czwartek, 31 grudnia 2009

Wódeczka dla Kopciuszka

Obserwując dyskusję na temat przeprowadzki z miasta na wieś, którą sam zresztą na moim ulubionym forum wywołałem, a także czytając blogi innych przesiedleńców, można postawy „nowych wieśniaków“ podzielić z grubsza toporem na dwa rodzaje:
- są tacy, którzy jeszcze przed przyjazdem budują wokół swojej nowej posiadłości co najmniej dwumetrowy płot, a potem toczą z miejscowymi wieczne wojny o psy luzem biegające i czyniące szkody, o rozjeżdżone lub nie odśnieżone drogi, o druty kolczaste przy drogach itp., itd. (skrajnego natężenia, bo sięgającego aż fizycznej agresji wobec ludzi i zwierząt wojna ta osiąga w relacjach, jakie na swoim blogu daje moja ulubiona Indianka ☹);
- są też tacy, którzy integrują się ze swoimi sąsiadami, mogą liczyć na życzliwą pomoc z ich strony i wzajem im pomagają, a jeśli zdarzają się problemy, to nie ma to charakteru żadnej „świętej wojny“ w której by jakiś jednolity front miejscowych przeciw nowym przybyszom występował, tylko zwykłej zwady sąsiedzkiej, jaka się wszędzie może zdarzyć – a na wsi przez to tylko jest dokuczliwsza, że jednak spędza się przy swoim obejściu, a więc i przy sąsiedzie, trochę więcej czasu, ponieważ obejście to nigdy nie jest tylko noclegownią, ale też warsztatem, w którym wykonuje się nieustannie jakąś pracę (nawet, jeśli nie jest to praca przynosząca dochód). Takie konflikty na wsi są więc niejako połączeniem zwad, waśni i rywalizacji, które w mieście toczą się na dwóch lub więcej frontach, w dwóch lub więcej całkiem różnych miejscach: w domu i w pracy.

Chciałbym wierzyć, że jesteśmy „nowymi wieśniakami“ tego drugiego rodzaju. Wszystko na to, póki co wskazuje. Nawet nie mamy jeszcze żadnej sąsiedzkiej zwady na koncie – bo z frantem, który mi już dwa razy słupek graniczny wyorał, jakoś nie miałem szczęścia osobiście się spotkać. Na wiosnę go przypilnuję!

Nie ma w tym wiele naszej własnej zasługi. Po prostu nasi nowi sąsiedzi okazali się ludźmi uczynnymi i życzliwymi. Mogę im za to jedynie serdecznie w tym miejscu podziękować: memu druhowi serdecznemu Radkowi, który wcześniej czy później (czasem szkoda, że zwykle jednak później…) ulegał moim namolnym prośbom i przyjeżdżał swoim wspaniałym traktorem poratować nas w jakiejś biedzie, ale za to nigdy nie wahał się pomóc pożyczką, jeśli tylko miał z czego (ze wstydem przyznaję, że ja wzajem aż tak chętny do pomocy nie byłem, kiedy jeszcze pomóc mogłem – w końcu, co prawda, zawsze mu pożyczałem, ale nie bez wahania i nie bez targów…), zawsze też służył dobrą radą i silnym ramieniem. Naszemu sołtysowi, panu Darkowi, który najpierw powitał obcego i wtajemniczył go w lokalne stosunki (bo zajechałem do niego – i do miejscowego sklepu – na wywiad środowiskowy zanim jeszcze kupiłem moje wysypisko śmieci!), potem zgodził się zmagazynować u siebie moje rurki na ogrodzenia padoków (ciągle tam leży ich zapas) i nieustannie służył dobrą radą i sąsiedzką pomocą (do tej pory trzymamy tu jego betoniarkę, młot i taczkę; a pewnie jeszcze nie raz skorzystamy także z jego przyczepy), no i cierpliwie czeka na 2500 złotych, które jestem mu winien za prace jeszcze z sierpnia. Staremu sołtysowi, który pozwolił na parkowanie naszej koparki na swoim obejściu kiedyśmy tu jeszcze nie mieszkali i dwa razy pomógł w jej remoncie (nie dałbym rady tak walić ciężkim „Adamkiem“ jak on, najmarniej o 30 lat ode mnie starszy – nie mówiąc już o obsłudze jego spawarki, na wszystkie strony strzelającej iskrami z przebitej izolacji!), a potem, nie bez przygód, sprasował nam 300 kostek siana z naszej nowej łąki, dzięki którym przeżyliśmy spokojni o sytość naszych koni aż do końca listopada i do tej pory nie doczekał się za swoją pracę zapłaty. Panu Majewskiemu, prowadzącemu handel obwoźny nawozami, który równie cierpliwie pół roku na zapłatę za ostatnią partię saltrzaku czekał i pewnie teraz na wiosnę też mi wapno i mocznik na kredyt przywiezie. Właścicielowi tartaku, od którego biorę najtańsze w całej Rzeczypospolitej drewno budowlane…

Życzliwych ludzi jest w naszej wsi na pewno jeszcze więcej. Po prostu nie wszystkich zdążyliśmy w taki, czy inny sposób wykorzystać ☺.

Tu mała dygresja. Nie przeprowadziliśmy się na wieś, bo lubimy. To prawda: oboje mamy awersję do tłumów, a ciężkie, fizyczne wręcz dolegliwości jakie obojgu nam sprawia wizyta w zatłoczonym supermarkecie, skutecznie psuły nam nastrój przed wszelkimi świętami. Bez przesady jednak! Wcale miło jest mieć ciepło w domu i gorącą wodę do mycia nie myśląc i nie martwiąc się o to, jak takie wygody zapewnić.

Nasza przeprowadzka na wieś ma tylko i wyłącznie motyw ekonomiczny. Mieliśmy w pewnym momencie aż siedem koni – i trzymanie ich w płatnym pensjonacie było ruinujące nawet, kiedy jeszcze byłem dobrze zarabiającym i często nagradzanym, a także umiejętnie dorabiającym „na boku“ pracownikiem wielkiej firmy. Oczywiście to, że mieliśmy tyle koni, nie jest już faktem, który dałby się rozpatrywać w kategoriach prostej ekonomicznej racjonalności – ale cóż, każdy indywidualny przypadek z tych siedmiu da się rozsądnie wytłumaczyć. Tylko całość przybiera nieco monstrualny rozmiar, jak to przy ciężkiej manii!

Również wybór tej, a nie innej wsi, nie wynikał z żadnych innych względów poza ekonomią – nigdzie bym nie kupił tak tanio ziemi tak blisko południowych granic Warszawy, gdzie podówczas jeszcze pracowałem. Generalnie, szukaliśmy gospodarstwa z zabudowaniami, z uprawną ziemią, którą łatwo dałoby się zamienić w pastwisko, najlepiej nad jakąś rzeczką – a kupiliśmy od ponad 20 lat ludzką ręką nie ruszane nieużytki bez mediów i zabudowań w okolicy, która podówczas wydała się nam brzydka jak kupa (powoli zmieniamy zdanie; przyzwyczajenie drugą naturą człowieka!).

Pech chciał, że moja kariera zawodowa uległa niespodziewanemu załamaniu w kilka miesięcy po tym, jak nabyliśmy tę posiadłość, która była już podówczas wykarczowana i właśnie druh mój serdeczny Radek po raz pierwszy uległ moim namolnym prośbom i zaczynał orkę. Minęło kolejne półtora roku zanim udało się nam doprowadzić ziemię do stanu umożliwiającego przeprowadzkę – niemal dokładnie dwa lata po jej zakupie. Przez ten czas większość ziemi został oczyszczona i uprawiona, doprowadziliśmy prąd, wywierciliśmy studnię głębinową, rozprowadziliśmy wodę po działce i wkopaliśmy oczyszczalnię ścieków, a potem postawiliśmy na miejsce przyszłego domu (dom oddzielnie od stajni to spadek po czasach, gdy jako pracownik wielkiej firmy, czyli nie rolnik, nie mogłem marzyć o kredycie na budowę obiektu inwentarskiego – stajnia miała powstać z oszczędności przy budowie wielkiego i drogiego domu!) naszą chatkę, zaś nasz sołtys z bali przywiezionych przez mojego Ojca i z desek z mojego ulubionego tartaku postawił szkielet i dach wiaty dla koni (którą potem sam już odeskowałem z trzech stron, a dach pokryłem papą). Oraz ogrodzenia dla 4-hektarowego padoku, na którym do tej pory chodzą nasze konie (stan ogrodzenia padoku zimowego: 17 słupków z 47, bez zmian! Jak sypnęło w poświąteczny poniedziałek śniegiem, jakby kto szuflą rzucał, tak się nadzieja na dokończenie tego dzieła natychmiast rozwiała…).

Przeprowadzka wyczerpała resztki naszych oszczędności – i jeszcze narobiliśmy długów. W efekcie więc, mimo że wydajemy na konie może 1/8 tego, co jeszcze pół roku temu, ledwo przędziemy i styczniowej raty kredytu nie uda mi się w terminie spłacić (na szczęście to jest wprawdzie bardzo drogi, ale też nie grożący na razie utratą czegokolwiek, kredyt gotówkowy – przecież jako „nie rolnik“, kredytu hipotecznego na zakup ziemi rolnej wziąć nie mogłem…), a kumulacja wydatków jakie nas teraz czekają (trzeba uzupełnić zapas siana i owsa, kopyta naszych koni koniecznie już wymagają wizyty kowala, naszej Wendi kończy się o północy przegląd techniczny, no i KRUS powinienem dzisiaj zapłacić, czego na pewno nie zrobię…), wcale mnie nie cieszy.

Jestem optymistą jeśli idzie o trochę dalszą przyszłość. Nasza posiadłość w Boskiej Woli oryginalnie miała być dla nas miejscem (dość wczesnej) emerytury – i nie planowaliśmy tu żadnej dochodowej działalności, bo przecież hodowla koni zysków przynieść z definicji niemal nie może, to tylko hobby jest. Zdążyliśmy jednak zmodyfikować plany po utracie pracy. Jeśli uda mi się odzyskać minimalną chociażby zdolność kredytową, a wcześniej czy później tak się na pewno stanie – to z pewnością wybudujemy piękną stajnię. Zabudowania pozwolą nam też czerpać zyski z naszego gospodarstwa: przewidujemy tu uprawę grzybów (myślę, że zaczniemy i bez budynków, bo już nam jesienią boczniaki na jednym ze spróchniałych brzozowych karpów wyrosły…), no i oczywiście basen dla koni i dla psów. Tego basenu żaden bank na pewno nie skredytuje, coś takiego nie mieści się w wyobraźni bankowca, ale ja wierzę, że szkocki patent, dopracowany przez naszego projektanta Adama, musi być i tani w realizacji i skuteczny w działaniu… Zresztą, coś się jeszcze wymyśli. Jak tylko coś wybudujemy, nasza posiadłość stanie się też sprzedawalna – a że większość tu zrobiliśmy własnym rękami, to jej ewentualne zbycie już w tej chwili przyniosłoby nam najmarniej dwukrotne przebicie.

Na razie tylko trzeba przetrwać zimę… W czym na pewno pomogą nam, w razie konieczności, nasi sąsiedzi. Co jest krzepiącą myślą. Podobnie jak fakt, że druh mój serdeczny Radek, zaprosił nas dzisiaj do siebie na sylwestrową wódeczkę. Którą nam zresztą tak, czy inaczej funduje, bo nie mogąc się doczekać przelewu honorariów, pożyczyłem od niego dwie stówy. Niezależnie od tego, czy choć na chwilę do niego wpadniemy, czy nie: z pewnością musimy być w domu, jak ten Kopciuszek, przed północą, bo jak się kanonada we wsi zacznie (a widzieliśmy wczoraj na targu w Warce ten wyścig zbrojeń!), stanowczo powinniśmy być przy naszych czworonogach! Szczęśliwie, dały się nam dzisiaj wyspać (poprzedniej nocy Maleństwo z Osman Guli cztery razy forsowały ogrodzenie, z nudów wyłącznie, bo siana i wody pod wiatą nie brakowało, a i na brak miejsca do rozprostowania nóg narzekać nie mogą, tośmy się gówno wyspali i dzień wczorajszy, poza wizytą na targu, całkiem był rozbity…). Jak tylko uda mi się zamieścić tego posta, przebieram się i wsiadam, póki zapowiadany na dzisiaj śnieg jeszcze nie pada. Wszystkim Czytelnikom życzę Szczęśliwego Nowego Roku! Odzywajcie się tu, proszę: zawszeć to miło, jak kto skomentuje…

niedziela, 27 grudnia 2009

Dura lex..?


