środa, 13 stycznia 2010

(Bez)senność

Nie wyspałem się. Niby poszliśmy spać bardzo wcześnie. Zaraz po zlikwidowaniu w zarodku kolejnej zbiorowej wycieczki – ucieczki Trzech Gracji. Czyli przed 21.00. Ale właśnie dlatego, że znowu uciekały – spałem jak zając, na jedno oko, budząc się co chwila (a i nasze słodkie koćko się do tego przyczyniło: w przewidywaniu nadchodzących mrozów wpadło w okres żerny i co dwie godziny domaga się posiłku…). No i teraz jestem niewyspany. A chciałbym wziąć się w garść. Zebrać myśli. I siąść do roboty!

Bo, nie oszukujmy się – żaden ze mnie wieśniak. Ani zbieraniem jemioły z druhem moim serdecznym Radkiem (Radek już żałuje, żeśmy w końcu tej jemioły nie zbierali! Pieniądze z dopłat skończyły mu się po miesiącu, a tu raty kredytów płacić trzeba, nawozy dobrze by było kupić i paliwo…), ani rżnięciem drewna na opał, nie zarobię na utrzymanie koni i siebie i jeszcze spłatę kredytu. Trzeba się brać za to, co potrafię. Potrafię wiele rzeczy: zaprojektować terminal pasażerski na lotnisku, zaprojektować i wynająć powierzchnie handlowe w takim terminalu albo w centrum handlowym, napisać artykuł (nie tylko o koniach), pisma urzędowe piszę bardzo sprawnie i szybko (w ogóle bardzo szybko piszę na końputerze… Może ktoś ma coś do przepisania..?), łatwo podejmuję decyzje, potrafię dobrze i na ogół ciekawie wykładać lub wygłaszać prezentacje, umiem podzielić pracę między zespół i kierować ludźmi… I po cholerę mi to wszystko w Boskiej Woli..? Cały efekt poszukiwania pracy na lotnisku (jakimkolwiek) to jeden uprzejmy mail od prezesa lotniska (w budowie, a właściwie: w dość nieokreślonych planach…) w Kielcach. Pozostali nie raczyli odpisać – a wysłałem aplikacje do wszystkich! Czego zresztą należało się spodziewać.

Na mailu, jak wreszcie uda mi się załadować i otworzyć skrzynkę, co zwykle trwa jakieś pół godziny, więc pewnie tyle, ile będę ten tekst pisał, na pewno będą jakieś oferty pracy z portali (wszystkich, jakie są), w których się zarejestrowałem. Przejrzę i odpiszę na niektóre. Moi przyjaciele z Warszawy ciągle szukają dla mnie jakiejś pracy. Wcześniej czy później coś z tego na pewno wyniknie i będzie można spłacić długi i wziąć się za inwestycję. Jednak, niewiele w tej sprawie zależy ode mnie bezpośrednio. W końcu, CV mam takie, jakie mam – lepszego sobie nie napiszę, bo by to nie była prawda. Albo się komuś spodoba, albo nie.

Czy jest coś, co mógłbym zrobić tu i teraz? Jest. Mogę więcej pisać! Co prawda, wszystkie dwa publikatory, które się nade mną zlitowały i drukują moje teksty, tj. „Koński Targ“ i „Najwyższy Czas!“, mają już solidny zapas materiałów. Powiększanie tego zapasu ma sens tylko w przypadku „Końskiego Targu“, bo moja ukochana redakcja płaci z góry, a nie dopiero po publikacji – zaś „Najwyższy Czas!“ jako tygodnik i to z definicji polityczny, ceni sobie aktualność. Jak mniemam – bo przez cały czas współpracy, raz jeden mój kolega z „Super Expressu“, a obecnie właściciel i redaktor naczelny tego pisma, Tomek Sommer, zaszczycił mnie mailem – na ogół zaś, „NCz!“ z mojego punktu widzenia działa jak cybernetyczna „czarna skrzynka“: wrzucam tam jakieś teksty, po czym albo się ukazują, albo nie. Mam pomysł na trzy kolejne teksty do KT zatem – tylko akurat wszystkie trzy wymagają też inwestycji. Jak np. podróż do Wrocławia czy zakup i przetłumaczenie pewnej tureckiej książki o koniach. Co mogę zrobić innego? Mogę wreszcie zabrać się za moją pracę (po)dyplomową o koniach achałtekińskich i przerobić ją – zgodnie z sugestią dr Moniki Batog – na fabularyzowaną, popularną opowieść o ciekawych i egzotycznych koniach. Nie czekając, aż znajdzie się wydawca, który mi na słowo uwierzy, że taki tekst in spe istnieje: bo sama praca, z ponad 200 przypisami i ponad 100 ilustracjami oczywiście jest zbyt specjalistyczna, żeby to tak jak jest drukować – a przy tym tak ogromna, że nawet nie mogę jej nigdzie wysłać mailem.

