Lepsza Połowa murowała, odwołując się do wiedzy na temat wytwarzania tortów przy pomocy rozsmarowywanej na cieście masy. Nawet wyszło w miarę prosto. Przejście przez dach było trudne – a jego zalepienie potem, to już była masakra po prostu! Nie mówiąc o tym, że komin stoi po prostu na podłodze. Gdyby budować go od razu, przy osadzaniu chatki na jej obecnym miejscu, można go było oprzeć na ziemi i zrobić o wiele porządniej…

Nad kalenicę (chyba trochę mniej niż te zalecane 60 cm) udało się nam wyjść dopiero miesiąc później – i tylko samą, gołą rurą, bo żeby ułożyć choć jeszcze jeden bloczek (zamiast z cegieł, zbudowaliśmy ten komin z gotowych bloczków betonowych, takich do wentylacji), potrzebny byłby chyba sprzęt alpinistyczny, albo helikopter: dach naszej chatki dość jest spadzisty. A na dach wiaty po północnej stronie chatki, gdzie i komin wystaje (nie na osi symetrii budynku, jak pewnie było oryginalnie, bo nam centralna lokalizacja naszej kozy do reszty wystroju wnętrza nie pasowała), wejść praktycznie nie sposób. Ojciec pokrył ją eurofalą: kilka kropel wody i jedzie się po tym lepiej niż po lodowisku! Dobrze, że eurofali zabrakło i nad drewnem ułożyłem zwykły daszek z desek i papy, to chociaż jedną ręką da się do komina sięgnąć.

W każdym razie: to nie powinno działać. Pierwszy wiatr powinien nam tę rurę, nad kalenicę wystającą, zabrać i gdzieś na pola zanieść. A tymczasem raz tylko rura się trochę po wichurze przekrzywiła – i łatwo umieściłem ją z powrotem na miejscu. Bloczki do wentylacji, użyte zamiast cegieł pękają – ale komin się trzyma. I działa. Nawet bardzo dobrze. Cug w naszej kozie rewelacja. Odkąd zaś przegrodziłem (niestety, dopiero tuż przed wyjściem nad dach: w rezultacie na strychu też grzeje i jest tam momentami cieplej niż na dole…) wolną przestrzeń wewnątrz komina stalową płytką jaką udało mi się uzyskać rozcinając jedną z rur kupionych na dopełnienie wymaganej wysokości komina – grzeje też bardzo sympatycznie. Pewnie, że to nie jest rozwiązania na lata – ale do wiosny..?

Po co ja o tym wszystkim opowiadam? No cóż: po prostu podnoszę samego siebie na duchu. Przed nieuniknioną próbą sił. Starciem z Naturą Rzeczy (a rzeczy, jak twierdzi Lepsza Połowa, mnie nie lubią! Bo o nie, podobnoż – i pewnie to jest prawda – nie dbam jak należy… W ogóle, bałaganiarz ze mnie i leń. Jedną z rzeczy, które działają, choć nie powinny, jest też ten blog: raz, że przy naszym łączu ze światem, zamieszczenie każdego posta to cud, a dwa – że nigdy wcześniej sam z siebie nie robiłem czegoś tak długo i systematycznie; zawsze mnie wcześniej raczej niż później leń ogarniał…). Przed Czynem, przez duże „Cz“. Czyli: przed próbą ponownego zamontowania w naszej biednej, zamarzniętej Wendi odmrożonego chyba przez noc filtra paliwa i ręcznej pompki. Bądźcie ze mną! Może, wspólnym siłami się uda..?

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...