Przyjechała do nas dzisiaj policja. Radiowozem. Przyjechała, zakręciła niemal na miejscu przed naszą chatką i nim zdążyłem do nich wyjść, zniknęła w tumanie kurzu. To prawda, że szedłem do nich z widłami. Właśnie skończyłem wybierać nawóz spod wiaty dla koni i odstawiałem sprzęt na miejsce – to z czym miałem iść, z naręczem kwiatów? Poza tym, oprócz wideł, niosłem też łopatę i grabie – nikt chyba nie powie, że to aż tak morderczo wyglądało żeby, było nie było uzbrojony zapewne, patrol przestraszyć..?

Bo nie powiem, na sam widok radiowozu, fala adrenaliny uderzyła mi do głowy. Jak by nie patrzeć, od legalizacji naszej chatki i wiaty dla koni dzieli nas już od czterech miesięcy całe 800 złotych, które muszę zapłacić mojemu kierownikowi budowy w chwili zgłoszenia jej rozpoczęcia – bo, jak na razie, to mnie tu przecież wcale nie ma! Tabliczki z numerem domu, który gmina mi nadała mimo, że mnie tu przecież wcale nie ma, też nie wywiesiłem, były pilniejsze wydatki. No i po tym, jak rano przeczytałem co o swoich kłopotach z gminą pisze właścicielka Rancha w Mazurach Garbatych, blogująca pod nickiem Indianka (tak to już jest, że poetów czytują głównie poeci, filmy najuważniej oglądają filmowcy, a blogerów czytają inni blogerzy; mimo wszystko bardzo mi miło być przez Indiankę obserwowanym ☺), to różne głupie myśli natychmiast mi przyszły do głowy. W końcu trzymam konie na mrozie przez całą dobę, zamiast je w ciasnej komórce (której nie mam, ale tym gorzej dla mnie!) zamknąć i w ogóle, chude jakieś takie, widać że niedożywione… - a nasz wójt sam konie hoduje, wprawdzie małopolskie, to wie że do moich wyścigowych chudzielców żadne dopłaty się nie należą, ale…

Tu chwila refleksji natury ogólnej. Od czasu Rewolucji Antyfrancuskiej, być może nawet już wcześniej, ludzie dość powszechnie żyją złudzeniem, że są rozumni. Nie do pojęcia, jak można w tak jawną głupotę wierzyć? Być może, wiara ta jest tak powszechna, bo po prostu schlebia powszechnej próżności… Jednym ze skutków tej irracjonalnej wiary w ludzką rozumność jest też dążenie do takiej organizacji życia społecznego, która opiera się na jasnych, spisanych regułach i obiektywnych procedurach realizowanych przez profesjonalną i bezstronną administrację. Dążenia tego nie negują nawet liberalni konserwatyści czy też konserwatywni liberałowie (nigdy nie umiałem pojąć, czym to się może od siebie różnić…), zwracając tylko uwagę na niebezpieczeństwo nadmiernego rozrostu tej administracji i przysługujących jej kompetencji. Otóż: gówno prawda!

Próg takiego przeregulowania życia przepisami, za którym nikt już nie jest bezwinny, a żadnej niemal życiowej czynności nie można wykonać, nie naruszając tego lub owego przepisu – próba zaś ich przestrzegania z punktu prowadzi do niemożliwości zrobienia czegokolwiek; próg ten został już dawno przekroczony! Bo czy ja mam „za uszami“ tylko brak zgłoszenia rozpoczęcia budowy i nie wywieszoną tabliczkę..? A gdzie tam! Nie tak dawno dowiedziałem się, że istnieje coś takiego jak „pozwolenie na zmianę ukształtowania terenu“. A ja przecież zmieniłem ukształtowanie terenu radykalnie: przez dwa lata z wysypiska śmieci porośniętego karłowatymi brzózkami i sosenkami zrobiłem jedno z lepszych w okolicy pastwisk, ostatnio wyrównując też głębokie doły, które po wybieraniu przez okoliczną ludność piasku przez 20 lat powstały. Nie wspominając nawet o tym, że się tych karłowatych brzózek i sosenek o metryki nie pytałem, jak je pod piłę brałem… Zresztą, problem wylesienia to był pierwszy punkt, gdzie spotkałem się z życiowym podejściem do tego typu problemów naszej, pod każdym względem wzorowej, gminy. W pierwszym odruchu chciałem poprosić o zezwolenie. Sympatyczny pan natychmiast mi wyjaśnił, że ja po prostu źle widzę: na mojej ziemi nie rośnie ani jedno drzewko! W każdym razie: ani jednego drzewka nie ma tu według mapy i planu zagospodarowania przestrzennego. Są to „grunty orne bez prawa zalesienia“. Koniec tematu.

Nie mogłem w efekcie wynająć firmy do karczowania terenu, musieliśmy to zrobić sami, rżnąc na dwie piły przez trzy miesiące (wieczorami, bo wtedy jeszcze „na państwowym“ pracowałem) – ale to nam na zdrowie tylko wyszło. Jak bym wtedy od razu pomyślał i zamiast wynajmować koparkę do wyrywania karpów, kupił sobie własną… Trzy takie, jak moja „Białoruśka“, którą rok później i tak kupić musiałem, za cenę tego, ile mnie ten wywóz karpów kosztował, mogłem mieć – albo jedną, ale sprawną.

Gdyby gmina chciała postępować rygorystycznie, a ja bym się ich o pozwolenie pytał, pewnie bym do tej pory nawet jednej krzywej gałęzi nie zdołał ściąć, o przeniesieniu się tutaj z końmi nie wspominając. Oczywiście gmina okazała w tej sprawie życzliwość nie bez miłości własnej: jak by przyznali, że mają na swoim terenie z 1000 ha beznadziejnie zapuszczonych nieużytków zamiast gruntów ornych, to też by dla nich wcale korzystne nie było. Wójt obrotny; kredytów, dotacji i subwencji nabrał i teraz gminne grunty sprzedawać musi, bo spłacić nie ma z czego, to mu na wizerunku zależy…

Tylko, czy gmina która tak olewa przepisy – dla dobra mieszkańców w efekcie – to dalej jest ta profesjonalna i bezstronna administracja w której istnienie mamy wierzyć? Mit to jest bezrozumny tak samo, jak na niczym nie oparte przekonanie, że jesteśmy rozumni…

Podniesiony na duchu takim rozumowaniem, postanowiłem na koniec dzisiejszego dnia złamać lewo raz jeszcze. Druh mój serdeczny Radek skosił mi wiosną trawę, ale zebrać zapomniał – że zaś, leżąc na ziemi przeszkadzała nowej rosnąć, tośmy to w miesiąc ręcznie, grabiami zebrali, łudząc się, że na ściółkę dla koni się nada. Złożone w stóg tylko się to skruszyło w jakąś potworną mierzwę – trzeba się było tego pozbyć, bo przeszkadzało. Zamiast wywozić pracowicie cały ten chłam, korzystając z pięknej, suchej i prawie bezwietrznej pogody, zrobiliśmy sobie ognicho. Ku wielkiej uciesze naszych koni oraz kota zewnętrznego Murkisa, który natychmiast uciął sobie przy ogniu drzemkę. Dlaczego piszę, że złamałem w ten sposób lewo? Wiosną, kiedyśmy sprzątali teren na którym stanęła potem nasza chatka, paliliśmy jakieś śmieci, od czego zajęły się leżące pod spodem, a z wierzchu niewidoczne trociny, zaś na widok kłębów czarnego dymu, zajechało do nas dwóch panów, jak sami o sobie twierdzili – z nadleśnictwa. Że niby las się pali, a w ogóle to nie wolno żadnego otwartego ognia palić, bo sąd grodzki… Sąd grodzki, sądem grodzki, panów wyprosiłem i więcej o nich już nie słyszałem – ale skłonny jestem uwierzyć, że istotnie palenie ognisk jest w naszym landzie Jewrosojuza nielegalne. Wcale się taki zakaz niczym szczególnym od tysięcy innych, podobnych zakazów nie różni. Że jakieś tam „płonie ognisko i szumią knieje“..? To są, panie dzieju, starodawne dzieje!

Sądzę, że nasza dzielna policja do nas po prostu zabłądziła. Kiedy znikała w tumanie kurzu widać było, że skręca w boczną dróżkę za naszymi działkami – najpewniej pomylili wjazd do nas z tą właśnie dróżką. W końcu jeszcze cztery miesiące temu żadnego wjazdu tu nie było – a dokładnie wtedy widziałem w okolicy policję po raz ostatni. I, prawdę pisząc, czuję się tym bezpieczniej, im rzadziej ją widuję!

sobota, 26 grudnia 2009

Lęk pierwotny

Jutro będę się z tego śmiał. Ale teraz wcale mi do śmiechu nie jest. Jakaś ciemna, wieczorna czy nocna zmora mnie dopadła, na piersi siadła i oddychać nie daje. Ze strachu. Przed czym..? Nie wiem…

Nie chciałem złamać szabasu (który jeszcze jeden dzień potrwa; choć mam nadzieję, że się przynajmniej lokalny sklep otworzy, w zwykłe niedziele zawsze handlujący) i otwarcie gorszyć maluczkich, więc ani wczoraj, ani dzisiaj nie uruchomiłem betoniarki. Ciągle mamy tylko 17 z 47 słupków potrzebnych, aby ogrodzić zimowy padok. Tymczasem tylko dzisiaj miały miejsce cztery ucieczki zbiorowe (Osman Guli w ślad za Maleństwem) i dwie indywidualne (samo Maleństwo, dla którego nasze ogrodzenia zdają się nie istnieć). Zimowy padok poprawi to niewiele, ale poprawi – przynajmniej dalej będą miały do ozimin i do wsi (uciekały dziś, wbrew temu co wczoraj pisałem, we wszystkich możliwych kierunkach bez różnicy, na oziminę najchętniej). A od poniedziałku ma już padać śnieg. Zresztą, piasku starczy mi na jakieś 6 – 7 słupków, nie więcej, potem trzeba będzie od sołtysa przyczepę pożyczyć i cały dzień w pocie czoła piasek na nią z dołu łopatą wrzucać. W szabas jest to i tak niewykonalne, więc tracę co najwyżej następne 23 – 24 słupki (które, w ostateczności, wkopie się po prostu bez betonowania), bo te 6, czy 7 w poniedziałek, nawet przy padającym śniegu i -1 stopnia, raczej powinno mi się udać wmurować.

Drewna już bardzo mało nam zostało i przynajmniej o tyle przyjdzie mi z konieczności szabas złamać (czyż jednak szabas nie jest dla człowieka, a nie człowiek dla szabasu..?), że zapas brzozy i resztki wierzby, który jeszcze leżą, trzeba będzie jutro porąbać. Warto, żeby choć trochę przeschły, nim do naszej kozy trafią, a będą nam potrzebne góra za tydzień – o ile znowu nie zrobi się bardzo zimno i nie trzeba będzie cały dzień palić! Nie chciałbym zaś, żeby ten zapowiadany na poniedziałek śnieg znowu to wszystko zmoczył, skoro ledwo co obeschło na dzisiejszym wietrze…

Z netem bardzo słabo łączy, a jak już połączy, to się okazuje, że jak było na rachunku 14,95 pln, tak dalej nie chce być ani grosza więcej – znaczy się, że przelewy od obu redakcji najpewniej nie wyszły przed świętami i dość jest prawdopodobne, że wyjdą dopiero po Nowym Roku, co przeżycie najbliższego tygodnia czyni pewnym wyzwaniem. Cóż: na chleb powinno starczyć…

Takoż i koza dzisiaj kaprysi, a choć temperatura jest wcale dodatnia, to wicher który w ciągu dnia niemal unosił naszą chatkę (pozbawioną wszak fundamentów…) i teraz dopiero cichnąć zaczyna, stanowczo domaga się (jak zając na talerzu buraczków, a kasza gryczana gulaszu…) jako niezbędnego pendant także i buchającej ciepłem kozy.

W dodatku skończyła się już wódka, wino, piwo i świąteczny pasztet autorstwa Lepszej Połowy mnie (jak dotąd najlepszy w całym naszym pożyciu! Naprawdę pycha! Inna sprawa, że chyba nigdy wcześniej nie byliśmy tak głodni…). Pozostało odpieczętować, z niemałym za sprawą starego laku pokrywającego korek trudem, holenderską jałowcówkę, jedną z ostatnich pamiątek po podróżach, jakie w zasobniejszych (nie lepszych przecież!) czasach podejmowaliśmy dla przyjemności.

