niedziela, 29 listopada 2009

I tylko koni żal…

O akcji "SOS dla Stad" słów kilka


Już pisałem na łamach "Końskiego Targu", że stada ogierów (Landgestüte) to anachronizm. Instytucja ta została wymyślona w XVIII-wiecznych Prusach po to, aby w tzw. „hodowli terenowej“ produkować tysiące, dziesiątki i setki tysięcy wystandaryzowanych pod względem pokroju, typu i wzrostu koni dla pruskich taborów, artylerii i dla szeregowych kawalerzystów. Aby szerzyć pomnożoną do niebotycznych ilości przeciętność. Stada ogierów są przeciwieństwem hodowli elitarnej, nigdy nie miały służyć hodowli elitarnej i nigdy i nigdzie celem ich istnienia nie było hodowanie możliwie jak najlepszych koni. Do tego celu służyły stadniny koni (Hauptgestüte).

Stada ogierów straciły rację bytu ok. 60 lat temu. Odkąd przestały być potrzebne masy identycznych, przeciętnych koni dla taborów, artylerii, szeregowych kawalerzystów, transportu i rolnictwa. Wróć..! Jest jedna, jedyna gałąź hodowli, gdzie istotnie, w dalszym ciągu liczy się masowa, a wystandaryzowana produkcja końskiego materiału. Jest to hodowla mięsna. Skoro zatem PZHK tak mocno angażuje się w obronę tego utrzymywanego z pieniędzy podatników skansenu który nikomu, poza hodowcami koni mięsnych, nie jest już do niczego potrzebny, to proponowałbym wprowadzić do nazwy i statutu Związku drobną korektę. Korektę nazwy. Polski Związek Hodowców Koni (Mięsnych), w skrócie PZHK(M) – tak to powinno brzmieć, a od razu byłoby wiadomo z czym mamy do czynienia…

Dość złośliwości. Spróbujmy się wczuć w sposób myślenia autorów akcji „SOS dla Stad“. Oczywiście – Szacowne Gremium związkowo – dyrektorsko – hodowlane zrośnięte jest ze stadami ogierów także i tą częścią ciała (o ile można w ten sposób pisać o ciele zbiorowym..?), od której położenia zależy, jak wiadomo, punkt widzenia całości. Nic więc dziwnego, że będzie bronić tej instytucji do ostatniej kropli krwi. Naszej, bo wysączonej, za pośrednictwem budżetu, z żył podatników. To nie złośliwość, to obiektywna diagnoza.

Z tego punktu widzenia ani likwidacja, ani (tym bardziej!) prywatyzacja stad nie wchodzi w grę. To są w ogóle brzydkie słowa, w Szacownym Gremium budzące odrazę i zgorszenie. Jeśli więc ktokolwiek z członków Szacownego Gremium, przypadkiem i niechcący je tutaj przeczytał, to sumituję się pokornie i przepraszam – użyłem ich, bo jednak, poza Szacownym Gremium, słowa te bynajmniej tak wielkiej odrazy nie budzą. Nie wątpię, że jest to dla Szacownego Gremium niezrozumiałe, a nawet oburzające, ale cóż… Taki jest ten świat!

Skoro nie likwidacja i nie prywatyzacja, to co..? Kroplówka w postaci „pożyczki właścicielskiej“. Co dalej..? Ano, nie bardzo wiadomo… Bo w to, żeby nagle stada ogierów zaczęły służyć masowej produkcji elitarnych koni sportowych (jak hodowla elitarna może być masowa?) – nie uwierzę! Tej sprawie zapewne o wiele uważniej i kompetentniej przyjży się w "KT" pan Jacek Fedorski. Tu chciałbym tylko nadmienić, że moim zdaniem, kopiowanie systemu niemieckiego w warunkach polskich to kosztowne, ruinujące wręcz, nieporozumienie.

Najpierw bowiem, zanim się zacznie na szerszą skalę produkować sportowe konie, powinien być na nie w ogóle jakiś popyt. Czy w Polsce jest popyt na konie sportowe? Takie za 50 czy nawet 100 tysięcy euro – najmniej? Wolne żarty! Tych kilku, czy kilkunastu zawodowców, którym takie konie są niezbędne, może je spokojnie kupić zagranicą. Będzie to z pewnością tańsze, niż utrzymywanie specjalnie dla nich całego, państwowego systemu hodowli koni. Który poza tym, będzie musiał sprzedawać swoje produkty za 5 do 10 tysięcy złotych, bo takie są w Polsce ceny na obiecujące konie do „małego sportu“, jaki się w naszym biednym kraju uprawia. Konie do rekreacji nie powinny kosztować więcej niż 2, góra 3 tysiące… Z tego punktu widzenia szacunki, zawarte w opracowanym przez autorów akcji "Narodowym Programie Rozwoju Hodowli Koni i Jeździectwa Polski" są śmieszne!

Eksport? Ha, ha, ha! To są, niestety, naczynia połączone. O czym zresztą autorzy akcji dobrze wiedzą. Jeśli nie będzie doskonałych, polskich zawodników, wygrywających (wygrywających! Nie, „zbierających doświadczenia“, czy „jadących się pokazać“, bo na takich nikt nie zwraca w ogóle uwagi…) prestiżowe, międzynarodowe zawody na polskich koniach – to nikt na świecie tychże polskich koni kupować nie zechce.

Co więc robić, skoro nie likwidować i nie prywatyzować..? No cóż, trzeba sobie jasno powiedzieć, że stada ogierów jako instytucja są niepotrzebne w Polsce. Stadniny koni zresztą też są niepotrzebne, a fakt, że niektóre z nich trochę lepiej radzą sobie finansowo, to po części przypadek, wynikający z faktu, że na ogół dysponują też innym majątkiem produkcyjnym niż tylko „koński“, po części zaś, efekt spekulacyjnego popytu na polskie araby. Ani stada ogierów, ani stadniny koni nie są już, w 20 lat po rozpoczęciu transformacji ustrojowej, żadnym tam „kagankiem oświaty“, dzięki któremu prywatni hodowcy i użytkownicy koni mogliby się dowiedzieć, gdzie koń ma głowę, a gdzie zad i co trzeba zrobić, żeby na konia wsiąść i pojechać do przodu. Wręcz przeciwnie: to państwowa hodowla jest zacofana, często (głównie z powodu niedoinwestowania i braku środków na utrzymanie należytej liczby personelu) prymitywna i grzesząca różnymi wobec dobrostanu zwierząt wykroczeniami. Własnego wielkopolskiego odsadka umieściłem ongiś w bankrutującej SK Stubno po to, żeby się chłopak w trudnych warunkach zahartował – a nie, żeby go tam pieścili. Co zresztą w pełni się powiodło.

No dobrze, niepotrzebne – ale ani likwidować, ani prywatyzować, ani guzika nie oddamy! Skoro tak, to już jedyne co można zrobić, to przestać patrzeć na tę masę majątkową jako na „system hodowli koni“. To nie jest żaden system, bo raz że nie działa, a dwa, że gdyby nawet działał, to byłby doskonale zbędny. Jest to po prostu masa majątkowa, złożona z działek gruntowych, obiektów – często zabytkowych i często w złym stanie – z dodatkiem pewnej liczby koni, które na razie wyglądają na trochę w tym wszystkim zagubione.

Co zrobić, żeby tę masę majątkową zachować, utrzymać w dobrym stanie i doczekać czasów, gdy jakiś system hodowli koni w Polsce może okazać się potrzebny? Czyli – co zrobić, żeby przetrwać jeszcze 20 lat, nie likwidując i nie prywatyzując..? Ciężko będzie, oj ciężko!

Wydaje mi się, że absolutnie pierwszym i podstawowym krokiem, jaki trzeba wykonać, to dać spokój rozróżnieniu na „stadniny koni“ i „stada ogierów“. Poza, oczywiście, hodowlą koni mięsnych, gdzie jeden taki zakład, dysponujący gęstą siecią punktów kopulacyjnych (po jednym w każdym powiecie..? Albo chociaż jednym na dwa – trzy powiaty…), z bankiem nasienia i łatwym dostępem do inseminacji (dokładnie tak, jak w podziwianych przez Szacowne Gremium Niemczech), miałby wszelkie szanse na duży, ekonomiczny sukces!

