wtorek, 5 stycznia 2010

Biegi przełajowe

Głowią się różni guru, pocą, męczą, medytują – a i tak takiego stopnia kontroli nad własnym duchem i ciałem jak ja po czterech (ponad! ponad!) miesiącach wieśniakownia, osiągnąć nie są w stanie. Bo kto kontroluje własne sny? A mnie się dzisiaj w nocy przyśniło, że słyszę konie chrumkające, parskające i tupiące za ścianą, a więc na wolności. We śnie stwierdziłem, że to mi do reszty marzeń sennych (których, jak zazwyczaj, nie pamiętam) kompletnie nie pasuje i że należy się obudzić. I co po obudzeniu..? Oczywiście: chrumkające, parskające i tupiące, a zaraz potem dające nogę Trzy Gracje…

Bo Dalia wlkp i jej wierny towarzysz Gluś mimo, że wyjście z padoku było szeroko otwarte (górna linka zsunęła się z izolatorka – muszę przemyśleć ten sposób zamknięcia – a dolną przerwały) tym razem rozsądnie uznały, że śnieg jest za głęboki, żeby się pod nim trawy dogrzebywać, a poznawanie okolicy ich nie interesuje w obliczu ciągle nie skończonej kostki siana, którą dałem im przed pójściem spać.

Brak staruszków w tej ucieczce drastycznie jednak zaniżył IQ uciekającej grupy! Oczywistym było, bo jeszcze zanim zniknęły mi z oczu widziałem, że z nosami przy ziemi idą jakby coś tropiły, że chcą po prostu uciec tam, gdzie zawsze, czyli do dorodnej, soczystej trawy naszego dużego padoku po drugiej stronie drogi. Tyle, że go nie znalazły…

Biegałem najpierw w te i wewte licząc, że w końcu wylezą z krzaków za naszą pustynią i labiryntem dołów i łatwo je znajdę na otwartej przestrzeni, ale nic z tego. Wziąłem więc latarkę i rozpocząłem regularne tropienie po śladach na śniegu.

Zgodnie z przewidywaniami, konie wylazły w końcu z tych krzaków – ale dużo dalej niż zwykle, już za zakrętem drogi i poza południową granicą naszego padoku, od którego droga je oddzielała. Zamiast zawrócić, poszły dalej. Doszły do torów kolejowych, gdzie – po śladach sądząc – miały dłuższą chwilę konsternacji. Przy czym wszystkie trzy przeszły na drugą stronę. Jedna normalnie, przejściem – a dwie kołując bardzo i przebijając się przez pokryty zlodowaciałym śniegiem nasyp. Potem już wszystkie trzy razem wróciły z powrotem przejściem na naszą stronę torów i potruchtały dróżką, która wzdłuż nich biegnie. To i ja za nimi potruchtałem. Tak sobie truchtaliśmy – one gdzieś w przodzie, ja za nimi, po śladach. Truchtaliśmy i truchtaliśmy… Rany, gdzie i kiedy są najbliższe zawody w biegach przełajowych..?

W końcu je dognałem. Na jasno oświetlonym lampą przejeździe kolejowym, tuż przed stacją w Strzyżynie. W linii prostej, ponad kilometr, może nawet półtora kilometra od nas, a kołując – ze trzy będzie… Nawet siedząc na Dalii wlkp nigdy się tak daleko w tę stronę nie zapuszczałem – bo po co, skoro jest tyle innych, fajnych terenów do jazdy, a ja wcale nie potrzebuję do szczęścia bliskiego spotkania z pociągiem..?

Na szczęście przywódczyni tej poronionej rebelii, nasze Złotko Melesugun, dała się łatwo złapać. Piszę „przywódczyni rebelii“, bo ona ostatnio ponownie robi podchody pod Dalię, chcąc zająć pierwsze miejsce w grupie. Nie udaje się jej (nie będzie taka smarkula mojej weterance podskakiwać! No i jednak dzielą je co najmniej dwie kategorie wagowe…). To może wpadła na pomysł, że sobie własne stado założy i nim będzie, daleko od Dalii i jej wielgachnych kopytyszcz, rządzić..? To by tłumaczyło tak dziwną ucieczkę, bez naszych staruszków…

Uboczny efekt podchodów Złotka pod pozycję Dalii to widoczny wzrost napięcia w stadzie i liczby wymienianych ciosów. Sam przy okazji oberwałem, bo mnie rebeliantka poprzednio już dwa razy ugryzła – ewidentnie przez pomyłkę, bo wbrew autorom niektórych szkalujących naszą ukochaną rasę stron internetowych, nasze przynajmniej, do ludzi są przylepne i przesłodkie, na ogonach można się im wieszać. Do innych koni – to zupełnie inna sprawa… W każdym razie, będąc pogryzionym, z niejakiem powątpiewaniem podchodziłem przez krótką chwilę do wygłoszonej zdanie wyżej teorii o miłym usposobieniu naszych koni i łapiąc Melesugun, miałem jednak duszę na (pogryzionym) ramieniu. Ale jednak teoria się potwierdziła. Złotko było milutkie i grzeczniutkie jak zawsze.

Pozostało wrócić do domu. Wolałem nie iść wzdłuż torów, bo przecież jedną tylko złapałem, dwie pozostałe szły za nami swobodnie i co by im do (pustych skądinąd) łbów strzeliło w razie, gdyby się jakiś pociąg na naszą zabytkową (bo jedną z najstarszych w Polsce!) linię kolejową o tej porze zaplątał, Bóg raczy wiedzieć. Na szczęście, udało mi się znaleźć w świetle latarki dość świeżo wyjeżdżoną dróżkę, oddalającą nas od torów, a zbliżającą do domu. Tą dróżką (muszę tam pojechać za dnia, już wierzchem oczywiście – bo może da się w ten sposób jakoś przejść rów, oddzielający nas od wielkich, płaskich łąk, które ciągną się dalej na zachód, aż za Boże i którymi mógłbym dotrzeć do naszych końskich sąsiadów z Duckiej Woli, z którymiśmy się jeszcze nie poznali, a o których wiele nam Radek, ich łąki koszący, opowiadał..?) dotarliśmy w okolice już mi z wycieczek znane, a potem przez Dziki Zachód i na przełaj przez nasz wielki padok, do domu. Gdzie czekała na nas zdezorientowana Lepsza Połowa, która obudziła się sama w łóżku i z zapalonym światłem…

Już tylko naszego padokowego odyńca do kompletu brakowało, a uznałbym ten trening w biegach przełajowych awansem za wydarzenie roku! Ale się nie pojawił, świń jeden, to na wybór wydarzenia roku 2010, trzeba będzie jeszcze poczekać. Nie wątpię, że laseczki niejedno jeszcze wymyślą!

Teraz są już po śniadaniu, koza się rozpaliła, a ja spróbuję pomęczyć net. Może jakąś robotę uda się znaleźć..?

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...