I chyba o ten pasztet, wódkę, wino i piwo chodziło, bo jak kończę ten tekst po trzecim kieliszku rozgrzewającej, bardzo już starej jałowcówki (kupiliśmy ośmioletnią… trzy lata temu czy cztery..? Nie pamiętam…), to mi się ten pierwotny, ciemny lęk z niejakiego dystansu już ukazuje… Spróbuję zatem zająć się porządkowaniem skrzynki pocztowej i wysyłaniem świątecznych życzyń, na co nie miałem czasu wcześniej: wczorajszy dzień, wbrew oczekiwaniom, okazał się wcale ładny i nie tylko z wszystkimi końmi popracowaliśmy, ale też i pojechaliśmy na naszych emerytach na miłą, spokojną przejażdżkę w świetle zachodzącego słońca. Spotkaliśmy po drodze Jakuba, który obiecał przyjść dzisiaj – zarzekając się, że wcale się nie zniechęcił wypadkiem. Nie przyszedł. Lepsza Połowa wątpi, czy w ogóle szedł do nas, jakeśmy go spotkali – ale sądzę, że pewnie wypadła mu jakaś rodzinna wizyta, jak to w drugi dzień Świąt. Bo i nam byłoby o wiele milej, gdyby nas dzisiaj ktoś był odwiedził – ten wicher na pewien czas rozpędził chmury i nawet słoneczko się na godzinę – dwie pokazało, zdjęcia można było robić. Ale tylko jakieś rozbawione, męsko – damskie towarzystwo w samochodzie na warszawskich, bielańskich konkretnie numerach, zatrzymało się przy naszym płocie na papierosa – i, jak zwykłe kmiotki, uciekło, kiedy do nich z Maleństwem w ręku podchodziłem, żeby dali się jej obwąchać (bo Maleństwo było dzisiaj lonżowane i spacerowało, żeby poznawać świat; w żaden sposób to nie wpłynęło na jej skłonność do wycieczek za ogrodzenie, mimo stałego dostępu do wody i siana w środku i nadmiaru wręcz miejsca na 4 hektarach do rozprostowania nóg..!). Maleństwo, podobnie jak reszta naszego gwiazdorskiego teamu, poczuło się bardzo rozczarowane takim brakiem dobrego wychowania i należnych jej urodzie hołdów!

Za chwilę idziemy wydawać towarzystwu kolację. Szabas szabasem, ale przynajmniej pojeździłem dziś na Wielkim Strasznym Zwierzu (ekspresowo, bo podniecona wiatrem parła naprzód jak wyścigówka mimo poważnego wieku i szpata!) i gruntownie posprzątałem pod wiatą i w jej najbliższych okolicach. Taczka pożyczona od sołtysa skrzypi tak, że trąb archanielskich nie byłoby przy niej słychać – jest przy tym cięższa, ale za to mniej pojemna od naszej; urobiłem się zatem dość gruntownie, choć wydawać by się mogło, że nic zgoła nie zrobiłem. Od obiadu grałem zatem, spoglądając od czasu do czasu do tego leniwie się otwierającego neta, w mój ulubiony Freeciv – ale już widzę, że choć Polska w mojej grze rozciąga się od Atlantyku po Ural, nie wyrżnę całej konkurencji przed upływem roku 2000, dalsza gra nie ma zatem sensu. Stąd i lęki, bo z czego niby jeszcze..? I nieprawda, że jęczę i szerzę defetyzm! Wniosek Lepszej Połowy, aby wykorzystać jagody jałowca, którego mamy na naszej ziemi do oporu, do produkcji własnej jałowcówki popieram rękami i nogami! Czy tą są jęki i defetyzm..? Zdrówko!

piątek, 25 grudnia 2009

Panta rhei

Wszystko płynie. Resztki śniegu spływają z naszych pastwisk polewanych deszczem. Z kranu pod wiatą dla koni prawdopodobnie non stop woda ciurka – nie widać teraz, bo wszystko mokre, ale jak ten ciurkacz zamarzał, widać było wyraźnie; spod samego zaworka ciekło. Przesącza się też spod głównego zaworu wodnego w naszej chatce – muszę wyłączyć pompę, żeby to zapoksilinić. A nocą spłynęły nam z padoku wszystkie konie. Powtórka z Wielkiej Ucieczki sprzed dwóch tygodni!

Lepsza Połowa mnie czasem, nie co noc, ale dość często, budzi się ok. 1.00 – 2.00. Głównie dlatego, że zasypia zazwyczaj, przez naszą kozę ukołysana, wcześnie. Kiedy się budzi, chodzi do koni sprawdzić, co też porabiają. Tak też i tym razem zrobiła – i obudziła mnie, wpadając do chatki z okrzykiem: wejście otwarte, koni nie ma!

Skoro zwiały wszystkie to, nauczony doświadczeniem Wielkiej Ucieczki, dobrze wiedziałem gdzie je szukać – od razu też poszedłem z uwiązem do miejsca, gdzie jest najlepsza w całej okolicy trawa, czyli na nasz własny, 10-hektarowy padok po drugiej stronie naszej wyboistej, piaszczystej dróżki. Były tam. Dalia wlkp sama do mnie bardzo miło, jak na wigilijną noc przystało, podeszła i dała się złapać. Ponieważ nie widziałem nigdzie Glusia, który zwykle służy nam do tego celu, wziąłem ją na uwiąz i poprowadziłem pod wiatę, a stado grzecznie szło za nami. Niestety, Lepsza Połowa mnie zdążyła akurat naprawić zerwane pętle przy prowizorycznym wejściu na padok, jakie mamy tuż przy wiacie – i zniknęła w ciemnościach, sprawdzając resztę ogrodzeń. Zanim rozplątałem węzły, achałtekinki (Glusia ciągnie nigdzie nie widziałem, ale byłem pewien że kto jak kto, ale nasz weteran na pewno nie zginie!) zrobiły w tył zwrot i zniknęły w czarnej nocy!
 Co było zrobić? Powierzyłem Dalii wlkp rolę przewodnika (dla ociemniałych, bo poza zasięgiem lampy oświetlającej tył naszej chatki i przyszły zimowy padok, ciemności panowały iście egipskie). Na samym początku wpadłem jedną nogą do dołka pod 18-ty, ciągle jeszcze nie zabetonowany słupek. Wyszliśmy na drogę, doszliśmy do skrzyżowania, po czym Dalia skręciła w lewo, w stronę tzw. „pustyni“. Jest to spory, kilkuhektarowy kawał ziemi, przecięty polną dróżką wyznaczającą koniec jednej z naszych działek tym się charakteryzujący, że glebę ma wyjątkowo, nawet jak na tę okolicę słabą, a pod jej cienką warstwą zalegają różne piaski i żwiry, z powodzeniem także i przeze mnie używane do budowy. Nasz kawałek pustyni jest stosunkowo niewielki, będzie tego z pół hektara, może ¾. Ponieważ po zaoraniu okazało się, że w ogóle nie ma tam warstwy próchniczej, a jest to miejsce, które docelowo ma być przeznaczone pod wybieg dla ogiera, którego jeszcze nie mam i nie wiem nawet, kiedy będę miał, to na razie zwalamy tam cały wybrany spod wiaty i z jej okolic koński nawóz. Już nawet widać, że co nieco zostało tym nawozem przykryte. Jak Bóg da za 2 – 3 miesiące przysypię to wapnem, a potem się to ewentualnie rozrzuci rozrzutnikiem i uprawi, ale to nic pilnego, równie dobrze mogę potem ułożyć na tym i drugą warstwę, znowu ją wapnem przysypać i tak dalej – i tak najpewniej na wiosnę wszystko to porośnie owies wraz z nawozem rozsiany!

W każdym razie, konie nie mają tam czego szukać, a i mnie wcale się nie uśmiechało po przygodzie z dołkiem poprawić jeszcze i potknięciem się o kupę nawozu – że zaś, z braku taczki (dopiero wczoraj od sołtysa pożyczyłem, bo oczywiście ani pan z targu w Białobrzegach, który mi to obiecał, nie miał pasującej na moje nietypowe kółko oponki, ani też takowej nie było w żadnym Praktikerze – dętkę tylko mi się udało tamże dostać, zresztą bynajmniej nie tego dnia, kiedy chciałem, specjalnie w tym celu w poniedziałek do Janek pojechaliśmy, przy okazji robiąc część przedświątecznych zakupów), wywoziłem pożyczoną od sołtysa przyczepą o ładowności bodaj 1,8 tony i trzy razy obróciłem to, choć końskich kupek nie ma się co brzydzić, powstała w ten sposób hałda mogła być przy bliższym a niespodziewanym spotkaniu dla zdrowia szkodliwa!
 Dalia jednak szybko skręciła w drugą stronę, gdzie aż po tory kolejowe rozciągają się ziemie należące do kobiety z Bielska – Białej, od której większość naszych działek kupiliśmy. Od strony drogi jest tam najpierw kontynuacja naszej pustyni tyle, że nie zaorana: zrzuciliśmy tam ongiś wielki stos gałęzi i karpów pozostałych po karczowaniu naszej własnej ziemi i stos ten nie do końca jeszcze został przez okoliczną ludność rozebrany. Dalej ciągnie się obszerny labirynt dołów powstałych po wybieraniu piasku, częściowo wypełniony zrzuconymi w miejsce piasku śmieciami, o wiele większy, choć na ogół płytszy od dołów, jakie nam Radek pod zimowy padok u nas wyrównał, a za nimi tam, gdzie gleba jest już lepsza, dziki gąszcz brzózek i sosenek zupełnie jak ten, jaki u siebie zlikwidowaliśmy. Doły i skraj dzikiego gąszcza (jest tam, kawałek dalej, obszerna polana z niewielkim dębczakiem pośrodku – myślimy, jak by go tu do nas przesadzić pewnego dnia – całkowicie pokryta równo na ziemi rozłożonymi śmieciami, jak by kto walcem przejechał; latem śmierdzi tam strasznie i jest to miejsce skąd na wszystkie strony rozlatują się meszki i komary; będziemy musieli z tym zrobić porządek pewnego dnia, czy kupimy te działki czy ich nie kupimy… bliżej zaś torów kolejowych rośnie olszyna tak gęsta, że wejść się do niej nie da nawet i zimą) przecina dróżka, wyjeżdżona przez wybierających piasek i zrzucających śmieci – dróżka ta zakręca i nim gąszcz zgęstnieje na dobre, powraca do głównej, piaszczystej drogi tej samej, która nas od reszty naszych padoków oddziela, a która prowadzi do przejazdu kolejowego i dalej, przez Brzozówkę, do Grabowa. Opisuję topografię tak szczegółowo, bo jest po temu miejsce, a przyda się to zaraz, jak tylko przejdę do Wielkiej Ucieczki sprzed dwóch tygodni. Pewnie, że łatwiej byłoby pójść i zrobić zdjęcie, ale pada i wieje i mi się nie chce. Może gdzieś mam stare, poszukam.
 Tym razem, pogoń zakończyła się szybko. Dalia wlkp przewlokła mnie tylko przez pozostałości po stosie karpów i gałęzi. Na środku tego wszystkiego tkwiło oczywiście rozpaczliwie zaplątane Maleństwo! Muszę jeszcze raz sprawdzić, czy nic się jej nie stało, bo na początku wydawało się, że trochę kuleje – ale jak patrzyłem pół godziny temu, wszystko było w porządku. Pojawił się wreszcie, nigdzie wcześniej nie widziany Gluś (czyżby tkwił w tym ponurym miejscu od początku i nie poszedł z resztą stada na soczystą trawę naszego padoku..? Wierzyć się nie chce!). Pojawiło się po drugiej stronie pustyni światełko latarki Lepszej Połowy mnie (która po raz kolejny udowodniła, że jest naprawdę Lepszą Połową, zachowując przytomność umysłu i zabierając ten, jakże potrzebny po ciemku sprzęt!). Złapałem za kantar Glusia i ruszyliśmy w stronę światełka, starając się ominąć bokiem kupy nawozu, co nawet się udało. Maleństwo się wyplątało i wszystkie trzy Gracje poszły za nami, po drodze starannie obwąchując i zwiedzając wszystko, co tylko je zainteresowało – pustaki, kłąb bednarki, resztki po belkach użytych do budowy wiaty, samochód, chatkę (zaglądając do środka, gdzie na wygrzanym łóżku samotnie wylegiwała się Sylwestra – o której jeszcze będzie za chwilę!), zwłoki koparki w pobliże chatki przez Radka przyholowane, 18-ty, 19-ty i 20-ty dołek pod słupki i tak dalej. W końcu jednak udało się je namówić do wejścia na padok i tym się historia dzisiejszej nocnej ucieczki zakończyła.
 Poza tym oczywiście, żeśmy się oboje nie wyspali. Lepsza Połowa mnie właśnie zabiera się za poranną kawę, ja też wstałem niedawno bo widząc że leje i z jazdy na razie nici, po wydaniu im owsa tuż po 5.00 (przewidując, że mogę zaspać, nastawiłem sobie budzenie w komórce – niepotrzebnie, bo nasz żywy budzik w postaci Sylwestry mimo, że dostała jeść po naszym powrocie z łapania koni i mimo, że Lepsza Połowa mnie wypuściła ją na kupkę ok. 3.00 najpierw miała o 5.00 atak głodu, potem poszła ze mną karmić konie i przy okazji jeszcze raz załatwiła niezbędne potrzeby, a na koniec dostała jakiejś głupawki i trzeba się było z nią pobawić, nim dała się zagonić do łóżka i zapadła w letarg…), wróciwszy do chatki, zamiast zrobić sobie kawę i zasiąść przed końputerem w oczekiwaniu na świt, po prostu wróciłem do łóżka. O ile nie przestanie padać na trochę dłużej, żeby koniom grzbiety obeschły, zanosi się na najbardziej chyba leniwy dzień w historii naszego tutaj osadnictwa. Konie też zresztą nudzą się setnie. Tak się zastanawiam – jakieś kino pod gołym niebem dla koni? Muzykę może im puścić? Tylko jaką – ma ktoś jakieś doświadczenia w tym zakresie…? O Sylwestrze wiemy, że Haendla nie znosi, a najbardziej ją zafascynowały głosy małp z „Mostu na rzece Kwai“, ale o gustach koni nic nam, niestety nie wiadomo. A przecież muszą mieć jakieś…