Co do reszty, to powinna się utrzymywać ze wszystkiego, tylko nie z produkcji koni – bo z tego się na pewno nie utrzyma i jeśli ma to robić, to jako dodatek, służący jej podstawowemu celowi, którym to celem jest oczywiście utrzymanie Szacownego Gremium zwiąkowo – dyrektorsko – hodowlanego, a przy okazji: stopniowe budowanie popytu na konie w Polsce. O tym, jak taki popyt budować, pisałem już również w "KT" (por. „Po co hodować konie?“), licząc na jakiś odzew ze strony już tam niemiłosiernie spostponowanego Szacownego Gremium, oczywiście bez rezultatów (Szacowne Gremium nie byłoby Szacownym Gremium, gdyby zwracało uwagę na wypociny jakiegoś nikomu nie znanego leszcza, jak ja – dzięki czemu zresztą, czuję się bezkarny i tym razem…).

Z czego zatem mogłoby się Szacowne Gremium związkowo – dyrektorsko – hodowlane utrzymywać przez pozostałe 20 lat błądzenia po pustyni, nim wreszcie dojdziemy do Ziemi Obiecanej szerokiego na dobre i drogie konie w Polsce popytu, nie likwidując niczego i nie prywatyzując..? Cóż, podstawową cechą Szacownego Gremium jest brak wyobraźni. Ponieważ ja wyobraźni mam w nadmiarze, to podrzucam, całkowicie za darmo, kilka pomysłów.

Jakiś psychopata chwali się od pewnego czasu w telewizji, że Unia przyznała dotację na tworzenie sieci ścieżek rowerowych wzdłuż polskiej Ściany Wschodniej. Jest to wyjątkowo głupia przechwałka, bo wygląda na kpinę z ludzi, których nie stać na samochody. Dzięki tej głupiej przechwałce wiadomo jednak wszem i wobec, że Unia daje pieniądze na takie bzdury. Skoro tak, to czemu nie aplikować o grubą dotację na utworzenie sieci szlaków konnych, łączących wszystkie – wszak położone w najbardziej malowniczych zakątkach kraju – stadniny i stada koni? Oczywiście, trzeba by, z konieczności, wejść w kooperację z tak pogardzanym przez Szacowne Gremium sektorem prywatnym, bo nie jest tak, że te stadniny i stada leżą o jeden dzień jazdy wierzchem jedno od drugiego, ale i tak, kasa do skonsumowania by była (co by się potem z tymi szlakami działo, o to już mniejsza…).

Obiekty stad i stadnin są w złym stanie? To na początek trzeba je promować wśród turystów – zwolenników survivalu, których wcale nie jest tak mało. W końcu wycieczka po ruinach polskich stad i stadnin koni byłaby z pewnością tańsza, bezpieczniejsza i łatwiej dostępna, niż wyprawa na Ałtaj, na stepy Mongolii czy do Iranu. A są turyści, którzy jeżdżą na konne obozy na Ałtaju, w stepach Mongolii czy w górach Iranu i do Polski też by przyjechali. Trzeba by tylko tę ofertę promować i sprzedawać w sposób scentralizowany, bo tak taniej będzie i skuteczniej (i już wiemy, po co nam sieć szlaków konnych!). Przez jedno biuro podróży.

Przy tym, również występując en bloc, można by zapewne dotacje na remonty i konserwację tych obiektów skuteczniej i w większej kwocie wyszarpnąć. Nie wspominając o tym, że i kredyt pod zastaw większego majątku, większy wziąć można i przeputać…, tj. przepraszam: zainwestować!

Przy każdej „folbluciej“ stadninie powinien być tor wyścigowy (ileż to roboty, zrobić tor wyścigowy, kiedy się ma pod dostatkiem terenu? Trybuny można wypożyczać, gdy są potrzebne!) i przynajmniej jeden dzień wyścigowy w roku (takie „święto stadniny“, szeroko reklamowane i otwarte dla mas zwiedzających) – myślę, że Totalizatorowi nie sprawiłoby to kłopotu. Po to, żeby w szerokich masach publiczności „żyłkę hazardową“ obudzić i konie, które dla większości Polaków są zwierzętami egzotycznymi i na co dzień nie spotykanymi – pokazać. Nawet, o zgrozo – dać dotknąć! Podobne święta, tylko np. z zawodami ujeżdżeniowymi, skokowymi i zaprzęgowymi zamiast wyścigów, w każdym stadzie i stadninie przynajmniej raz do roku powinny się odbywać. I na pewno można by dostać dotację na ich organizację i promocję! Choćby jako fragment promocji regionu.

Przy każdym stadzie i stadninie powinna działać szkółka jeździecka. Że co, że trzeba w tym celu zatrudnić instruktora, a to kosztuje i nie przynosi żadnych doraźnych korzyści, bo ten instruktor nawet na swoją pensję jazdami dla dzieci nie zarobi? No trudno – albo się chce mieć popyt na konie za 20 lat, albo się tego popytu na konie za 20 lat mieć nie chce… Zresztą, skoro prywatna szkółka jeździecka „Agmaja“ na warszawskim Żoliborzu potrafiła dogadać się z lokalnym samorządem i dostać pieniądze na refundację kosztów nauki jazdy konnej dla niezamożnych mieszkańców dzielnicy, to dlaczego stada i stadniny nie dogadają się z lokalnymi samorządami i szkołami (rady rodziców w szkołach fundują dzieciom dodatkowe zajęcia!), które mogłyby koszt działania takich szkółek, ku ogólnej satysfakcji, choć w części ponosić? To by przecież i promocja była, i zdrowie…

Gdzieś w kraju, gdzie obiekty są we w miarę dobrym stanie, warto by centralną szkołę instruktorów i berajtrów otworzyć. Że nie ma na to pieniędzy? Podobno Ministerstwo Sportu ma teraz mieć większe wpływy z jednorękich bandytów, to mogłoby groszem sypnąć. Zresztą, ukończenie takiej szkoły dawałoby dostęp do wcale popłatnej pracy zagranicą, więc dlaczego uczniowie nie mieliby płacić czesnego?

Wobec niskich, jednostkowych kosztów wychowu źrebiąt, wiele stadnin mogłoby się wyspecjalizować w odchowywaniu koni na koszt i na zlecenie zagraniczych hodowców. W ten sposób skurczyłaby się „hodowla krajowa“, ale cały ten system miałby stały, pewny, comiesięczny zastrzyk pieniędzy – i, co najważniejsze, miałby w ten sposób motywację i środki na to, aby utrzymywać stajennych, koniuszych, stajnie, padoki i pastwiska.

Przechodząc do puenty. Skoro Szacowne Gremium związkowo – dyrektorsko – hodowlane nie chce likwidować ani prywatyzować, to niech samo weźmie odpowiedzialność za cały ten bałagan! Myślę, że wykorzystując społeczne poparcie, jakie dla nieszczęsnych stad akcja „SOS dla Stad“ zmobilizowała, możnaby z powodzeniem przedstawić Ministerstwu Rolnictwa i Agencji Nieruchomości Rolnych postulat, żeby WSZYSTKIE końskie spółki Agencji (tj. i stada i stadniny), połączyć w jeden Główny Zarząd Hodowli Koni S.A. (czy tam holding, jak Szacowne Gremium woli) i pana prezesa Brejtę na czele jego zarządu postawić – niech rządzi, niech pokaże co potrafi! Jeden warunek: żadnych pożyczek właścicielskich czy innych kroplówek. Bo kto daje, ten wymaga, a przecież Szacowne Gremium pożąda autonomii i niezależności od zmiennych, politycznych wiatrów, jakie w Ministerstwie wieją… Agencji trudno by było przeboleć taką stratę, bo w końcu tam też pracują ludzie, mają krewnych i przyjaciół, a tu tyle dyrektorskich i prezesowskich stanowisk do obsadzenia… Może jednak, gdyby w zamian dać Agencji spokój i zabrać jej z głowy cały ten koński bałagam, który nie jest jej do niczego potrzebny, to by się na taki krok zgodziła..?

Wiem, wiem, kpię cały czas, choć złośliwości miały się do wstępu ograniczyć. Pomysły na przetrwanie stadnin i stad były serio – tyle tylko, że pewien jestem, iż zrealizowane nie zostaną. Nie tylko dlatego, że nikt wypocin takiego leszcza jak ja nawet nie przeczyta. To jest po prostu nie do zrobienia. Ani dla Agencji (której to generalnie wisi, poza kwestią obsadzania tych stanowisk). Ani tym bardziej dla Szacownego Gremium, które nie byłoby Szacownym Gremium, gdyby umiało cokolwiek zrobić w rzeczywistości, a nie tylko jęczeć. I tylko koni żal…

sobota, 28 listopada 2009

Praca męczy

Nasze osiedlenie się w Boskiej Woli i wszystkie, nieraz zaskakujące dla mieszczuchów przeciwności, które musimy po kolei pokonywać, to wszystko są przygody. Adventure. Tak sobie to tłumaczymy w chwilach zwątpienia.