I właśnie dlatego, dobrze by się było wyspać… Tylko jak tu się wysypiać, skoro towarzystwo, mimo że ma teraz do oporu siana, a poruszanie się poza wydeptanym placem pod wiatą i poza koleinami lub odśnieżonymi dróżkami na zewnątrz, ciągle jest dla nich bolesne (dlatego właśnie wczorajszą, wieczorną wycieczkę – ucieczkę zlikwidowaliśmy w zarodku; najdalej doszła Melesugun, bo po koleinie, jaką zrobił traktor przywożący nam słomę, aż do drogi – dwie pozostałe utknęły i dały się złapać wcześniej…) – mimo to nadal próbuje wydostać się na zewnątrz. Były wczoraj drugi dzień z rzędu lonżowane – i co z tego? Dla takich koni mniej niż 8 godzin pracy dziennie wydaje się być niezauważalne…

O właśnie! Od dawna mam jeszcze pomysł na opowiadanie (może nawet powieść?) z gatunku pure-nonsens fiction. Z dnia na dzień kończy się ropa i gaz (to niemożliwie, musiałbym jakąś technologiczną katastrofę, albo interwencję Obcych wymyślić… Względnie: spisek zmontowany przez dyrekcję stada ogierów i stadniny koni w Neustadt, co jeszcze najbardziej prawdopodobnie wygląda!). Głód, nędza, upadek cywilizacji. W Mazurach Garbatych Indianka zostaje lokalną dziedziczką, goniąc czerń do roboty knutem z konia. Ja się ogłaszam baronem Puszczy Stromieckiej i Okolic. Bundeswhera przesiada się na konie i milionowym zagonem, bez kontroli antydopingowej, w pół roku dociera do Pacyfiku – bohaterskiego oporu Zbiorczej Brygady Kawalerii WP złożonej ze szwadronu reprezentacyjnego ze Starej Miłosnej i pospiesznie zmobilizowanych podtatusiałych panów z brzuszkami, jacy na ogół bawią się w kawalerię ochotniczą – nawet nie zauważając. Skuteczny opór stawia dopiero Hongkong, który jako najbardziej zakoniona część Chin podbija wszystko na południe od Jangcy. Na Zachodzie, wobec równowagi sił między mocarstwami, panuje pokój. Podoba się pomysł..? Chyba bym musiał tydzień spać non stop, żeby takie coś napisać!

Nierealne. Wczoraj pisałem, że będę się byczył – i co z tego wynikło? Wprawdzie spod wiaty wywiozłem tylko sześć taczek nawozu (ale też i wolna powierzchnia do nawożenia, trochę się tam po wyładowaniu siana skurczyła…), ale po przywiezieniu słomy i narżnięciu oraz przywiezieniu czterech taczek drewna na opał, byłem dokładnie tak samo brudny, śmierdzący, zmęczony i szczęśliwy jak w poniedziałek. Dobrze, że już nie ma czego odśnieżać (no, można jeszcze ten mały daszek, tworzący wiatę z tyłu chatki – bo wiatrołap z przodu, żeśmy z Lepszą Połową mniej więcej odśnieżyli).

Może, jak napiszę, że dzisiaj mam bardzo ambitne i pracowite plany, to wyjdzie z tego odrobina wytchnienia..? Lepsza Połowa namawia mnie, żebym jednak włożył mój tłusty tyłek na Wielkiego Strasznego Zwierza i bodaj po dróżkach pojeździł, co by sprawdzić, dokąd w ogóle da się zajechać w obecnych warunkach bez podków z hacelami i ochraniaczy. Pod wiatą po dawnemu wybrać trzeba, a i rżnąć drewno póki co nic nie przeszkadza. Cóż: rozwidnia się, jedną aplikację do pracy już wysłałem, jeszcze jedna się ładuje. Zobaczymy.