Pozostaje zagadką, dlaczego pętle przy wejściu na padok zsunęły się z izolatorków, do których są zaczepione – choć, jeśli idzie o górną linkę, to się tak już i wcześniej zdarzało, a dolna była po prostu wyrwana, więc może górną któraś (bo Glusia nie podejrzewam!) zsunęła, potem Maleństwo i Buba wylazły tak, jak to i wczoraj w ciągu dnia zrobiły, a stado ruszając za nimi, przerwało dolną linkę i tyle. Światło pod wiatą było też zapalone – ale, że żadnych obcych śladów na mokrej ziemi nie znaleźliśmy (sprzątałem zresztą wczoraj pracowicie przez większą część dnia, więc złażone jest tam wszystko kompletnie i mało co widać), to najpewniej ja zapomniałem zgasić wracając po ostatniej wieczorem wizycie u koni.

Wielka Ucieczka była o wiele bardziej dramatyczna, choć pewnie z punktu widzenia koni trwała krócej. Mróz był wtedy, może nie największy w ciągu tych minionych dwóch tygodni, ale z pewnością już dotkliwy – a nie mieliśmy jeszcze końwektora, łagodzącego bardzo przyjemnie skutki nie palenia nocą w naszej kozie. Śnieg też leżał, choć jeszcze nie było go tyle, co w kilka dni później, kiedyśmy koniom zdjęcia robili. W ogóle, była to ponowa i bardzo dobrze widać było wszelkie ślady. Co zresztą okazało się w skutkach mylące.

Obudził nas, także około 2.00, hałas i tętent kopyt. Zapalając światło w chatce dostrzegłem kątem oka za oknem galopujące Maleństwo i jeszcze jednego konia, najpewniej Bubę. Ponieważ te dwie uciekają nam notorycznie (Maleństwo potrafi przejść przez ogrodzenie w każdym miejscu, a jak zrobi to kilka razy i np. przerwie linkę, to Osman Guli natychmiast idzie w jej ślady!), wskoczyłem w dżinsy, podkoszulek, polar i sandałki na gołe nogi i pobiegłem za nimi z uwiązem i (tym razem przytomnie zabraną) latarką. Łatwo znalazłem na śniegu ślady – dwóch koni (jak mi się wydawało) i poszedłem za nimi. Przez pustynię, dróżką przecinającą labirynt wyrobisk, do głównej piaszczystej drogi, na nasz większy padok i – jak mi się wydawało – z powrotem w stronę chatki i wiaty. To się tak łatwo pisze, ale kółko takie ma co najmniej 800 metrów i w sandałkach po śniegu było to nadzwyczaj wprost miłe doświadczenie! Tym bardziej, że ślady prowadziły do naszej ujeżdżalni i tu już trop gubiłem, bo poprzedniego dnia pojeździłem trochę na Dalii i robiło mi się tych kopyt za dużo. Wróciłem do chatki, założyłem skarpety i czapkę. Przy wiacie spotkałem Lepszą Połowę mnie od której dowiedziałem się, że linki są przerwane i brakuje wszystkich koni, z Glusiem, który do tej pory nigdy wcześniej nie opuszczał z własnej woli padoku, włącznie! W pierwszej chwili pomyślałem, że ktoś przyszedł kraść Dalię wlkp – to jedyny z naszych koni, który robi wrażenie na miejscowych, a że wieku po niej tak bardzo nie widać, to nawet i na ubój ktoś mógł ją sobie upatrzeć. Zrobiło mi się gorąco! Nie widząc innego wyjścia, wziąłem kluczki – i Bóg wie po co, także portfel, dowód rejestracyjny i komórkę – i uruchomiłem samochód. Zawsze to coś widać w świetle reflektorów, jakby gdzieś w pobliżu stał samochód z przyczepą, miałem szansę go dogonić, no i dalej można zajechać niż piechotą dojść. Pojechałem na miejsce, gdzie mi się ślady urywały i wtedy, daleko na horyzoncie, w świetle reflektorów coś mi mignęło. Wjechałem na pokryty śniegiem padok. Zrobiłem wielkie koło, dojeżdżając aż do następnej, równoległej drogi, na której ten padok się kończy i tam zawróciłem. Były! Dokładnie na środku!


Wysiadłem z samochodu a ponieważ nie udało mi się złapać Dalii (która jednak była i miała się dobrze! Ależ to była ulga..!), wziąłem na linkę Glusia i tak przyprowadziłem stado z powrotem pod wiatę. Potem jeszcze wróciłem po samochód i kiedy przyjechałem i wszedłem do chatki, rozbierając się stwierdziłem brak komórki i dowodu rejestracyjnego. Najwidoczniej wypadły mi z kieszeni polaru, w której miałem też kłąb sizalu (do naprawy ogrodzenia) i latarkę. Dobrze chociaż, że portfel był. Przeszedłem się więc jeszcze raz po śladach własnych i kół samochodu, ale mimo latarki po ciemku nic nie znalazłem. Pozostało poczekać do świtu. Ponieważ zimno było straszliwie, rozpaliłem w naszej kozie, ustanawiając tym samym na razie obowiązujący rekord. O świcie przeszedłem się po śladach jeszcze raz i oczywiście w miejscu, gdzie zostawiłem samochód idąc po konie, tuż obok koleiny, leżała i komórka (nawet się jej bateryjka nie rozładowała, nie ma jak Nokia!) i ciężko już przez los i pralkę (jak się ma sklerozę, a dowód nosi zwykle w kieszeni…) doświadczony dowód rejestracyjny naszej Wendi (jak nazywamy naszego krótkiego Patrola). I tak się zakończyła historia Wielkiej Ucieczki. Której nie opisałem od razu, bo byłem zbyt zziębnięty i niewyspany.

 Ogólnie, wnioski z obu tych historyjek (oprócz tego, że nie warto, biegnąc w nocy łapać konie, zabierać ze sobą dokumentów, a warto brać latarkę i ubierać skarpetki!) są takie, że Dalia wlkp jest naprawdę wspaniały koniem! Wschodniopruska hodowla terenowa, z której pochodzą jej przodkowie, mogłaby się takim koniem szczycić. Owszem, jest leniwa, zepsuta przez lata pracy w szkółce (ale jej obaj synowie byli do rany przyłóż, więc to nie jest żadna genetycznie przenoszona wada charakteru, tylko skutek złego wychowania i niewłaściwej przez lata opieki) i potencjalnie niebezpieczna (ma „na rozkładzie“ jeden poważnie uszkodzony kręgosłup u instruktora i jedną złamaną nogę u dzierżawcy stajni). Jest to jednak koń mądry, bardzo praktyczną i życiową mądrością. Dopóki rządzi naszym stadem, możemy być spokojni, że żadne wielkie nieszczęście się nie stanie. Wygląda przy tym, że jest to spośród wszystkich naszych koni ten, w którym instynkty prymitywnych przodków (bo niby skąd miałaby mieć takie doświadczenie, skoro nigdy wcześniej bezstajennie się nie chowała..?) najbardziej dochodzą do głosu. Pomijając już to, że naprawdę wygląda bardzo ładnie i ma się świetnie, to dzięki niej stado trzyma się w razie zagrożenia otwartej przestrzeni, a nie włazi w jakieś doły czy krzaki, gdzie mogłyby sobie krzywdę zrobić i to ona wybiera zawsze najlepszą dla koni trawę. A kiedy sytuacja staje się nadzwyczajna, można mieć do niej całkowite zaufanie. Jak wtedy, kiedy przeszliśmy razem przez ruchliwą stację kolejową w Trzebnicy, albo przejściem podziemnym pod obwodnicą Żmigrodu, lub kiedy znaleźliśmy w lesie wisielca czy też, kiedy zaplątała się w drut kolczasty ogradzający krowy na pastwisku… O czym może jeszcze opowiem – innym razem!

niedziela, 20 grudnia 2009

Oto jest głowa zdrajcy…

Nie ma co ukrywać, że słowne gierki, witze i zabawy stylem są w tym blogu celowe, zamierzone, a nawet dla jego egzystencji nieodzowne – staram się, żeby przy czytaniu każdego postu Czytelnik przynajmniej się uśmiechnął. Miałem stąd pewien dylemat, do której z kategorii konkursu na „Blog Roku 2009“ aplikować: że jednak nie tworzę tu fikcji, wybrałem ostatecznie kategorię pewnie lżejszą wagowo niż literatura, ale za to o wiele bardziej konkurencyjną. Skazując się zarazem z punktu na porażkę, boż przecież ani nie jestem rodzicem, któremu obumarło dziecko (zasadniczo, w ogóle nie jestem rodzicem!), ani żaden z moich koni jeszcze na alkoholizm nie cierpi, choć Wielki Straszny Zwierz, czyli Dalia wlkp, a i owszem, piwo (byle nie przegazowane!) lubi…

Ogólnie rzecz biorąc w tym, że ludzie bardziej się pasjonują różnego rodzaju tragediami i nieszczęściami, niż błahą zabawą słowem nie ma niczego zdrożnego – acz różni malkontenci widzą przyczynę wielu naszych nieszczęść w tej właśnie, ewolucyjnie całkiem zrozumiałej właściwości ludzkiej psyche (boż o wiele bardziej trzeba uważać na gadziny różne, burze, gradobicia, trzęsienia ziemi i zamieszki, które w każdej chwili mogą naszą egzystencję zakończyć, raz na zawsze przekazanie genów następnemu pokoleniu uniemożliwiając, niż rozglądać się za przyjemnościami, które bez szkody dla zdrowia można odłożyć na później…). Zwłaszcza miłośnicy kultury wysokiej mają w zwyczaju wskazywać skłonność gawiedzi do gonienia za sensacją jako przyczynę ogólnej miałkości i bylejakości współczesnej pop-kultury. Jakby u nas w Boskiej Woli pod sklepem jakaś wielka kultura słowa kwitła a nie zwykłe, wioskowe ploty!

Tak samo niczego nie ma dziwnego w tym, że wśród różnorakich nieszczęść, których bogatą ofertę można bez wielkiego trudu w necie wyszukać (co tam wyszukać! Sama się na ekran pcha z każdej strony, prawda..?), najbardziej poruszające są tragedie indywidualne, z wyrazistymi rolami, najlepiej przedstawiającymi sobą chodzącą (lub nie) bezradność – doskonale nadają się do tego małe dzieci, zwierzęta i kaleki. Zaznaczam z góry, że wcale przy tym z moich w tym konkursie współzawodników, których różne tego rodzaju nieszczęścia dotknęły, nie kpię. W ogóle kpina, zgrywa i witz, to jest właściwa dla mnie reakcja na stres – o czym się już niejeden raz przekonałem; ostatnio w przychodni chirurgicznej szpitala w Wołominie, gdzie mi przyszywano urwany przy ładowaniu Dara wlkp do przyczepy palec: udało mi się sympatycznego, choć zmęczonego zapewne śmiertelnie po kilkunastu godzinach dyżuru chirurga wyprowadzić z równowagi opowieściami o dziadku Janie, któremu w 1939 dwa palce odstrzelono, a z braku środków dezynfekujących, ranę obsikano i zwolniono do domu. Żałował, że nie ma powodu, aby mnie znieczulić ogólnie, a nie tylko miejscowo, żebym się wreszcie zamknął – ale palec przyszył. Teraz mi strasznie marznie i zrósł się krzywo tak, że pomysł jego odcięcia, który wtedy w ramach makabrycznego żartu sprzedawałem lekarzowi, wcale nie wydaje mi się z perspektywy czasu taki zły.