Kiedy więc karczuję na opał chaszcze naszą wspaniałą piłą spalinową marki Stihl (Szwajcaria górą!), czuję się jak Alan Quatermain w poszukiwaniu kopalni króla Salomona albo Indiana Jones na tropach zaginionej Arki, albo Kajko i Kokosz w obronie Mirmiłowa J. A kiedy rozpalam naszą kozę (co nota bene wychodzi mi coraz lepiej; niestety – tylko mnie! Co będzie, jeśli zdobędę jednak jakąś pracę i będę musiał zbierać się stąd do miasta na większość dnia? Czy jest na sali jakiś wyznawca Zaratustry..? Bo przy naszej kozie to wręcz rytuał ognia trzeba odprawiać, żeby się rozgrzała…), to powtarzam co dnia gesty naszego wspólnego praszczura, jaskiniowca, który zwyciężył w walce o ogień!

[Nasza koza właśnie intensywnie zadymiła ze świeżo zasilokowanej szczeliny między piecykiem a kolankiem, od której zaczyna się przwód kominowy. Dupa nie ognioodporny silikon!]

Faktycznie, jak się tak intensywnie myśli w stylu jak powyżej, to jest niewątpliwie lżej! Poza tym, wcale często jest naprawdą fajnie: dziś rano pojechałem na Wielkim Strasznym Zwierzu zupełnie nową trasą nad kanałkiem dzielącym naszą wieś od łąk i pól Krzemienia i Bożego. Wielki Straszny Zwierz był bardzo dzielny, jak zawsze zresztą, gdy znajdzie się w nieznanym terenie (to tak a propos dyskusji nt. inteligencji u koniowatych. Ona NIGDY nie płoszy się i nie panikuje, jeśli nie jest absolutnie pewna, że nic dookoła jej nie zagraża i jest całkowicie bezpieczna. Ergo, wszelkie płoszenia, ponoszenia i fochy, dzięki którym zdobyły opinię panikary, są od początku do końca jedynie teatrem i niczym więcej…).

Karczowanie jest fajne, nie powiem. Ale boli mnie teraz kark, nogi się pode mną uginają, w udach mrowi i nawet siedzenie przed komputerem jest trudne. Najchętniej przybrałbym pozycję horyzontalną i zasnął tym bardziej, że w międzyczasie pochłonąłem obiad. Niestety: do wieczornego karmienia koni jeszcze prawie dwie godziny, trzeba jakoś do tej pory przetrwać.

Zresztą, gdybym nie był do nieprzytomności zmęczony co wieczór, nie wiem, czy w ogóle udałoby mi się zasnąć. Nie jestem ideologicznym zwolennikiem bezstajennego chowu koni. Wszystkie nasze konie są mi bardzo drogie – i wcale mi się nie podoba, że każdy psychol czy złośliwiec, może im teraz dowolnie zrobić krzywdę, byle wypatrzył moment, kiedy nas nie ma, lub śpimy…

Koniec końców, nie da się ukryć: praca męczy! Przy tym, praca fizyczna męczy także intelektualnie (spróbujcie nie myśleć przy karczowaniu chaszczów, a wizyta w szpitalu pewna!). Co jest bezpośrednim powodem, dla którego kończę tego posta tu i teraz…

piątek, 27 listopada 2009

Ranny ptaszek broczy krwią...

Obrót planety sprawia, że na horyzoncie za moim oknem zapalają się bladoróżowe łuny zapowiadające rychły wschód słońca. Co oznacza, że zaraz rzucam klawiaturę i wsiadam na Wielkiego Strasznego Zwierza. Dzisiaj zatem musi być krótko.

Jak to możliwe, że siedząc w takiej czarnej dupie, bez żadnych konkretnych perspektyw na jakiekolwiek dochody, mimo to nie tylko tryskam pomysłami (to jeszcze by można wytłumaczyć jakimś kompulsywnym odruchem), ale też w sumie, mimo poczucia winy, Jeszcze Większego Ciastka z Kremem, poniedziałkowej deprechy itd. - mam także dobry nastrój?

Najprostsza odpowiedź jest taka, że ciągle zostało mi trochę pieniędzy do wydania, a prawdziwe dno przyjdzie dopiero wtedy, gdy i te się skończą, a perspektyw jak nie ma, tak i dalej żadnych nie będzie... Znajomy wczoraj mi polecił wrócić do zawodu, na którym się znam, czyli na lotnisko. Jakiekolwiek. Rada dobra, jej wykonanie odkładam na weekend, bo wymaga przeszukania netu w celu znalezienia odpowiednich adresów (znajomy obiecał przesłać mi swoją kolekcję wizytówek prezesów, ale jakoś nie widzę na skrzynce...) - zobaczymy, co z tego wyniknie. Jak do tej pory nie słyszałem, żeby ktokolwiek dostał pracę na lotnisku (jakimkolwiek) inaczej niż przez znajomości lub polityczną protekcję, sam nie byłem swego czasu żadnym wyjątkiem, a teraz ani znajomości, ani protekcji nie mam. W każdym razie, będzie to ciekawe doświadczenie.

W sumie, to nawet nie o tym miałem pisać. W ramach festiwalu pomysłów, poszukuję kontaktów w Turcji. Wzgłędnie - na turkologii. Czy jest na sali jakiś turkolog? Oczywiście, idzie o konie. Tyle pisałem o importach koni z Imperium Ottomańskiego, że czas spróbować się dowiedzieć, jakie to były konie. Trzy kolejne posiedzenia w bibliotekach upewniły mnie, że tutaj mogę się dowiedzieć co najwyżej, jakie w tej mierze złudzenia żywiła lady Wentworth, względnie co o tym myślał ten lub ów, ale faktów nie poznam żadnych. Sprawa przy tym nie jest tak beznadziejna jak w przypadku hodowli staropolskiej, o której z całą pewnością niczego konkretnego (w sensie hodowlanym oczywiście, tj. tego jakie właściwie konie były przez Sarmatów hodowane) dowiedzieć się nie można - bo po prostu nie prowadzono takich zapisów, z których jakiś konkret mógłby wyniknąć. W Turcji zapisy prowadzono. Już choćby dlatego że sipahowie na ogół własnych folwarków nie mieli, konie musieli kupować, a ponadto konie te były przedmiotem dalekosiężnego obrotu zagranicznego - a monopol nań miał cech handlarzy końmi, muzułmańskich Cyganów, który odpowiednie zapisy prowadzić po prostu musiał. Nie mówiąc o tym, że w takiej sytuacji całkiem prawdopodobne jest istnienie, obok stadniny sułtańskiej (pytanie jak rekrutowano do niej konie..? To także musiało, przez tyle wieków, górę archiwaliów po sobie zostawić!) także mniej lub bardziej licznych, wyspecjalizowanych, prywatnych hodowli - po których też jakiś materiał pisany mógł pozostać.

Zapuściłem searcha, ale w necie też żadnych oczywistych kontaktów na razie nie znalazłem, będę próbował dalej.

Na koniec (koniec trochę się oddala, bo mnie rozłączyło z siecią i teraz nie chce na powrót połączyć, tak bywa na wsi...) kilka informacji bieżących: wczoraj udało mi się nakłonić Radka do wyrównania jednego z naszych dołów. Przy tym pomógł mi założyć łańcuch na obrotnicę wysięgnika koparki, co przy założeniu, że uda się odpalić silnik (dałem mu akumulatory do naładowania, więc czemu miałoby się nie udać..?) powinno pozwolić na jej bezpieczne odholowanie poza teren przyszłego zimowego padoku. Ówże jest dzięki jednej i drugiej akcji o kroczek bliżej. Czy uda mi się nakłonić tego samego Radka do kontynuacji tej operacji i dzisiaj, to już oczywiście jest duży znak zapytania, ale i tak jesteśmy na dobrej drodze: padok zimowy miał był być wykończony do końca października, mamy zatem więcej niż miesiąc opóźnienia, bo czy zdołam go wykończyć do końca listopada, to jeszcze wcale nie jest pewne. Nawet, kiedy już koparka będzie odholowana, pozostaje wkopanie i zabetonowanie słupków (to jest jeden dzień pracy, pożyczając betoniarkę i dwukółkę do wożenia piasku, damy radę sami to zrobić) oraz przyspawania do nich poprzeczek. No i tu jest gorzej. Spawarkę jeszcze pewnie da się wypożyczyć, jak nie u nas na wsi, to w Białobrzegach, nawet mam elektrody i pewnie poradzę sobie ze spawaniem lepiej, lub gorzej - ale brakuje mi poprzeczek. Tzn. mam dość - ale dwucalowych, a takie na dolny poziom ogrodzenia są zbędne i szkoda ich. Chciałbym zaś, żeby zimowy padok, na którym konie będą się przez 5 miesięcy nudzić, miał ogrodzenie solidne, bez żadnych pastuchów czy nawet sizali (które musieliśmy, z biedy, użyć gdzieniegdzie). Czy starczy mi na zakup choć części cieńszych rurek? Oto jest pytanie!