4 komentarze:

  1. Nie wiem, Jacku, jak duży jest Twój areał, ani czym jest obecnie ogrodzony ale ucieczki Twojej wesołej gromadki to permanentna recydywa!:) Czytając poprzednie wpisy zakładam, że planujesz w przyszłości stałe ogrodzenie. Ale polecam także, nasz polski "pomelacowy" (nazwa producenta) gruby (2 mm) drut, koniecznie z napinaczami i sprężynami. Niby jest to dla bydła i niektórzy twierdzą, że może być niebezpieczne dla koni ale na podstawie własnych doświadczeń śmiało mogę stwierdzić, że odpowiedni montaż plus ewentualnie dodatkowo taśma do oznakowania i sprawdza się to doskonale. A jest tańsze od elektrycznej taśmy czy plecionki. Oczywiście w połączeniu ze sprawnym i prawidłowo podłączonym elektryzatorem. Bo bohaterów czasem trzeba prądem, żeby nie było, że "jutro znów wam uciekniemy" ;)

    Pozdrawiam

    Mariusz

    OdpowiedzUsuń
  2. Podobny pomysł na ogrodzenie jest opisany tutaj: http://stajniatrot.pl/texts/mondre/patenty.html

    Mnie się udało ze dwa lata temu kupić okazyjnie prawie 3 km rurek 2" i 2,5" z rozbiórki starych szklarni. Jak na razie zużyłem z tego około połowy. Wygląda to w ten sposób, że ok. 4 ha padok jest ogrodzony od strony drogi i od strony wsi ogrodzeniem stałym z jedną (górną) poprzeczką: szkoda mi było tak grubej rury na dolną, gdzie spokojnie wystarczy co najwyżej 1". Zamiast dolnej rurki jest więc pastuch - nie podłączony do prądu, bo nie udało się go nam na razie niczym zaizolować (podobnoż krążki ze starych opon od ciągnika izolują coś takiego - mielibyśmy do zrobienia ponad 100...), no i do tej pory nie kupiliśmy elektryzatora. Od strony zagajnika brzozowo - sosnowego sąsiada są zabetonowane słupki połączone pastuchem i sizalem. Od strony "wewnętrznej", czyli od przyszłego wybiegu dla matek, tuż przy planowanej docelowej stajni, oraz od strony wybiegu zimowego (w budowie), słupki są tylko wkopane i też połączone jedynie pastuchem i sizalem. W zasadzie nie mamy już wyjścia: po tej stronie trzeba to wykończyć wszystko w tej samej technologii. Tylko muszę zdobyć wystarczającą ilość rurek 3/4" lub 1". A na razie z humorem podchodzić do nieuniknionych wycieczek - każda z nich jest testem na wytrzymałość jakiejś partii ogrodzeń. Jak poprawimy ogrodzenia w tym miejscu, wycieczkowiczki testują je w następnym... Taka zabawa! Wszystkie ostatnie ucieczki wynikały z negatywnego (dla nas) testu... wyjścia z padoku! Po prostu je sobie otwierały...

    Przemyślę od początku kwestię ogrodzenia dużego padoku po drugiej stronie drogi (ok. 10 ha) - nie zdecydowaliśmy zresztą jeszcze, czy będziemy go grodzić w całości, czy kwaterami. Mamy czas do sianokosów na podjęcie decyzji :-)

    OdpowiedzUsuń
  3. Coś takiego mniej więcej miałem na myśli,jeśli chodzi o ogrodzenie:) Z dwoma uwagami. Primo: nie warto kupować cienkiego drutu, jest zbyt delikatny i szybko ulega przetarciom. Te "pomelacowe" 2 mm to minimum. Zachodnie firmy np. Galagher używają drutów nawet 3 mm ale cena jest zabójcza:/ Secundo: absolutnie nie polecam zawijania drutu wokół izolatora. Raz, że w tym miejscu najszybciej się wtedy przeciera. Dwa, że drut pracuje (rozciąga się) i to nawet bardzo! Warto odżałować parę złotych na napinacze i sprężyny, a dzięki temu uzyskamy stałe napięcie drutu, bez względu na pogodę i temperaturę.

    Pozdrawiam i aby do wiosny!

    Mariusz

    OdpowiedzUsuń
  4. Dodane po latach ;)
    Mariuszu właśnie ZAWINIĘTY drut nie porusza się np. na wietrze i nie przeciera. To samo dotyczy taśmy. Dwa: drut owszem, pracuje termicznie, ale nie w stopniu powodującym zerwanie przy kurczeniu ani wielkie zwisy przy rozciąganiu się. Na napinacze (IMHO) szkoda więc kasy - i mówię to z perspektywy wielu lat doświadczeń.

    Pozdrawiam
    Tomek_J, Stajnia TROT

    OdpowiedzUsuń

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...