Do rzeczy jednak, do rzeczy! Kołuję tak dlatego właśnie, że temat, który czuję się zmuszony podjąć (jest to przymus wyłącznie wewnętrzny, tym jednak dotkliwszy), napełnia mnie jakąś ciemną trwogą. Nie jest też wcale łatwy do opisania – nie wiem doprawdy, czy tu przypadkiem nie zachodzi ten sam przypadek, o którym święty Augustyn mówił: „wiem, kiedy nie pytasz“, a Wittgenstein pisał „O czym nie można mówić, o tym trzeba milczeć“. Że jednak przymus wewnętrzny, który mnie, nie bez związku z porą roku i kalendarzem liturgicznym, na ten właśnie temat naprowadza, nie pozwala mi zająć się żadnym innym, a tyle jest pięknych i ciekawych rzeczy do opisania (jak wspomniana już w poście niżej Wielka Ucieczka, czy ostatnie doświadczenia na grzbiecie Osman Guli), to nie mam wyjścia: nie opisując sprawy jasno i do końca, ponieważ nie jest to możliwe, muszę jej jednak chociażby dotknąć.

Jestem zdrajcą. Ju-da-szem! Zdradziłem mój klan, ród, plemię – Rodziców w każdym bądź razie. Zawiodłem, porzuciłem i zapomniałem. W jaki sposób? W taki właśnie, że siedzę tu w Boskiej Woli przy powoli rozgrzewającej się kozie (póki co jeszcze siedzę w swetrze i w grubych skarpetach, ale mam nadzieję wkrótce pozbyć się tych akcesoriów), z końmi i z Lepszą Połową mnie, która nie jest moją ślubną małżonką. W taki sposób, że nie przedłużam mojego rodu i nazwiska, a Rodzicom nie przysparzam wnuków, którzy mogliby być radością ich dni. Że nie pracuję na państwowym i nie odkładam na emeryturę. Wreszcie w taki, że nie pozwoliłem im do końca urządzić Boskiej Woli zgodnie z ich pomysłami – i rozstaliśmy się we wrześniu w gniewie.

Powinienem sprzedać konie, porzucić ziemię, którą sam wykarczowałem i przysposobiłem do uprawy (Rodzice, karmiący się telenowelami, nie wiem skąd wymyślili sobie, że dokonałem cesji całej tej posiadłości na rzecz Lepszej Połowy i dlatego nie śmiem jej oddalić i nie pozwalam im na narzucanie jej ich pomysłów na wystrój wnętrza naszej chatki – o karnisze konkretnie poszła awantura; zawiesili je pod naszą nieobecność, nie pytając o zgodę…). Powinienem wrócić do domu rodzinnego i… o nic więcej już się nie martwić – Oni pomyślą za mnie. Pewnie nawet znaleźli by mi pracę w szkole lub w urzędzie. Kandydatka na żonę, z którą zdążę jeszcze spłodzić choć jednego potomka, podobnoż nadal czeka. Domek sami mi wybudują pod rodzinnym miasteczkiem. Będziemy się odwiedzać codziennie, a kiedy będą już starzy i chorzy, zaopiekuję się nimi, a potem odprowadzę na cmentarz.

Jest to ideał który ma pewną wartość moralną. Co, poniekąd jest jedną z przyczyn tak długotrwałego (bo to już ponad 12 lat tak trwa…) i zaognionego konfliktu: nigdy nie umiałem im wprost powiedzieć „nie, tak nie będzie!“ Właściwie dlaczego nie? Pomijając kwestię tej kandydatki na żonę, to przecież jest prawdą, że mogliśmy się z Lepszą Połową mnie 10 razy pobrać – a Rodzice wiele razy dali dowody dobrej woli, rezygnując z koncepcji przeniesienia mnie z powrotem do rodzinnego miasteczka (ten swoisty „plan maksimum“ objawili w całej pełni dopiero ostatnio: choć matka wiele już razy wspominała, jak to szczylem kilkuletnim będąc, obiecywałem, że nigdy się nie ożenię, tylko będę jej pomagał okna myć), jeśli tylko pozwolę im na ich sposób urządzić, czy to mieszkanie w Warszawie (którego koniec końców nie udało się nam kupić – fakt, że przez 12 lat żyliśmy w mieszkaniu wynajmowanym był jednym z zasadniczych punktów sporu), czy to – trudno się mówi – nawet i to gospodarstwo w Boskiej Woli, gdzie w końcu Ojciec mój wiele pracy trzykrotnie tu będąc, włożył. Co naprawdę nie było sprawą łatwą ani małą, mają tu ponad 300 km, a Ojciec nie jest już młodzikiem, żeby jazda samochodem przez kilka godzin, a potem nocowanie pod gołym niebem czy w nie wykończonej chatce i ciężka praca, były dla niego obojętne…

Po prawdzie zresztą, gdyby naprawdę byli już starzy, chorzy i bezradni, pewnie byłoby mi łatwiej. Na razie wygląda to jak walka o władzę – i nie uleganie ich naciskowi, oprócz takich niewymiernych i niemożliwych do użycia w rozmowie z nimi argumentów jak konie (niemożliwych do użycia, ponieważ tego argumentu na pewno nie zrozumieją, dlaczego o tym za chwilę…), też ma pewną wartość moralną.

Co wcale nie znaczy, że moi Rodzice są toksyczni (jak to się popularnie jakiś czas temu mówiło – czy dalej się używa tego określenia..?). Owszem, w domu panuje ścisły matriarchat i niewątpliwie marzeniem matki jest mieć wszystkie dzieci blisko siebie i sprawować nad nimi i nad ich z kolei potomstwem, możliwie pełną kontrolę. To ma być jej nagroda za ciężką pracę przez 35 lat i za wszystkie poświęcenia, jakie musiała ponieść, żeby nas wychować. Takie Jeszcze Większe Ciastko z Kremem w całkiem doczesnym wydaniu (ale też i z prostą kontynuacją tego samego rodzaju nagrody także i w życiu przyszłym). Czy jednak można mieć o to do nich pretensje?

Wszystkie te dziwne anachronizmy, jak szacunek do „pracy na państwowym“ i wiara w wieczne trwanie ZUS, to po prostu doświadczenie życiowe moich Rodziców. Taki model działania sprawdzał się najlepiej. Przy tym przez całe swoje życie pracowali ciężko po to, aby przyjemności życia zażywać na emeryturze, otoczeni przez dzieci i wnuki. Wygląda na to, że ich ofiara nie miała sensu, a poświęcenie poszło na marne. Czy dziwnym jest zatem, że rozpaczają? Nie tylko ja zresztą ich zawiodłem, bo i średnia siostra aż na Wyspy uciekła z rodzinnego domu i też nieobyczajnie się prowadzi, rozwodząc się właśnie z ojcem swej córki, a Rodziców jedynej na razie wnuczki. Tylko najmłodsza siostra, na razie jeszcze studentka, daje im nikły promyk nadziei na spełnienie choć niewielkiej części ich marzeń.

Nie ma co ukrywać: gnębi mnie poczucie winy. Ofiara Rodziców była realna. Poświęcili się i pracowali naprawdę. Poświęcili się – zasłużyli więc na swoją nagrodę, na swoje Jeszcze Większe Ciastko z Kremem. A ja im go odmawiam. I to w imię czego? Lenistwa, wygodnictwa, błahostek… Bo przecież nie pobieramy się z Lepszą Połową mnie, a zamiast dzieci hołubimy konie i kota (o kocie zewnętrznym, Murkisie, na razie nie można napisać, żebyśmy go hołubili: myszy ma łapać i tyle!) głównie dlatego, że możemy. Że nic nas nie zmusza ani do ślubu, ani do porzucenia tak bezproduktywnego, niczemu konkretnemu nie służącego hobby, z którego nie mamy ani grosza! To jest zresztą nie tylko dla moich Rodziców nie do pojęcia – ostatnio ludzie, od których kupuję siano pytali się mnie, co ja właściwie mam z tych koni? Nic nie mam. Nie muszę mieć. Mogę się nimi cieszyć. Tu i teraz – nie na emeryturze, nie za 30 lat, ani po śmierci.

Niewątpliwie postępuję niemoralnie i mam tego pełną świadomość. Taka postawa jak moja jest możliwa tylko w czasach dobrobytu i nadmiaru. Ludzie nie są przystosowani do dobrobytu i nadmiaru, dobrobyt i nadmiar im szkodzi – a przy tym nigdy, w dotychczasowej historii ludzkości, dobrobyt i nadmiar nie były zjawiskami trwałymi. Zdarzały się co jakiś czas przez stulecie lub dwa na pewnym obszarze i wśród pewnych tylko klas ludności – i takie jak moje niemoralne, egoistyczne zachowanie szybko przywodziły cieszące się dobrobytem i nadmiarem miasta, kraje i klasy do nieuchronnego upadku.

Och, owszem, dobrobyt i nadmiar to są właśnie te rzeczy, którym i cytowanego wyżej świętego Augustyna (biedny bynajmniej nie był!) i Wittgensteina zawdzięczamy. Naszych koni akurat nie zawdzięczamy dobrobytowi, bo je pustynni koczownicy z biedy wyhodowali, nie z nadmiaru. Teraz jednak, są tylko nikomu do niczego niepotrzebną zabawką. Nie do pojęcia jest, jak człowiek nie mający stałego źródła utrzymania może się tak kosztownymi zabawkami zabawiać, zamiast zadbać o podstawy bytu – a tylko te podstawy, w ostatecznym rachunku i ewolucyjnym (dobrobyt i nadmiar przeminą, klan pozostanie!) i eschatologicznym (w ramach eschatologii Jeszcze Większego Ciastka z Kremem) są tym, co się w ogóle w życiu liczy.


Czy zatem jest możliwe wybaczenie dla zdrajcy? Oczywiście że tak. W końcu jesteśmy Rodziną. Wszyscy tylko mamy, jak to u zimnych mieszkańców Północy, problem z wyrażaniem uczuć. Mnie najłatwiej wychodzi na piśmie…

czwartek, 17 grudnia 2009

17 z 47

Nie pisałem długo zniesmaczony własną ślamazarnością. Nie idzie. Nie idzie i już! Z 47 słupków potrzebnych, żeby ogrodzić zimowy padok przed nadejściem mrozu w minioną sobotę popołudniu, zdołałem zabetonować tylko 17. Teraz wszystko to leży pod śniegiem i trzeba poczekać do roztopu – od poniedziałku podobno ma się już ocieplać i po Świętach nadejdzie odwilż. Tak powiedział Pan w telewizji. A może Pani. Nie pamiętam. W każdym razie tak ma być i już! Do cholery, mamy przecież globalne ocieplenie czy nie mamy? Topnieją lodowce w Alpach i śniegi w Arktyce czy nie topnieją? To niby skąd pomysł, że w samym środku Polski śnieg dłużej niż dwa tygodnie poleży..?  Drewniany Pajac Al Gore straszy w Kopenhadze, że lód w Arktyce już w 7 lat stopnieje, to niby dlaczego mój własny, boskowolański śnieg nie miałby zaraz po Świętach stopnieć, a..? W każdym razie, byłoby to z jego strony nader uprzejme…

Sedno problemu uświadomiła mi z właściwą sobie celnością i brutalnością Lepsza Połowa mnie już w rzeczoną sobotę, jak tylko mróz chwycił, a ja po wbetonowaniu 17-tego słupka już po ciemku stwierdziłem, że nie trzyma linii z 16-tym, a tamten z 15-tym i jednak lepiej dać sobie na razie spokój. Otóż akurat te 17 słupków całkiem spokojnie można było wbetonować wieki temu pod palącym, wrześniowym słońcem (wrzesień był piękny tego roku…), czy choćby w całkiem ciepłym listopadzie. Dlaczego? Bo betonować zaczęliśmy, oczywiście, od najbliższej okolicy wiaty dla koni, żeby dłużej niż dobę dziur w ziemi, sznurków wytyczających linie proste (których, jak widać, i tak się nie trzymałem…) i stalowych rurek przy koniach nie zostawiać. A przecież wiata nie stoi w żadnym dole, którego wyrównanie turem przez druha mego serdecznego Radka niezbędnym było, żeby zimowy padok zacząć ogradzać. Wiata stoi sobie na równym, gliniastym zresztą terenie (stąd betonowanie tych słupków było w pewnym stopniu czynnością nadmiarową i zbędną, raczej służącą inwestycji na przyszłość: dłużej będą stały zabetonowne niż gdyby je tylko wkopać, ale nie ma to większego znaczenia dla solidności ogrodzenia tu i teraz). Coś mi tu bajką o koniku polnym i mrówkach zapachniało…

Lepsza Połowa mnie wczoraj zresztą dopowiedział „be“ do tego „a“ z rzeczonej soboty, jak wrcacaliśmy z wycinki krzaków na opał ciągnąc za samochodem do połowy tylko wypełnioną przyczepę (dlaczego do połowy, o tym za chwilę) stwierdzając, żeśmy mogli tych krzaków w sierpniu naciąć tyle, żeby na całą zimę starczyło, a nie teraz, pod padającym śniegiem, szybko topniejący zapas mokrym i trudnym do zapalenia drewnem uzupełniać. To już był cios w samo serce. Akurat co do sierpnia, to nie poczuwam się do winy – bo tylko na holywoodzkich filmach różne straszydła operują piłą spalinową jedną ręką. Ale fakt faktem, że mogłem tego drewna naciąć o wiele więcej we wrześniu, czy w listopadzie (pominięcie października jest celowe i zamierzone: w październiku nie mieliśmy kasy nawet na paliwo do piły, piła była zresztą zepsuta, sprzedaliśmy obrączki, żeby zbudować komin dla kozy akurat jak 14-tego po raz pierwszy zaatakowała nas Zima). Co mnie przed tym powstrzymało? No cóż, uległem sugestii: miejsce na drewno pod dostawioną do północnej ściany naszej chatki przez mojego Ojca wiatą było co najmniej dwukrotnie wypełnione do ostatka. Było wypełnione przed tym nieszczęsnym 14 października i było wypełnione na koniec listopada. Tyle, że tego miejsca jest co kot napłakał (o kotach za chwilę też będzie)! W dodatku druh mój serdeczny Radek jeszcze nam je zmniejszył, zwalając obok worki z nawozem, którego nie wysypał na część naszego większego padoku, gdyż trawa, której nie skosił, odrosła w miejscu tej, którą skosił, ale nie zebrał jeszcze w lipcu, wydała mu się za duża, żeby po niej jeździć ciągnikiem.