Dzisiaj w każdym razie, po porannym obrządku i ustaleniu, jakie są plany Radka względem równania drugiego dołu i holowania koparki, najpewniej ruszam pod Wsolę po siano. Przyjdzie parę razy obrócić, ale do jutra powinniśmy mieć zapas siana i słomy na najbliższe dwa do trzech miesięcy.

No już, co z tym połączeniem? Bo Wielki Straszny Zwierz czeka...

Dlaczego ranny ptaszek? A bo nie do pojęcia, jakie tu śpiochy na tej naszej wsi. Wczoraj to nawet koguty piały dopiero, kiedy Wielkiego Strasznego Zwierza wypuszczałem z powrotem na padok, już po jeździe, o jakichkolwiek ruchach ludności nie wspominając. Dlaczego broczy krwią..? Bo się pozacinał przy goleniu. Ot i wszystko... A połączenia dalej nie ma. Jak się nie zrobi w 10 minut, to zostawiam to tak jak jest i wracam do tematu wieczorem...

Wieczorem:

No proszę, a nawet nie wiedziałem, że się jednak opublikowało!


Dzień był do niemożliwości piękny. Wielki Straszny Zwierz za to wstał chyba lewą nogą, bo wcale nie chciało jej się ruszać, a że w końcu jest na emeryturze, spacerek zrobiliśmy krótki. Wybrałem spod wiaty trzy taczki nawozu. Uszczelniłem resztką silikonu przejście z kozy na przewód kominowy, bo nam tam ongiś silikon się zapalił i zrobiła się stale rosnąca dziura. A potem, zgodnie z planem, pojechałem po siano i słomę. Udało mi się za trzema nawrotami przywieźć 85 kostek siana i 45 kostek słomy. Jedno i drugie – rewelacyjnie dobre! Przywiózłbym więcej, ale o takie skarby trzeba dbać, przywiozę więc, gdy to wyjdzie: u źródeł, obu, lepsze są warunki przechowywania niż pod naszą wiatą.

Moja ulubiona Redakcja zapłaciła mi za tekst o koniach i kaftanach (mam nadzieję, że się P.T. Czytelnikom spodoba, wyjdzie to zresztą take, w trochę rozbudowanej wersji i z pełnym aparatem naukowym, w książce). Dzięki temu mam na grudniową ratę kredytu i może uda mi się zrealizować pewien projekt pisarski, który przyszedł mi do głowy, a wymaga podróży.


Nie wiedząc, że post się jednak opublikował, chciałem napisać to wszystko od nowa, ładniej i zgrabniej, ale szczerze pisząc, jestem po prostu zmęczony, najchętniej bym się położył… Może jutro rano..?


wtorek, 24 listopada 2009

Poniedziałkowa deprecha

Nie jest przypadkiem, że piszę we wtorek! W poniedziałek nie mogłem: typowa, poniedziałkowa deprecha była zbyt mocna. Skąd poniedziałkowa deprecha u bezrobotnego rolnika? (Wiem, wiem, rolnik nie może być bezrobotny, bo też jest faktem, że do roboty zawsze coś się tu znajdzie, aż kark boli i w stawach strzyka – ale nie łudźmy się, nie utrzymuję się przecież z pracy na roli, tylko z pracy głową: a żadnej w tej chwili nie mam).

Nie muszę przecież zrywać się przed świtem i jechać do pracy. Wyluzowany być powinienem. Wolny od stresu. G..no prawa! To trochę jak z tym Jeszcze Większym Ciastkiem z Kremem (a propos: słowa dotrzymałem, ciastka nie kupiłem i nie zeżarłem, a nawet w Warszawie byłem w międzyczasie, więc mogłem!). Czuję się winny, że nie siedzę w biurze i nie zarabiam pieniędzy. Atawizm taki.

Żeby go zwalczyć, rzucam się zwykle w poniedziałki z przysłowiową motyką na alegoryczne słońce, w mur głową biję, itp. – tj. poprawiam do druku referat z konferencji, wysyłam milion cevałek do różnych możliwych i coraz to mniej możliwych pracodawców, objeżdżam Wielkiego Strasznego Zwierza (po niedzielnym polowaniu z nagonką, które przetoczyło się tuż obok nas sarny, zwykle trzymające się zarośli wzdłuż torów kolejowych, skąd mają blisko na moje ładnie odrastające łąki po drugiej stronie drogi i na resztki radkowej kukurydzy, do tej pory nie zebrane, przeniosły się na drugi koniec wsi, gdzie rozpościerają się całkiem spore, kto wie czy nie większe od moich ongiś, zapuszczone i zaśmiecone nieużytki: cztery spotkaliśmy. Oraz sympatycznego staruszka z laseczką.), sprzątam pod wiatą, po czym korzystając z oświetlenia sztucznego obijam deskami północną i zachodnią ścianę wiaty tak długo, że po skończeniu dzieła już nic mi się nie chce, a już na pewno nie – pisać cokolwiek…

Choć, oczywiście, pomysł na to, żeby w ramach autoterapii poniedziałkową deprechę opisaniem jej zwalczyć, wykiełkował mi w głowie razem z pierwszą falą nieprzyjemnych, wewnętrznych odczuć, jaka się przetoczyła przez moje wątpia (to od „wątpić“ niewątpliwie – względnie odwrotnie: „wątpienie“ jest od „wątpiów“; widać już nasi praprzodkowie miewali poniedziałkowe deprechy – poniedziałkowe pewnie od XIII w., bo wcześniej wątpliwym jest, by chrześcijański kalendarz z podziałem na tygodnie i dni tygodnia był w powszechniejszym użyciu, a słowo chyba starsze… to jakie deprechy miewali wcześniej..?).

Wszystko przez to, że miniony weekend był taki… weekendowy! Nie, wcale nie dlatego, że leżeliśmy brzuchem do góry. Wręcz przeciwnie. Cały piątek i sobotę pracowicie jak te żuczki wywoziliśmy taczką gnój spod wiaty. Głównie dlatego, żeby móc nowe siano, w miejsce prawie do końca już zeżartego naszego kupić i pod wiatą pomieścić. Co się ostatecznie nie udało, bo cena była lekko pisząc, nieco wygórowana. Byliśmy też w sobotę na targu w Warce, i do miejscowej Pierdonki zajrzeliśmy po zakupy, a także oddałem do naprawy naszą spracowaną piłę motorową. Dziś mam ją odebrać: jak wiadomo, nic tak nie pomaga na wszelakie deprechy, jak możliwość wyżycia się przy pomocy piły motorowej, więc z góry się cieszę!

W niedzielę też nie próżnowaliśmy. Kiedy przetaczało się obok nas wspomniane już polowanie z nagonką, akurat przyjechał Jakub z kolegą. Chłopcy, okazuje się, mają po 15 lat! Stare chłopy, można powiedzieć, już nawet za babami powinni się oglądać, a nawet – ho, ho! – Wkrótce będą się musieli golić. A zupełnie nie wyglądają… To jest, tak na marginesie, zjawisko warte zbadania. Bo z jednej strony, gdy kończąc już studia, czyli w jakieś pięć lat po maturze, z powodu którego nie pamiętam, odwiedziłem moje dawne liceum w Starogardzie, to byłem na korytarzu prawie że najniższy – w każdym razie, nie widziałem niczego poza torsami, względnie dolnymi częściami twarzy przechadzającej się podczas przerwy młodzieży. Wszyscy zresztą zgadzają się, że młodzież coraz to większa. Z drugiej zaś strony, jak mi się zdarzało zapuścić gdzieś na Pragę, albo tutaj na wsi, przerastam o głowę, albo nawet i dwie nie tylko starszych i rówieśników, ale też całą prawie młodzież. Skąd takie różnice? Przejaw jakiegoś dramatycznego rozwarstwienia? Ale przecież żarcie, które tu się je nie jest ani mniej sztuczne niż w mieście, ani też, nie przesadzajmy, nikt tu nie głoduje. No, może pracować trzeba wcześniej i ciężej… Chyba że to kwestia zwiększonej mobilności społecznej: bystrzejsi, piękniejsi i wyżsi (a jest udowodnione, że wzrost jest pozytywnie skorelowany z życiowym powodzeniem, uroda na pewno też), odkąd ilość sztucznych barier przeszkadzających w karierze zmalała, przenoszą się łatwiej do miast i do ich lepszych dzielnic, niż kiedyś było to możliwe. Nawet próbowałem się tą refleksją podzielić na forum, ale chyba mi się nie udało.