Mieliśmy piękny plan ładować to po worku na taczkę (o taczce za chwilę) i rozsypywać ręcznie, ale jakoś się nam nie chciało, tj. przepraszm – nie udało tego planu zrealizowć. Tymczasem trzeba było nie zwracać uwagi na tę wiatę – i tak żeśmy jej istnienia sami z siebie nie planowali, była to inicjatywa Ojca, wynikająca z defetyzmu moich Rodziców względem naszej zdolności do wybudowania tu czegokolwiek stałego szybko i ich przekonania, że będziemy zimować w naszej chatce jeszcze wiele lat. Wiata głównie służy za warsztat. Część przydała się nam do magazynowania owsa. Na drewno zostaje, w najlepszym razie góra 1/3, czyli jakieś 2,5 x 2 x 2 m. Odejmując przestrzeń zajętą przez worki z nawozem, zostaje nam jakieś 4 do 5 m3, co jak już teraz wiemy, starcza dla naszej kozy na miesiąc, może na trochę dłużej. A raczej – starczałoby na miesiąc, gdybym w sierpniu, robiąc porządek po zakotwiczeniu tu naszej chatki, pozostały drewniany śmieć pociął na kawałki dające się spalić w naszej kozie – kozy jednak wtedy jeszcze nie było, a ja, mając zakodowane w podświadomości solidne, kaflowe piece mojego dzieciństwa, pociąłem (i tak paląc zresztą silnik w podarowanej przez Ojca pile elekrycznej…) na dechy, które nijak się do kozy nie mieszczą. W dodatku, ponieważ w jedynej w Warce hurtowni, w której takie płyty były, zabrakło dwóch kawałków przezroczystej eurofali, którą Ojciec dach wiaty pokrył, śmieć ten stał przez dwa miesiące pod gołym niebem moknąc i z lekka przegnił. Trzeba by to było teraz do gruntu przebrać i pociąć jeszcze raz – ale wcale to nie jest przyjemne pod śniegiem. Swoją drogą, chwała Bogu, że tych płyt zabrakło, bo wejście na dach z nich zrobiony, jeśli tylko jest on choć odrobinę mokry, jest praktycznie niemożliwe – a przecież trzeba się jakoś dostać do komina, który jak raz z tej strony naszej chatki postawiliśmy! Dobrze zatem, że w końcu zakryłem ten fragment wiaty deskami i papą – tylko powinienem był to zrobić co najmniej miesiąc wcześniej.

Taaak… Lepsza Połowa mnie dostrzega wyraźne pokrewieństwo duchowe pomiędzy mną a druhem moim serdecznym Radkiem który, nota bene, najbliższej naszym padokom kukurydzy do dziś dnia nie zebrał – i już, skoro pod śniegiem leży, raczej nie zbierze. Co się zatem dziwić, że przy tak wielkiej Lepszej Połowy mnie spostrzegawczości, nasze stosunki przeszły ostatnio przez serię krótkich spięć, nie bez strat dla obu stron? Jedyna nadzieja na ocieplenie, to szybkie roztopy i ogólny global warming! A tymczasem białe łajno sypie za oknem w najlepsze – od czego krajobraz robi się bajkowy, ale nam wcale nie robi się cieplej. Może chociaż Drewniany Pajac Al Gore, jak by go tu zaprosić, miałby radochę, że tak zimno i biało, skoro tak te lodowce kocha..?

Druh mój serdeczny Radek, mam nadzieję nie świadom jest faktu, że tu o nim piszę – a nawet, że stał się już bohaterem ogólnopolskiej (bądź co bądź) prasy, bo tekst zamieszczony paręnaście postów niżej („Na wsi bida…“) poszedł był w poprzednim numerze „Najwyższego Czasu!“. Nie wiem, co prawda, w jakiej formie, bo tego tygodnika ani w Warce, ani w Białobrzegach nie sposób kupić, widziałem tylko spis treści w necie.

Spostrzegawczość Lepszej Połowy mnie pozwoliła jej dostrzec, że kółko naszej taczki dziwnie się spłaszcza pod ciężarem wiezionego nią płynnego betonu. Po niedzielnym porannym obrządku pod wiatą dla koni wymontowałem zatem to kółko z naszej kupionej w Praktikerze, składanej 80-litrowej taczki. Faktycznie, kapeć! Chciałem napompować sprężarką druha mego serdecznego Radka, ale go nie zastałem akurat – a w poniedziałek rano, gdy z właściwą dla tego dnia tygodnia desperacką energią (por. „Poniedziałkowa deprecha“) rzuciłem się w wir remontów, po prostu druh mój serdeczny Radek jeszcze spał i nie odebrał telefonu. Pojechałem zatem na najbliższą stację benzynową, gdzie przy próbie napompowania (najpierw nieźle się razem z obługą namęczyliśmy, próbując dostać się do wentyla, bo dętka się pod oponą przesunęła), dętka i opona eksplodowały z wielkim hukiem. Od tej pory poszukuję dętki i opony, albo i całego kółka do taczki – w nietypowym, jak się okazało, rozmiarze, 350 – 6. Typówka to 400 – 8, a najbardziej ekstrawagancki rozmiar jaki się trafił nawet na bardzo dobrze zaopatrzonym targowisku w Białobrzegach, to było 400 – 6. W dodatku średnica śruby tworzącej oś kółka, to u mnie 13 mm, więc typowe kółko z otworkiem na śrubę 12 mm nie da się do naszej taczki założyć (chyba, żeby i śrubę wymienić i coś pokombinować z nakrętkami, żeby się nie bełtała..?). Jestem taki mądry, bo zwiedziłem WSZYSTKIE sklepy hardware’owe w okolicy oraz wszystkie stoiska z hardwarem na obu okolicznych targowiskach, tj. w Warce i w Białobrzegach. Nawet udało mi się nawiązać kontakt mailowy z Praktikerem w Radomiu, ale chyba nie mają takiego kółka w zapasie. Cóż: jutro jadę do Warszawy.

Oprócz kółka do taczki trzeba też kupić bakterie do oczyszczalni ścieków, odebrać od mego przyjaciela Grzesia korespondencję przychodzącą na mój warszawski adres zameldowania, czyli do niego do domu, którą pracowicie od września bodaj gromadził (czego może ode mnie chcieć Urząd Celny..? Już mnie przecież z kasy oskubali, zapłaciłem choć odgrażałem się, że odsiedzę – bo doszedłem do konstruktywnego wniosku, że zanim odsiedzę, komornik wejdzie mi na konto, a przez krótką chwilę nawet miałem na nim jakieś drobne pieniądze. Moje odwołanie odrzucili, skargi do NSA, nie mając środków na prawnika, nie składałem…), a także podpisać nową umowę na telefon i, jeśli czas pozwoli, spotkać się z panem Sylwestrem, któremu bardzo podoba się stawropolski Ak-Jusup. Wychodzi, że będę musiał pojechać samochodem.

Widząc śnieg, który zaczął u nas padać w poniedziałek, miałem ambitny plan uzupełnić co prędzej topniejący szybko zapas drewna. Niestety, w poniedziałek niewiele zdziałałem – łańcuch się stępił i rozciągnął, a najbliższy fachowiec w Warce zamknął podwoje już o 13.00! Również wczoraj nie napełniłem przyczepy po brzegi, zacząłem za późno – rano musieliśmy pojechać na targ do Warki, bo już nie było co jeść, a potem zadzwonił kurier wiozący nam kupiony okazyjnie na Allegro końwektor. Musiałem po niego pojechać do Białobrzegów, więc przy okazji zwiedziłem i tamtejsze sklepy i targ (ale tylko lizawkę dla koni przywiozłem). Końwektor działa i utrzymuje w chatce znośną temperaturę – ale siedzenie przed końputerem kiedy nie pali się w naszej kozie nie jest zbyt przyjemne. Będę więc kończył i o Wielkiej Ucieczce naszych koni w nocy z wtorku na środę opowiem innym razem. Acha! We wtorek przez cały dzień woziłem siano – 90 kostek tym razem. Dziś przywiozę też trochę słomy.

A białe łajno wciąż pada za oknem. Tyle już napadało, że nie udało mi się rano znaleźć miski kota zewnętrznego Murkisa. Koty musiały zatem jeść śniadanie po kolei – najpierw Murkis (w końcu jest kotem zewnętrznym), a potem Sylwestra. Która sadowiąc się na naszym kuchennym stole przy oknie dowiodła dobitnie, że końwektor naprawdę działa i tam właśnie jest w tej chwili najcieplej…

niedziela, 13 grudnia 2009

Dr Livingstone jak sądzę..?

Wczoraj na targu w Warce umówiliśmy się na zakup marchewki dla naszych koni. Już kilka razy kupowaliśmy tanio u tego samego sprzedawcy 10-kilowe worki drobnej, niekształtnej, ale bardzo dobrej marchwi. Smacznej, bo i sami jemy. Zresztą, inne warzywa też ma najlepsze i najtańsze. Zagadnięty od razu zgodził się sprzedać więcej po jeszcze niższej cenie. Sam, jak się okazało, karmi tą marchwią swoje konie. A jak tłumaczył, w jaki sposób do niego dojechać, to się okazało, że sołtys w swojej wsi i ma punkt wymiany butli gazowych. Czyli: trzyma konie, najpewniej sam uprawia przynajmniej część warzyw które sprzedaje, do tego handel na targowiskach, wymiana butli, no i jeszcze sołectwo – dzwonić po 20.00!

Nie jest to wcale przypadek odosobniony. Także i nasz sołtys rolę obrabia (no, dużo to on tej ziemi nie ma, ale też, w przeciwieństwie do druha mego serdecznego Radka, zdążył zebrać siano latem i nie musiał robić tego w grudniu..!), konie trzyma, a głównym jego zajęciem są prace ogólnobudowlane ze szczególnym naciskiem na ogrodzenia (nie do pojęcia, ile tu się ogrodzeń buduje! Fakt, że przebiłem wszystkich ogradzając na początek 4 hektary – a następne 10 muszę ogrodzić latem…) i hydraulikę. Wcześniej był zresztą mechanikiem samochodowym, sam od niego pożyczyłem do przewożenia piasku nader dowcipnie zrobioną przyczepkę, przerobioną ze starej, jednokonnej Westfalii.

Takich ludzi jak obaj sołtysi jest w każdej wsi kilku. Jak się sprowadzaliśmy, to nam z punktu zapowiedziano, że będę ósmym we wsi gospodarzem – a numer domu, ostatni na razie przyznany, mamy 75…

Dlaczego tak się dzieje? Jednym się chce chcieć, innym wcale..? Sprawa zresztą wcale się do osobliwości wiejskiego żywota nie ogranicza. Kiedy jeszcze pracowałem „na państwowym“, w firmie zatrudniającej 3000 luda przy realizacji każdego nowego projektu ciągle spotykałem te same 10 osób – i wcale nie dlatego, że te projekty były jeden do drugiego podobne, wręcz przeciwnie, za każdym razem delegowano ludzi reprezentujących wszystkie możliwe specjalności: i za każdym razem to byli ci sami delegaci.