Na koniu mały wzrost chłopcom raczej pomaga niż przeszkadza i cieszę się bardzo, bo postępy czynią dość szybkie i jeśli tylko wytrwają, będzie z nich pociecha. Już wspomniałem Jakubowi, że w wakacje dobrze by go było wysłać do pracy w jakiejś większej stajni, gdzie mógłby się nauczyć czegoś więcej niż u nas.

Weekend był zatem prawdziwym weekendem. W dodatku długim, bo przez czwartkowy wyjazd do Warszawy, który zakłócił normalny rytm dni, już w piątek miałem wrażenie, że to sobota. Stąd lekko się te taczki pchało. W poniedziałek zaś, tym gorsza przyszła deprecha.

Po nocnym deszczu powoli się przejaśnia, już nawet widzę kawałek błękitu ponad szybko się przesuwającymi chmurami za naszym przydomowym laskiem. Wiatr faktycznie dmie tak, jakby zaraz miało naszą chatkę (pozbawioną przecież fundamentów) unieść do góry i przenieść do Krainy Oz. Nasza koza zwłaszcza, połączona przewodem kominowym ze światem zewnętrznym, daje prawdziwy koncert skrzypień i metalicznych rezonansów. Dość irytujących, zwłaszcza nocą. Podłożyć jej pod nóżki coś miękkiego dla wytłumienia drgań..?

Sylwestra chrapie. Jak to możliwe, żeby kot tak głośno chrapał..? Za to nasz nowo oswojony (jakieś 10 dni temu), stajenny kocur Murkis, stoczył w nocy zwycięską walkę z jakimś konkurentem. Odgłosy były wielce dramatyczne, ale żadnych obrażeń na Murkisie nie widać, albo wygrał przez nokaut, albo była to tylko walka psychologiczna J. W każdym razie: pora kończyć. Opublikuję tego posta, przejrzę, co mi tam InfoPraca na maila przysłała i siodłam Wielkiego Strasznego Zwierza, póki nie pada…

środa, 18 listopada 2009

Jakub, czyli optymizm

Wspomniałem wczoraj o naszym kandydacie na stajennego/zawodnika. Nawet nie wiem, ile chłopak ma lat, oni tu wszyscy są bardzo mali, więc choć wygląda na jakieś 10, może mieć nawet i ciut więcej. W każdym razie, do szkoły dojeżdża do Stromca, więc pewnie do gimnazjum..? Nie znam się na tych nowych podziałach…

Jakub z kolegami, podobnie jak całe stada małych dziewczynek ze wsi, podchodził nas przez cały sierpień. Dzieci przyjeżdżały, chowały się w kukurydzy, głaskały konie przez płot, coś im dawały. Większość na nasz widok uciekała. Nie wyglądało to zbyt dobrze. Paru dorosłych przyszło pytać, czy oferujemy jazdy. Oczywiście nie oferujemy jazd i jazd oferować nie będziemy. Wakacje się skończyły, to i takich odwiedzin ubyło. Aż któregoś październikowego popołudnia przyjechał do nas ojciec Jakuba z Jakubem i gromadką innych dzieciaków. Opowiedział jak to Jakub pasjonuje się końmi. Zapytał, czy może przychodzić.

W sumie taki pomocnik wcześniej czy później się nam przyda. Jak na razie wygląda na to, że pasja Jakuba jest trwała. Wczoraj był u nas po raz czwarty, z czego drugi raz siedział na Wielkim Strasznym Zwierzu. Obiecał przyjechać następnym razem w sobotę, już nie uciekając ze szkoły.

Dlaczego uważam jego obecność za powiew optymizmu? Po pierwsze, fajnie że to chłopak! Jeździectwo jest tak sfeminizowane, że jeśli pozostanie przy tej pasji, będzie prawdziwym rodzynkiem. A my będziemy mogli obarczyć go jakąś pracą szybciej niż dziewczynkę. Zresztą, za każdym razem przyprowadza jakiegoś kolegę, to we dwóch tym bardziej sobie poradzą. Przy tym praca to jedyny sposób w jaki będzie się mógł nam ewentualnie odwdzięczyć za kontakt z końmi, bo nie sądzę, aby jego ojca stać było na płacenie za jazdy.

Zresztą, wbrew jakimś tam wewnętrznym kontrowersjom, wcale nie chcę, żeby nam ktokolwiek za jazdy płacił. W końcu ani nie mamy uprawnień do nauki jazdy, ani też najmniejszego zamiaru obarczać naszych emerytów kursantami – dość się w życiu dzieci nawoziły, i Dalia i Gluś! A jak od jednego choćby weźmiemy pieniądze, to trudno będzie wytłumaczyć, że nie chcemy od drugiego czy trzeciego…

Po drugie, obecność Jakuba napawa mnie optymizmem jako jeden z dowodów na to, że wrastamy w tutejszą glebę i przestajemy być „letnikami z Warszawy“. Strach pomyśleć, jakie o nas historie po wsi krążą – koniec końców, kupiliśmy w sumie kupę ziemi, a zagospodarowaliśmy jeszcze więcej niż kupiliśmy, nie bez udziału w tym radkowego roztrzepania, który zaorał więcej ugoru niż miał zaorać, tudzież nie bez udziału mojej pazerności, bo krzaki na opał wolę wycinać na sąsiednich, niż na własnych, dobrze już zagospodarowanych działkach, gdzie zbędnych drzewek nie ma. Wczoraj zresztą, już popołudniem, przyjechał sąsiad Radka pytać, czy wolno mu sobie nakopać żwiru. Łaskawie pozwoliłem J Działka, na której kopał należy do kobiety z Bielska-Białej, a nie do mnie, więc czemu miałbym zabraniać. Ale zastrzegłem, żeby w żadnym razie śmieci w to miejsce nie wrzucał i w miarę możliwości powstały dół wyrównał! Chłop też konie trzyma, tyle że oczywiście zimnokrwiste i koniecznie chciał ze mnie wyciągnąć, jakie to góry kasy trzymam po bankach, ile moje konie są warte (a skapnął się, skubany, że to nie są marne chabety i wcale mu przy tym nie chodziło o tłusty wygląd Wielkiego Strasznego Zwierza!), itd. Zgodnie z prawdą odpowiedziałem, że chwilowo jestem bez roboty i bez kasy, ale mam nadzieję…

Bo nadzieja, jak wiadomo, umiera ostatnia, a entuzjazm Jakuba, na ostatek, potrafi się udzielać. Co jest ostatnim z powodów, dla których jego czasem trochę niespodziewane wizyty, mimo wszystko napełniają mnie optymizmem.

Na koniec wreszcie, mała glosa do wczorajszych kremówkowych rozważań metafizycznych – pewnie ją jeszcze rozwinę w wolnej chwili, bo jest to najistotniejszy punkt dyskusji, jaką przyjdzie mi stoczyć z własnymi rodzicielami. Otóż polski katolicyzm ludowy wrósł w obyczajowość i stał się rodzajem magii. Obrzędy towarzyszą koniec końców przede wszystkim różnym rytuałom przejścia: chrzest, pierwsza komunia, bierzmowanie, wojsko, ślub, przejście na emeryturę, ostatnie namaszczenie i pogrzeb. Jak widać, z siedmiu najgłówniejszych zdarzeń w życiu człowieka, tylko dwa, tj. wojsko (dla mężczyzn) i przejście na emeryturę, mają charakter wyłącznie świecki. Szara rzeczywistość rozpięta pomiędzy tymi gorejącymi czerwienią punktami zwrotnymi jest nieistotna. Ta szara rzeczywistość kręci się zresztą w kółko, rok po roku, w rytm zmian pór roku i kościelnego kalendarza, który te zmiany uroczyście ogłasza i potwierdza. Jeśli tu się w ogóle jakakolwiek eschatologia pojawia to, obawiam się, w charakterze Jeszcze Lepszej Emerytury po śmierci – nic dziwnego, że Świadkowie Jehowy, z których wczoraj tak kpiłem, mają niezłe łowy (a mieli ongiś lepsze, gdy wojsko było jeszcze obowiązkowe…).

Otóż ja wcale nie uważam, żeby moja codzienność była szara, nieistotna i nędzna. Choć może się taka wydawać moim rodzicielom – wszak nie płacę składki na ZUS, więc skąd będę miał emeryturę? Jakby ZUS miał przetrwać do momentu, kiedy dojdę do wieku emerytalnego, to by dopiero był cud! Jestem zadowolony z tego, co mam i co robię. Fakt, że bolały mnie wczoraj łydki i plecy od dźwigania najpierw desek, a potem wożenia gnoju był doświadczeniem radosnym i ożywczym. Za chwilę, jeśli tylko uda mi się załadować wreszcie ofertę pracy (ktoś szuka redaktora prowadzącego, świetnie bym się do tego nadawał, ale przy moim łączu korzystanie z takich portali jak InfoPraca czy Pracuj.pl to prawdziwa męka!), zabieram się stąd i wsiadam na Wielkiego Strasznego Zwierza. Czego można chcieć jeszcze od życia..? I czy w tej sytuacji warto w ogóle zaprzątać sobie głowę niepewnym zaświatem?

wtorek, 17 listopada 2009

Ciastko z kremem, albo rozważania metafizyczne

Chyba trzeci już dzień męczy mnie ochota na ciastko z kremem. Pokusa w sumie banalna, a dotkliwa tylko dlatego, że przez chwilę istniała nawet możliwość jej ulec – odwiedziliśmy wczoraj Radom. Oczywiście, nie mam najmniejszego zamiaru żadnego ciastka z kremem kupować. Tutaj na wsi jest to zresztą chętka całkowicie nieziszczalna, póki więc siedzę na tyłku i nie ruszam do miasta, nie bardzo jest o czym mówić.

Dlaczego jednak nie zamierzam ciastka z kremem kupować? Odpowiedź może być dwojaka. Raz dlatego, że przecież dalej jestem bez pracy, a przede wszystkim, bez żadnych rysujących się w na horyzoncie dochodów i trzeba te środki, które jeszcze mamy, oszczędzać, żeby starczyły na jak najdłużej. Po drugie, jest w tym coś z metafizyki – jeśli nie ulegnę i nie kupię ciastka z kremem nawet mając taką możliwość, to przecież taka ofiara musi być wcześniej czy później nagrodzona: jeśli nie Jeszcze Większym Ciastkiem z Kremem, to przynajmniej jakimś innym mniejszym lub większym sukcesem.

Jest to metafizyka prymitywna jak kij bejsbolowy, ale tak głęboko wryła mi się w podświadomość, że nigdy zapewne się od niej nie uwolnię. Na tej samej zasadzie zresztą, gdyby nie to, że właśnie zaczęło padać, siedziałbym już na Wielkim Strasznym Zwierzu i jak trzy poprzednie poranki, objeżdżał włości. Fakt, że jakąś tam ofiarą taki objazd był tylko pierwszego dnia, w sobotę – Zwierz musiał sobie pobiegać i pozwoliłem jej na grand galoppe przez całą długość naszego dużego padoku i pół rżyska po radkowej kukurydzy. I to w stronę stajni. To znaczy, w stronę domu, bo stajni, prawda, jeszcze nie mamy. Od dawna zresztą czułem, że Zwierz ma taką potrzebę, ale się po prostu bałem. Więc w sobotę się przemogłem. Następne wycieczki tylko dlatego mogły metafizyczne poświęcenie udawać, że jednak odrobinę trzeba własne lenistwo zwalczyć, żeby oderwać się rankiem od komputera i wyjść na zewnątrz, złapać Zwierza, wyczyścić, osiodłać… - a potem już tylko było przyjemnie. Zobaczymy, może się nie rozpada, to i dziś się na to zdobędę.

Fakt, że internet chodzi wyjątkowo kiepsko (chyba po prostu zużyliśmy już jakiś czas temu nasz miesięczny limit 1 GB danych, nowy będzie się liczył bodaj od piątku), znakomicie ułatwia podobne poświęcenia. Podobnie jak okoliczność, że poprzednie trzy poranki były dość suche i w miarę, jak na listopad, ciepłe.

Rozpędu po tak pracowicie rozpoczętym dniu starczało mi zresztą jeszcze tylko na wywiezienie gnoju spod wiaty, narąbanie szczap na podpałkę do kozy i na niewiele więcej. Trzeba się zresztą zdecydować, co robić: drewno ciąć i rąbać, czy po deski do tartaku pojechać, czy też zająć się ściąganiem z pola trupa naszej koparki. Chyba się zresztą drewnem skończy, bo to najłatwiej. Choć, jeśli ma padać, to może jednak lepiej do tartaku – parę dni z deszczem i w ogóle nie da się tam dojechać, już ostatnio kiepsko było!

Moja prywatna, prymitywna metafizyka, której nie umiem nie ulegać jest oczywiście popłuczyną po religijnym wychowaniu jakie odebrałem. Czy jestem religijny? Hipoteza o istnieniu Boga wydaje mi się dość prawdopodobna. Jednak mój Bóg, jeśli istnieje, jest jednak bardziej Bogiem filozofów niż prostaczków – i, racjonalnie rzecz biorąc, nie umiem sobie wyobrazić, żeby Jeszcze Większe Ciastko z Kremem czekało na mnie po śmierci. Istotą człowieczeństwa jest skończoność i niedoskonałość. Jakakolwiek perspektywa wieczności zaprzecza tej istocie. Oczywiście, wedle religii człowiek ma wkraczać w zaświaty odrodzony i odmieniony. Jednak taka odmiana i takie odrodzenie, które by aż tak radykalnie istotę człowieczeństwa zmieniało, wydaje mi się wszelką indywidualną osobowość z konieczności niszczyć. A już zmartwychwstanie ciałem? Tylko wieczne męki są tu wyobrażalne! Nic dziwnego, że opis raju u Dantego taki płaski w porównaniu z opisem Czeluści… W każdym razie, nadmierna dbałość o wygody istoty pozbawionej moich ułomności, wad i słabostek, a więc mną w żadnym razie nie będącej nawet, gdybym rzeczywiście miał się w taką istotę po śmierci przeistoczyć, tu i teraz nie mieści mi się w głowie. Co nie znaczy, że zamierzam z rozmysłu źle czynić, Kościół, matkę naszą, wyzywać i do jakichkolwiek osobistych nieprzyjaciół Pana Boga przystępować.

Swoją drogą ta asymetria wielce jest znamienna. Żeby wyobrazić sobie wieczne męki wystarczy przedłużyć myślą własną egzystencję w postaci jak najbardziej obecnej i istniejącej. Wyobrażenie Raju jako spotęgowania ziemskich rozkoszy (najbardziej zabawne bodaj w broszurkach Świadków Jehowy!), w oczywisty sposób kupy się nie trzyma. Wieczne galopowanie zebranym, maneżowym galopkiem na Wielkim Strasznym Zwierzu, który w dodatku na zawsze będzie już miły i przyjazny..? Dajcie spokój!

[W tym momencie do drzwi zapukał nasz kandydat na zawodnika i stajennego Jakub, który uciekł ze szkoły, żeby wsiąść na Wielkiego Strasznego Zwierza. Mimo deszczu nie mogłem mu odmówić. Ponieważ anglezowanie kiepsko mu idzie, to pomny doświadczeń Sergieja Mamontowa z carskiej szkoły oficerów artylerii konnej, przelonżowałem go w kłusie ćwiczebnym. Wielki Straszny Zwierz nosi miękko, więc nic mu się nie stało, a poczuł się o wiele pewniej… Kończę popołudniu, w przerwach w doglądaniu naszej kozy po, jednak, przywiezieniu desek z tartaku i (częściowym) wybraniu gnoju spod wiaty, gdzie muszę zamontować jeszcze jedną ściankę]

W taki sposób Niebiańskie Pastwiska mógłby sobie wyobrażać chyba tylko sam Wielki Straszny Zwierz: najsoczystsza trawa bez końca, wiatr w grzywie i żadnych gzów… Choć i ona czasem się nudzi, co dowodzi, że jest stworzeniem wyżej stojącym w hierarchii bytów od Świadków Jehowy, którzy taki właśnie obraz Raju (toutes les proportions gardée) z powodzeniem propagują wśród maluczkich tego świata.