Subiektywnie trudno to wytłumaczyć. Sądząc po tym, że siedzę w tej chwili w drewnianej chatce, którą w całości, nie rozkładaną, przywiozłem na moją ziemię na lawecie i palę w kozie, zamiast grzać się przy kaloryferach w mieście, to mam po prostu nierówno pod sufitem – niewątpliwie jednak, mnie się chce. Ale jak się chce i dlaczego, tego bynajmniej nie wiem. Mnie też delegowano do wszystkich możliwych projektów. Aż mnie to czasem irytowało, bo wiele z nich było najzupełniej bzdurnych. Mimo to, jakoś nie umiałem odmówić.

Robota głupich kocha..? Bo efekt, na pozór przynajmniej sądząc, koniec końców wcale nie jest lepszy niż skutki wysiłków o wiele mniej tytanicznych. Przecież ani nasz sołtys, taki robotny, wcale w luksusy nie opływa (nie mówiąc o Radku, o którego problemach już pisałem), ani nasz sprzedawca marchewki bynajmniej nie wygląda na milionera, a i sam w tej chwili raczej cienko przędę (tu ważna informacja dla potencjalnych pracodawców: ja naprawdę potrafię zastąpić 10 innych pracowników! Co z tego, że w państwowej firmie o bardzo złej opinii na rynku, w której miałem tylko „na chwilę“, przez parę miesięcy się przechować, utknąłem na długich 7 lat..? Dobrze mi szło, to utknąłem…). Tymczasem znam mendle i kopy indywiduów, które nie popchnięte kopem w tę część ciała, gdzie plecy tracą swą szlachetną nazwę, nie ruszą się z wyra – i jakoś wiedzie im się wcale nie gorzej. Niektórym nawet wręcz o wiele lepiej. Bez żadnego z ich strony widocznego wysiłku. Nawet nie można o nich powiedzieć, że to pomysłowe lenie, bo żaden z tych, których znam, ułatwiającego życie wynalazku nie dokonał. Ot, przeciętne miernoty, bez wyobraźni, bez energii i bez żadnej wizji, niezauważalnie zmierzające w dostatku i spokoju ducha na należne im miejsce na cmentarzu.

Mój przyjaciel Grześ, który zupełnie niesłusznie przedstawia się wszystkim jako leń (tak naprawdę, to jest on jednym z tych, którym się chce – a tylko przybrał taką pozę, brata – łaty i życiowej sieroty…) twierdzi, że sprytni mają gorzej, bo sami muszą się o siebie troszczyć – zaś o prostaczków Bóg dba i dlatego na niczym im nie zbywa. Może to i prawda (gdyby tak było, to sam Grześ z pewnością nie mógłby siebie do prostaczków Bożych zaliczyć, bo jednak aż tak dobrze to mu się nie wiedzie…). Jednak proporcja pomiędzy liczbą tych sprytnych, którzy sami muszą sobie poradzić i liczbą prostaczków Bożych, od nieustającego cudu zawisłych, wydaje mi się poważnym wystawianiem na próbę Opatrzności!

To już prościej przyjąć, że miernoty są po prostu pozytywnie selekcjonowane. W końcu: nie sprawiają zwykle większych kłopotów, posłusznie potakują zwierzchnikom, jeśli nawet zdarzy im się coś przeskrobać, to z braku wyobraźni ich przestępstwo będzie tak samo mierne jak i wszystkie inne ich dokonania, wielkiej szkody zatem nie narobią. Że trzeba nad nimi nieustannie czuwać i do aktywności zachęcać..? Miałem przez chwilę, już na wylocie z tej „państwowej posady“, taką szefową, która uwielbiała wnikać w najdrobniejsze szczegóły wszystkiego, co tylko jej podwładni mieli do zrobienia i na każdym kroku ich kontrolować, pilnie bacząc, żeby sami pół kroku nie zrobili. Jeśli ja mam nierówno pod sufitem, to jej przypadek jest chyba jednak dużo cięższy – było to absolutnie nie do wytrzymania! A miernoty..? Miernoty mają się w takim systemie doskonale – w końcu, za nic nie muszą odpowiadać. Nie tylko pod władzą szefa – psychopaty. Pod każdą władzą.

Na wsi tak dobrze nie ma. Każdy, kto ma kawałek ziemi sam jest sobie panem (jak wiadomo, szlachcić na zagrodzie, równy wojewodzie) i, niezależnie od najlepszych wysiłków kolejnych okupujących nas reżimów, do całkowitego uzależnienia od władzy udało się doprowadzić tylko wiejski margines społeczny – takich, co nie oddalają się bardziej niż 20 kroków od lokalnego piwopoju. Ci, skutecznie zasiłkami, rentami i dopłatami znieczuleni, nie zrobią już niczego ani z własnej inicjatywy, ani pod przymusem (bo od razu zepsują!). Właśnie dlatego najtrudniej tu o niewykwalifikowanych robotników do prostych prac na roli czy przy budowie. Większość po prostu pracuje w mieście, gdzie łatwiej przetrwać nie ruszając głową. Pozostaje tych kilku, takich jak nasz sołtys i drugi sołtys – sprzedawca marchewek, czy druh mój serdeczny Radek, którzy dźwigają brzemię białego człowieka wśród biernej masy ciemnych jak tabaka w rogu „mieszkańców wsi“. Spotkać takiego człowieka na targu w Warce to prawie jak odnaleźć dr Livingstone’a w afrykańskiej głuszy. O tyle łatwiej, że starczy poszukać, na którym domu wisi tabliczka „sołtys“ obok „wymiany butli“, no i Pigmeje jeszcze nie strzelają zatrutymi strzałami po krzakach (bo pewnie za zimno!). Ale wszystko przed nami! Jeszcze dwa, trzy dziesięciolecia promującego miernotę systemu, klimat trochę się ociepli, to i Pigmeje z krzaków wylezą…

piątek, 11 grudnia 2009

Proza życia

Proza życia składa się z drobiazgów. Niektóre panny młode twierdzą wręcz, że życie samo składa się z drobiazgów – ale to tylko taka propaganda, żeby przyspieszyć konieczną adaptację Wolnego Łowcy do roli Domowego Kapciuszka. Ponieważ jednak tak, czy inaczej, przez większość życia mówimy prozą, czy wiemy o tym, czy nie – proza życia na pewno nie jest rzeczą małą, czy jest rzeczą łatwą czy nie, to już zależy, bodaj czy nie najbardziej od nastawienia...

Prześlizgnąłem się wczoraj nad drobiazgami zmęczony i utulony już do snu przez naszą kozę, a tymczasem drobiazgi te jednak pewnej wzmianki są warte. Choćby dlatego, że jakaś nauka odnośnie życia na wsi się w nich kryje. Będzie więc o drobiazgach. I krótko: skoro tylko się rozwidni, trzeba się brać za szpadel!

Dzień wczorajszy udało się nam niemal w całości zmarnować. Oczywiście musiałem pomylić przychodnie w Kozienicach i zamiast tam, gdzie potrzeba, czyli do alergologa umówiłem Lepszą Połowę mnie do tej samej pani doktor, ale w innej przychodni, gdzie pani doktor przyjmuje jako pediatra (teolodzy tyle wieków zgłębiali tajemnicę Trójcy Świętej, bez żadnych widocznych efektów zresztą, a NFZ potrafi multiplikację osób substancjalnie współistotnych jednym pociągnięciem myszki na ekranie spowodować na skalę masową!). W innych godzinach. Przy czym pojechaliśmy oczywiście do właściwej przychodni, na wejściu zapłaciliśmy za wizytę i dopiero potem zaczęliśmy się pytać, gdzie jest pani doktor (pani z rejestracji też dobra, dobrze wiedząc, że jeszcze dwie godziny pani doktor nie będzie, od razu wysłała nas pod jej gabinet!). Nie było już zatem sensu umawiać się na inny dzień, trzeba było jeszcze raz obrócić. Potem spisaliśmy wszystkie telefony i godziny dyżurów, ale nie mam wątpliwości: przez te dwa czy trzy miesiące do następnej wizyty na pewno zdołamy wszystko to zgubić i zapomnieć i historia się powtórzy. Na studiach, jak musiałem się raz do roku meldować w stołecznej WKU, to za każdym razem poszukiwania właściwego gmachu (niełatwe, bo jak to w wojsku, oznaczenia miały mylić przeciwnika…) zaczynałem od zera, nic nie pamiętając z roku poprzedniego. A przez te naście lat moja skleroza na pewno poczyniła postępy.

Do rzeczy jednak, miało być krótko! Obróciliśmy zatem wczoraj do Kozienic dwa razy, za każdym razem gnając na złamanie karku powodowani strachem o los naszych ślicznotek (i Glusia oczywiście też). Lepsza Połowa mnie niestety nie ma prawa jazdy, a co gorsza, nie potrafi prowadzić pojazdu mechanicznego, musimy zatem wyjeżdżać oboje i nikt tu wtedy nie zostaje, co zawsze jest stresujące. Konie dostały w rezultacie dwa razy siana i jak wróciliśmy za drugim razem, spóźnieni zresztą o pół godziny z wydawaniem im obiadu, leżały w tak malowniczych pozach jak w poście poniżej.

Już same wyjazdy do Kozienic w zasadzie wyczerpały ten krótki okres jasnego dnia, jaki mamy do dyspozycji o tej porze roku. Tego jednak było widać za mało!

[Tu nastąpiła przerwa w opowieści. Usłyszałem za ścianą naszej chatki tupot kopyt. Oczywiście: Maleństwo zeszło na złą drogę, posilając się poza ogrodzeniem! Nie udało mi się nawet znaleźć miejsca, którędy wyszła… Zaprawdę, gdyby ktoś zechciał zasponsorować jej pobyt na Służewcu i start w najbliższej gonitwie w Pardubicach, w czerwcu, oddam pewną chyba w takiej sytuacji wygraną i uwiecznię nazwisko w druku..! Maleństwo nas wykończy tymi ucieczkami. Inna sprawa, że przynajmniej jest kochana i łatwo daje się złapać, nie to co towarzysząca jej czasem (gdy dziura w ogrodzeniu powstała na skutek rozciągania pastucha przez Maleństwo zrobi się większa) Buba…]

Zanim jeszcze wyjechaliśmy do Kozienic i zanim Lepsza Połowa mnie zdołała wziąć prysznic (ja już byłem po porannym karmieniu koni, porannej kawce i porannej sesji z internetem, a także po porannym lonżowaniu Osman Guli i właśnie oddawałem się, z niejakim pośpiechem, porannemu sprzątaniu pod wiatą…), który w tej sytuacji stał się już nie letnim, a wprost – zimnym prysznicem – zgasło światło. Ponieważ było już widno, to nie było widać, czy tylko u nas, czy w całej wsi, ale bezpieczniki w domu były OK.

Kiedy wróciliśmy z pierwszej wycieczki, prądu dalej nie było. Kopnąłem się te pół kilometra do słupa sprawdzić, jak tam nasz główny bezpiecznik, ale też był w porządku. Zadzwoniłem więc na pogotowie energetyczne. Jak się okazało, we wsi wymieniano oświetlenie uliczne… Cóż: siła wyższa! Faktycznie, widać teraz, że wymieniono – i to na takie samo, jak ja mam przytwierdzone z boku naszej chatki. Oczywiście, nas to nie dotyczy o tyle, że do wioskowej ulicy mamy prawie kilometr, więc czy tam coś świeci, czy nie świeci, to służy tylko szybkiej informacji, czy ewentualna awaria ma charakter indywidualny, czy społeczny. Takoż fakt, że całe to oświetlenie chodzi na tym samym obwodzie co cała reszta i trzeba prąd w całej wsi wyłączać, żeby wymienić kilka lamp, bynajmniej nie jest pocieszający… Jaka zaś z tego płynie dla Szanownego Czytelnika niniejszego bloga nauka w sprawie życia wsi? Otóż, trzeba koniecznie czytać ogłoszenia, jakie wiszą na tablicy sołtysa! Koniecznie! Bo ja tę betoniarkę to miałem wczoraj od sołtysa właśnie pożyczyć, a on nie pamiętał, że prądu nie będzie i że nic z tą betoniarką (nawet, gdybym nie jeździł dwa razy do Kozienic), nie zdziałam…

czwartek, 10 grudnia 2009

Remanent nr 2

Mógłbym napisać, że największym osiągnięciem ostatnich kilku dni było ponowne zapięcie puślisk do kulbaki, które wypiąłem w niedzielę na nieszczęsną jazdę Jakuba, ze skutkiem opisanym w poprzednim poście. Z braku automatu, w kulbace jest to trochę bardziej skomplikowane niż w siodle. Jednak, mimo wszystko, takie podsumowanie czterech minionych dni byłoby trochę niesprawiedliwe.