Święty Augustyn mieszkańców raju nazywa pogrążonym w apatii. W rzeczy samej, jeśli stan rajskiej szczęśliwości polegać ma na kontemplacji samego Absolutu, na mistycznym złączeniu z nim – to nie ulega dla mnie wątpliwości, że im głębsze będzie takie doświadczenie, tym mniej ze mnie w nim pozostanie. Jako nagroda za dobre sprawowanie jest to zatem przywilej chybiony, bo nagradzanego z konieczności unicestwia. Skoro zaś nagradzać z sensem nie sposób, karanie – jak najbardziej wykonalne i możliwe do pomyślenia bez żadnych zmian w wyposażeniu psychofizycznym i kondycji bytowej człowieka – wydaje się trochę nie fair. Cóż: umrzemy, to zobaczymy…

Nasza koza właśnie się rozpaliła (podpałka z Carrefour jest o wiele gorsza od podpałki ze sklepu ogrodniczego w Warce!), a mnie zaczyna ogarniać błogie, cielesne jak najbardziej, rozleniwienie. Więc może dalsze głębokie przemyślenia o życiu i śmierci i takie tam – jednak innym razem. Na koniec zapewniam tylko, że nie mam najmniejszego zamiaru kupić, a tym bardziej zjeść tego cholernego ciastka z kremem, które mi ciągle Szatan przed oczy podsuwa! Po co? Ano dlatego, na ostatku, że najpewniej byłoby to jedynie rozczarowaniem. Niewiele jest naprawdę dobrych ciastek z kremem i wcale nie ma pewności, że takie właśnie udałoby mi się dostać. A wyobrażać mogę sobie przecież najlepsze – z soczystym winogronkiem albo wisienką na szczycie, o idealnej konsystencji, nie za słodkie…

Na zdjęciu: Wielki Straszny Zwierz

czwartek, 12 listopada 2009

Tekińców w Polsce przybywa

Wczorajsza wizyta pana Marcina Podpory i jego przesympatycznej rosyjskiej żony Mariany była stanowczo za krótka, żeby starczyło mi materiału na artykuł dla „KT“. Poza tym, nasi goście byli zbyt zmęczeni po całodziennej podróży z końmi z Dziemian do Kuźni Nowowiejskiej, żeby dało się z nich wycisnąć wystarczająco wiele informacji. Wizyta, choć krótka, jest jednak dobrym punktem wyjścia do refleksji.
Pan Marcin twierdzi, że hodowla koni achałtekińskich w Polsce nigdy nie będzie zbyt popularna. Po pierwsze dlatego, że Polacy są na to zbyt biedni. Po drugie dlatego, że dla przeciętnego polskiego dorobkiewicza to, co wschodnie, a jeszcze rosyjskie, z prestiżem i bogactwem wcale się nie kojarzy (w czym zresztą przeciętny polski dorobkiewicz błądzi – bo w końcu kto tak ostentacyjnie potrafi pławić się w luksusie, jak nie rosyjskojęzyczni bogacze..?).
Jest to oczywiście diagnoza słuszna. Pytanie, czy nam w ogóle powinno zależeć na tym, żeby hodowla koni achałtekińskich była w Polsce popularna – tak popularna jak na przykład hodowla koni arabskich? Żeby tekiniec tak jak arab 2000 złotych kosztował, albo lądował w rzeźni z braku zbytu i środków na utrzymanie..? Rasę promować trzeba, choćby po to, żeby mieć zbyt na źrebięta, kiedy wreszcie nasze księżniczki dadzą się przekonać do zaciążenia – ale bez przesady, jak pokazują doświadczenia minionego roku, doskonale bym sobie poradził nawet, gdyby nikt w Polsce nie był tymi końmi zainteresowany. Kolejka po wirtualne jeszcze potomstwo naszych kobył i tak sięgała za Atlantyk!
Pan Marcin swoich ogierów chce używać głównie dla klaczy półkrwi, starannie je dobierając tak, aby uzyskane w ten sposób potomstwo dobrą sławę swych ojców umacniało. To oczywiście bardzo słuszny pomysł. Nawet rynkowo jest on wielce sensowny – sam pan Marcin zauważył że 70% koni produkowanych w polskich hodowlach nadaje się właściwie tylko na mięso, a potomkami różnych Samba Hitów czy Landgrafów niejeden transport do słonecznej Italii został już skompletowany. Niemieckie konie zdominowały rynek polski tak bardzo, że niczym innym niż kolejnym landem RFN pod względem hodowli koni nie jesteśmy – tyle, że landem wyjątkowo ubogim i zacofanym, bo powtarzającym mody i trendy, które już nawet w kolebce Samba Hitów i Landgrafów przemijają (o czym zresztą obecny, ostry i przewlekły kryzys niemieckiego jeździectwa i niemieckiej hodowli koni dobitnie świadczy: co ciekawe, w Polsce nikt tego kryzysu do tej pory nie zauważył! A wystarczy przecież śledzić na Eurosporcie „Wendsday Selection“: jak często ostatnio wygrywały cokolwiek niemieckie konie i niemieccy jeźdźcy..?). Nawet zresztą, gdyby się niemiecka hodowla miała jak najlepiej, to przez sam fakt jej absolutnej w Polsce dominacji, istnieje spora nisza rynkowa takich, którym się wielkie, ciężkie i powolne konie przejadły. Półkrwi achałtekińce, jeszcze po dobrych matkach, z pewnością znalazłyby sobie nabywców za godziwą cenę – lepszą pewnie niż przeciętna cena polskich potomków Samba Hitów i Landgrafów. Stąd i cena za stanówkę Somah Geli, jaką pan Marcin podyktował (2500 złotych).
Zwróciłem mu jednak uwagę na politykę PZHK, który nieliche kłody pod nogi będzie mu rzucać. 20 lat po utworzeniu księgi stadnej SP komisja hodowlana Związku doszła do wniosku, że trzeba tę hodowlę prowadzić zgodnie z zapisami programu hodowlanego – co oznacza, że ogiery pana Marcina nie zostaną w żadnym wypadku uznane do krycia klaczy wpisanych do tej księgi (jak to się 20 lat temu udało panu Markowi Kazimierczakowi w Krakowie). Problem można atakować wprost – próbując wpłynąć w taki, czy inny sposób na zmianę polityki Związku (wydaje mi się to trochę zbędną fatygą, a przy tym kontakt z władzami PZHK jest tak trudny i męczący, że sama myśl o tym potrafi zepsuć dobry humor), albo próbować obejść całą lokalną biurokrację, wzorem wielu innych hodowanych w Polsce ras koni, i wpisywać się do księgi zagranicznej. Jakiej – to już mniej istotne, coś się na pewno w Europie znajdzie. Oczywiście, ceną za to ułatwienie będzie co najmniej utrudniony dostęp takich koni do imprez w których organizacji uczestniczy Związek, w tym przede wszystkim, do Mistrzostw Polski Młodych Koni, imprezy w promocji hodowli koni sportowych niewątpliwie kluczowej.
Powstaje przy tym pytanie, czy w Polsce będzie w ogóle popyt na konie sportowe (choćby nawet były lepsze od krajowego potomstwa Samba Hitów i Landgrafów, a w każdym razie na pewno – bardziej oryginalne) droższe niż przeciętna, których posiadanie i użytkowanie wiąże się jeszcze w dodatku z trudnościami w dostępie do niektórych ważnych imprez? Spotkałem się z opinią, że popytu na konie sportowe par excellance w naszym biednym i zacofanym kraju nie ma w ogóle: i jest to stanowisko, którego nie można ignorować!
Jeśli czemuś miałby służyć związek achałtekiński, którego powołanie planuje pan Marcin, to właśnie rozwiązaniu tego rodzaju problemów z achałtekińską półkrwią, a nie hodowli koni czystej krwi – bo z tym można sobie doskonale radzić, kontaktując się bezpośrednio z Riazaniem.
Jedyne co mogę obiecać to, że będę dalej pisał w „KT“, do znudzenia powtarzając że przekonanie o tym, iż jedyną orientalną rasą czystej krwi na świecie są konie arabskie, a Polacy zawsze hodowali araby, to mit, który narodził się ledwo 150 lat temu, że przodkowie współczesnych koni achałtekińskich byli sprowadzani do Polski co najmniej od XV wieku i że w efekcie także współczesne polskie rasy półkrwi pozostają w pokrewieństwie z końmi achałtekińskimi, których użycie do ich doskonalenia jest zatem całkowicie naturalne, pożyteczne i oczywiste. Nie sądzę jednak, żeby odniosło to jakiś skutek wcześniej, niż za kolejne 20 lat.
Jest w tym wszystkim jeszcze jedna rzecz, która mnie zaniepokoiła. Wydawało mi się, że znałem wszystkie dotychczas podejmowane próby wprowadzenia koni achałtekińskich w polski krajobraz (jak ktoś się kiedyś trochę poetycko wyraził) i rozumiałem przyczyny niepowodzenia tych prób. Obok pana Marka Kazimierczaka i jego dwóch ogierów, pionierami byli tu pan Ryszard Zieliński (do którego będę za chwilę dzwonił żeby się umówić na wspominki), biznesmen i rajdowiec, który 7 ogierów i 5 klaczy sprowadził na początku lat 90-tych bezpośrednio z radzieckiej wtedy jeszcze Turkmenii, pan Tadeusz Kotwicki, który studiował zootechnikę w Moskwie, sprowadził jedną klacz, być może źrebną, od której (czego nie udało mi się do tej pory potwierdzić), być może uzyskał jeszcze czystej krwi córkę, pani Grażyna Kasehaube (nie jestem pewien nazwiska), Rosjanka, która przez pewien czas prowadziła stajnię rekreacyjną na Pomorzu Zachodnim z ogierami achałtekińskimi Bazarbaj i Sułtan (ten ostatni, już wałach, stał jakiś czas temu w stajni Arabika pod Łodzią) oraz nieznany mi z nazwiska właściciel ogiera achałtekińskiego Stambuł, po którym została m.in. półkrwi klacz Oliwka. Tymczasem pan Marcin wspomniał, że sam widział jeszcze kilka lat temu dużą hodowlę, opartą na kilkunastu co najmniej koniach sprowadzonych na początku lat 90-tych, która wyrodziła się na skutek braku dokumentacji i niekontrolowanego krycia i przestała istnieć około roku 2000. Nie było czasu na drążenie tego tematu.
Jeśliby jednak podliczyć takie przedsięwzięcia (skoro ciągle dowiaduję się o nowych, to nie ma gwarancji, że ich jeszcze więcej nie było), to dochodzimy do astronomicznej zupełnie liczby kilkudziesięciu koni czystej krwi achałtekińskiej które jednocześnie przebywały w Polsce niecałe 20 lat temu. Wszystkie te hodowle upadły bez żadnych trwałych i widocznych obecnie skutków (poza pewną liczbą koni półkrwi, głównie po ogierach pana Kazimierczaka). Jak to możliwe? Czy nie jest to niepokojące także dla naszych obecnych usiłowań? Może Polacy są na introdukcję koni achałtekińskich jakoś szczególnie oporni? Bo skoro aż tylu próbowało, a nikomu się mimo to nie udało…