Przyszły zimowy padok jest już wyrównany, wytyczony, a większość dołków pod słupki, wykopana. Rano mam pojechać po przyczepkę, betoniarkę, młot i słupki. Najpewniej nie uda się nam skończyć jutro, ale w sobotę, jeśli pogoda nie będzie drastycznie zła, jest to możliwe. Potem, oczywiście, trzeba jeszcze będzie pospawać poprzeczki, więc o zakończeniu całej pracy wcześniej niż w przyszłym tygodniu mowy nie ma, ale jest to już przynajmniej wyobrażalne.

Równie wysoko można by cenić fakt, że udało mi się wreszcie (nie bez przeszkód) zawieźć Lepszą Połowę mnie do pani doktor i zrealizować receptę na leki niwelujące skutki jej alergii na kocią sierść. Co jest nie bez znaczenia w sytuacji, gdy oprócz naszej domowej Sylwestry na co dzień alergizuje ją także przydomowy Murkis J.

Tak samo nieoceniony jest fakt, że zdobyłem pierwszy dowód na istnienie czytelników tego bloga: jeszcze raz bardzo dziękuję pani Hannie za propozycję pomocy. Jeśliby miałoby być bardzo źle z naszymi końmi, nie będę się wstydził poprosić. Na razie poratowali nas rodzice Lepszej Połowy mnie, dzięki czemu najpewniej przetrwamy święta.


Pomniejszych sukcesów było trochę, ale jestem zbyt zmęczony, żeby się nad nimi rozwodzić dłużej. Wszystko to zresztą nie ma znaczenia. Jak wiele innych marności tego świata. Zwłaszcza wobec (też zresztą ulotnego jak puch) uroku takich chwil jak ta, uwieczniona na zdjęciach…
  
W kolejności (od prawej, leżą): Margire, zwana także Małą lub Maleństwem, Osman Guli częściej zwana Bubą, Bubcią, Bubusiem, Bubuszem, ostatnio: Bubulencją oraz Melesugun powszechnie znana jako Ziółko albo Królewna (Śpiąca: regularnie przesypia pory posiłków, a że MUSI dostać owies jako druga, zaraz po Szefowej, to wszyscy na nią czekają…). W tle stoi Dalia wlkp, czasami, ale to bardzo rzadko, zwana jeszcze Kwiatuszkiem, szefowa całej ekipy… Na żadnym ze zdjęć nie ma Glusia, ale nasz weteran – emeryt po prostu cały czas chodził za strzelającą fotki Lepszą Połową mnie – więc nie zmieścił się w kadrze.









































niedziela, 6 grudnia 2009

Odpływamy!

Wieczorami nasza chatka przypomina parostatek: odkąd przedłużyłem komin naszej kozy, sterczy on dumnie w postaci przerdzewiałej żelaznej rury, wystając ponad kalenicę. Kiedy w naszej kozie rozpali się ogień, z rury buchają kłęby białego dymu. Drewno mamy dość mokre: z konieczności najpierw pali się tym, co leży na wierzchu, a na wierzchu leży ostatnio narąbane, więc najmniej wysuszone. Efekt jest największy, gdy wokół zalega mgła, co wieczorami zdaża się bardzo często.

Nasza poprzednia kwatera w bloku, w Warszawie, przypominała mi przedział Orient Expresu. Nie dlatego, że taka luksusowa, tylko dlatego, że taka była ciasna. Więc przenieśliśmy się z pociągu na parostatek, co prawda większy raptem o 4 czy 5 m2 (ale wydaje się o wiele pojemniejszy z powodu braku ścianek działowych w środku; jak na razie nawet łazienkę mamy w ramach ogólnej przestrzeni, tylko szafa i suszące się ręczniki oddzielają ją od reszty; jest także o wiele mniej zagracony dzięki posiadaniu strychu). Parostatek jest też, w przeciwieństwie do przedziału Orient Expresu, cały nasz, ze wszystkimi swoimi niedostatkami, za które nikt oprócz mnie nie odpowiada: zaczynając od tego, że stoi niezupełnie w tym miejscu, gdzie chciałem go postawić, bo nie udało mi się wyhamować z 9-metrową lawetą, którą tu go przywiozłem, mamy więc w rezultacie ciemną kuchnię (ale przynajmniej już w niej nie wieje: załatałem pianką, papą i gipsem dziurę w ścianie, przez którą wprowadzony został do środka kabel elektryczny), a kończąc na zbyt słabym ogrzewaczu przepływowym wody i brakach w zimowej garderobie, która w mieście nie była nam tak potrzebna. Dokąd nim odpłyniemy..?

To jest właśnie największa zagadka. Mimo wszystko nie umiem się pozbyć optymizmu, jeśli idzie o dalszą trochę przyszłość. Ostatecznie, koniec końców na pewno znajdę jakiś sposób zarabiania pieniędzy. Mam w końcu dwie ręce (no, lewa trochę mi niedomaga przez ten przyszyty i krzywo zrośnięty palec…) a skóra dłoni tak mi już zgrubiała, że nie potrzebuję rękawiczek do pracy. Kobyły kiedyś wreszcie dadzą się zaźrebić (te dwie kwestie w miarę, jak milowymi krokami zbliża się początek sezonu rozpłodowego stają się dość palące… Już za dwa miesiące powinniśmy je wieźć do jakiegoś przystojniaka, a tu nie ma kasy nawet na podróż i przyczepa wymaga co najmniej wizyty u mechanika). Prawie na pewno zbudujemy piękną stajnię, używając do tego m.in. koparki, którą z pewnością uda mi się naprawić, a od zagospodarowania całej reszty naszych niedawnych nieużytków, dzielą nas dosłownie trzy kroki: 10 ha po drugiej stronie drogi trzeba tylko jeszcze raz skosić, nawieźć i ogrodzić…

Natomiast jak my sobie poradzimy w Święta, to nie mam pojęcia! Pieniądze skończą się nam tuż przed Bożym Narodzeniem jak sądzę, za niecałe trzy tygodnie. Prawdziwy kryzys zaś dopadnie nas 5 stycznia, jak nie będę miał z czego zapłacić raty kredytu. Tutaj nawet ewentualna pomoc Przyjaciół czy kolejna zaliczka z „KT“ niewiele pomogą, za duża to suma. Nawet gdyby miała się powieźć szalona akcja szukania pracy na lotnisku jakimkolwiek, to przecież nie wcześniej, niż po Nowym Roku… Jak pisał Wieszcz: jakoś to będzie!

Tak naprawdę, liczy się to, że nasz parostatek ciągle utrzymuje się na powierzchni. Kurs wytyczają mu co prawda zmieniające się jak w kalejdoskopie miraże i złudzenia (jak choćby miraż sprzedaży telewizorów, który zakończył się 5 tygodni temu), ale podróż trwa już cztery miesiące (bodaj jutro będzie rocznica), jedną trzecią roku i co dnia mamy jakiś drobny w tej podróży sukces. Np. wczoraj nie tylko przewiesiłem się, ale i wsiadłem na Osman Guli. Kobyła była podobnoż zdziwiona do niemożliwości, ale zachowała spokój. Nawet, mam takie wrażenie, że zareagowała na mój dosiad, gdyśmy ją zatrzymywali.

Tak na marginesie, dziwnie brzmią narzekania na niedostatek i brak pracy, gdy jednocześnie codziennie oddaję się bardzo kosztownemu na ogół i elitarnemu hobby, prawda? Wg obśmianego kilka postów niżej „Narodowego Programu Rozwoju Hodowli Koni i Jeździectwa“ napisanego przez PZHK, sport ten uprawie w Polsce 0,3% populacji. Jeden na 300 w przybliżeniu. Nigdy nie myślałem, że aż tak nas jest mało! Mniej, zdaje się nawet, niż zboczeńców różnych maści, urodzonych zabójców z podwójnym chromosomem Y, polityków i milionerów. Zwykle przyjmuje się, że normalne odchylenie od średniej statystycznej obejmuje 7% populacji w każdą stronę. Jest więc 7% ponadprzeciętnie inteligentnych, 7% debili i 86% średniaków.Można to też postrzegać w ten sposób, że jeśli jakaś cecha, pogląd lub zachowanie uchodzi za ekscentryczne, to 93% populacji takiej cechy nie posiada, poglądu nie podziela, a zachowania nie praktykuje. W tej sytuacji, uprawianie jeździectwa (wcale nie wyczynowe bo, jak rozumiem, tam chodziło o wszystkich, którzy w ogóle dupy w siodłach tłuką…) przez 0,3% ludności zaledwie, podczas gdy dla 99,7% Polaków istnienie lub nie istnienie gatunku equus caballus jest najzupełniej obojętne, to już nawet nie jest margines, ani ekscentryzm. To całkowicie pomijalna przypadłość! I właśnie w kategoriach przypadłości należy to rozpatrywać. Jeździliśmy konno, gdy nie bardzo było nas na to stać, a pierwszego konia kupiłem za pożyczone pieniądze.

Podobieństwo naszej chatki do parostatku nie tylko na buchającym z komina dymie się zasadza. Wieczorami nasza koza dosłownie kołysze nas do snu jak łagodna fala w bezpiecznym porcie (tylko bez ryzyka choroby morskiej). Robi się ciepło, jesteśmy syci i zmęczeni po pracy, a oczy same się zamykają. Dr Batog twierdzi, że koza wysysa nam tlen z chaty. Może to i prawda? Gdyby nie konieczność dania koniom kolacji, a potem jeszcze siana (odkąd, za radą Starszych i Mądrzejszych, zrobiliśmy porządek pod wiatą, konie nie karmią się już sianem same, tylko trzeba im je dozować, a żeby starczyło na noc, ostatnią kostkę dobrze jest dać nie wcześniej, niż ok. 21.00, a najlepiej po 22.00, ale tak późnej pory rzadko zdarza mi się doczekać – dawać na zapas trudno, bo zadepczą; ewentualny paśnik to raczej kwestia tej odleglejszej przyszłości…), od razu kładłbym się spać.

Niewątpliwie, gdy nadejdą mrozy, trzeba będzie palić przez cały dzień. Już w tej chwili, a siedzę przed komputerem niespełna godzinę, czuć wyraźną różnicę – robi się zimniej, niż było godzinę temu i właściwie to nie miałbym nic przeciwko temu, żeby rozpalić ogień. Tymczasem jednak, zaczyna się rozwidniać i nim to zrobię najpierw przebiegnę trochę Wielkiego Strasznego Zwierza, posprzątam pod wiatą, ok. 12.00 powinien zjawić się Jakub na lekcję jazdy, a dobrze by też było, nim damy jej kilka dni przerwy, pójść jeszcze i dziś za ciosem i wsiąść też na Osman Guli. Kiedy się coś robi zresztą, chłód nie dokucza. Natomiast skutkiem będzie pewnie kolejny zgon popołudniu. Bity się nam transferują powoli i kapryśnie i chyba jednak nie ma to nic wspólnego z limitem ilości przesłanych danych. Tak, czy inaczej: odpływamy!



P.S.
Tekst powyższy został ukończony trochę po 7.00 tylko nie udało mi się go opublikować z braku łączności z netem. Potem objechałem Wielkiego Strasznego Zwierza, posprzątałem pod wiatą, dwa razy sprowadziłem ze złej drogi Maleństwo, które oczywiście przeszło przez ogrodzenie i kiedy robiłem to po raz drugi, przyjechał Jakub. Wsadziłem go na Wielkiego Strasznego Zwierza, który powinien był być spokojny po łagodnej, tonizującej jeździe rankiem – i ganiałem na lonży w kłusie, bez strzemion, żeby chłopak złapał równowagę, a nie nauczył się, że cała sztuka jazdy konnej ogranicza się do anglezowania, jak to się zwykle robi w szkółkach. Dobrze mu szło, dopóki nie kazałem mu wziąć wodzy w jedną rękę, a drugiej podnieść do góry – Wielki Straszny Zwierz ruszył galopem. Moja wina, że nie dostrzegając zrazu związku między tymi faktami, potwórzyłem ćwiczenie też i na drugą sprawę, no i chłopak, gdy zagalopowała na prawą nogę, spadł, a ona go jeszcze przydeptała. Chyba przestraszyłem się bardziej od niego, na szczęście nie wygląda, żeby coś mu się stało. Ciekawe, jak to wpłynie na nasze relacje ze wsią..? No i, oczywiście, cały misterny plan dnia wziął w łeb. Wsiadłem potem jeszcze raz na Dalię (po raz pierwszy, odkąd ją kupiłem wiele już lat temu, była trzeci raz z padoku zabierana jednego dnia!) i sam w kłusie bez strzemion machałem jej nad głową ręką i palcatem – nawet uszami nie zastrzygła. Cwana bestyja. Tak, czy inaczej muszę poćwiczyć i (samemu) jazdę bez strzemion i chyba też lonżowanie Zwierza..?
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...