środa, 11 listopada 2009

Na wsi bida, czyli jak Radkowi Unia nie pomogła…

Odwiedził nas wczoraj wieczorem serdeczny druh mój, Radek. Rolnik miejscowy, pierwszy gospodarz całej okolicy, a przy tym fajny chłop, parę lat ode mnie młodszy, zwinny, sprytny, obrotny i robotny. Gospodarka po ojcach odziedziczona mu nie wystarczała, to pobrał kredytów, dopłat i dotacji jak się dało i skąd się dało. Oborę postawił, nakupił ciągników, maszyn, ziemi.

Niestety, ciągniki – nawet najnowocześniejsze, a Radek najlepsze ma w całej gminie – same nie pracują. Radek, choć robotny i obrotny, sztuki bilokacji nie posiadł, a zresztą bilokacja nic by mu nie pomogła. Jakaś multilokacja, zjawisko nie notowane w żadnej kronice zjawisk paranormalnych byłoby tu potrzebne, żeby nad całym przedsięwzięciem zapanować! Ludzi do pracy, co jest truizmem, nie ma. Nawet właściwie nie ma po co ich szukać. Chyba, że na prezesa… Przy tym Radek, człowiek złotego serca, zbyt łatwo pozwala się rozpraszać licznym swoim przyjaciołom – jednemu pole zaorze, innemu słomy przywiezie, jak kto wielkim TIR-em na naszej piaszczystej drodze utknie, to go w dwa ciągniki wyciągnie, pomoże, doradzi…

Efekt jest jak najgorszy dla Radka, a i dla mnie, jako jego druha serdecznego, przy tym złączonego z nim więzią symbiotyczną (kto mi będzie moje trzydziestoletnie ugory orał i TIR-y z drogi wyciągał, jak mu największy w całej wsi traktor bank zabierze..? A jeszcze trochę tych ugorów mam i więcej mieć bym chciał, tak samo jak i TIR-ów z materiałami budowlanymi!). Pola Radek obsiewa ostatni i ostatni żniwa kończy. Nie ma maszyny bez mniejszej lub większej usterki. Nie tylko wielki dom, który jeszcze jego ojciec dla pięciu synów postawił (a jeden z nich tylko na gospodarce został), ale i obora do tej pory nie wykończona. Krowy, nie pilnowane i nie karmione regularnie, dają mleko kategorii 1, a nie „Extra“, gorzej płatne, co przy obecnej cenie skupu przekłada się na brak zdolności spłaty kredytów. Krów zresztą ma po prostu za mało, nie wykorzystuje całej swojej kwoty mlecznej – ale musiałby najpierw oborę rozbudować, bo mu się w tej, którą postawił, i tak już nie mieszczą. Od pół roku nie płacił rat za swój największy traktor i teraz bank domaga się, by go do Warszawy, na Połczyńską natychmiast odstawił: zaległości zebrało się na 45 tysięcy. Co zresztą jest tylko ostatnim z objawów od dawna nadciągającego kryzysu.

O tym, że z druhem moim serdecznym Radkiem nie jest dobrze przekonałem się onegdaj, kilka miesięcy temu, kiedy na sprawy kościelne nam rozmowa z jego matką zeszła: miejscowy proboszcz, rygorysta, odmówił mu ochrzcić córkę, bo nie mają z żoną ślubu kościelnego. Zjawisko to wcale nie jest na wsi takie rzadkie (o braku ślubu piszę, nie o proboszczach – rygorystach), tośmy się zrazu specjalnie nie zdziwili. Teraz jednak wiem już, dlaczego tego ślubu nie ma. Toż weselisko pierwszego w całej okolicy gospodarza musiałoby być nie lada wydarzeniem – a tu nawet tych dwóch tysięcy złociszków dla księdza, o całej reszcie nie mówiąc, po prostu w portfelu nie ma…

Posiedzieliśmy, powzdychaliśmy, poradziłem mu, żeby ciągnika w żadnym razie nie oddawał, a bankowi wpłacił, ile może teraz, resztę starając się sprolongować. Podobnoż zresztą uda mu się dostać od mleczarni nie oprocentowaną pożyczkę, która by na te bankowe zaległości akurat wystarczyła, tylko musi to jeszcze trochę czasu potrwać. No i skutek taki będzie, że co miesiąc jeszcze mniej za mleko na konto wpłynie, więc nie będzie z czego kolejnych rat płacić – historia się zatem powtórzy wcześniej czy później.

Oczywiście, na dniach mają dawać dopłaty. U Radka to będzie razem (większość ziemi jest nadal na jego matkę, więc dopłaty w dwóch ratach przychodzą) ponad 40 tysięcy. Tyle, że jak sam po sobie wypraktykowałem, dopłaty pokrywają akurat połowę tego, co trzeba włożyć w nawozy co roku, żeby ziemia cokolwiek dała. W każdym razie, w tej okolicy, gdzie czarnoziemu nie ma za wiele, jak to na Mazowszu. Jak ktoś nie nawozi (a są i tacy), to owszem, można sobie balangę raz do roku sprawić – ale Radek nie może sobie na taką beztroskę pozwolić. Unia mu zatem nie pomoże – a może nawet i zaszkodzić. Gdyby bowiem bank mu ciągnik odebrał, to oprócz straty samej maszyny, przyjdzie też zwracać, z odsetkami, dotację, którą na zakup tego ciągnika wziął.

Radek ma pomysł na dodatkowe dochody. Jemiołę będzie na targu w Warszawie przed Świętami sprzedawał. Twierdzi, że znajomy rok temu 7 tysięcy na tym w kilka dni zarobił. Cóż: spróbujemy i my. Na moją przyczepę pewnie więcej jemioły wejdzie niż do tarpana Radka znajomego. Możemy to zatem zrobić na spółkę. Tym bardziej, że i mnie jakaś ekstra kasa się przyda …

Sam też podsunąłem jeden pomysł na dywersyfikację przychodów. Radek ma kumpla, właściciela ubojni. Dla ubojni to nie będzie żaden interes, za mały obrót na na tym wychodzi, ale może da się to zrobić po prostu przy okazji: z czasów, gdym nieudolnie udawał menadżera restauracji, zostały mi, ciągle jeszcze dobre, kontakty z jej właścicielami. Może będą potrzebowali świeżego mięsa taniej niż z hurtowni..?

Problem Radka dałoby się rozwiązać, gdyby udało mu się choć trochę ziemi sprzedać. Sam bym po prawdzie, chętnie od niego jeden czy dwa najbliższe moim pastwiskom kawałki pod owies kupił – ale nie będzie przecież prowadził ślepy kulawego. Poradziłem mu jednak, żeby się w gminie zorientował, czy choć jedna z jego działek nie leży w strefie, w której dozwolona jest np. zabudowa letniskowa. Wtedy za marne 1000 czy 2000 metrów (powierzchnia dla gospodarstwa bez znaczenia), mógłby choć część swoich długów spłacić. Gmina porządna, ma plan zagospodarowania przestrzennego dla całej powierzchni, od razu będzie wiadomo.

Wnioski z przygód druha mego serdecznego, Radka? Unia szkodzi!

1. Tzw. „modernizacja gospodarstw rolnych“ prowadzi do monokultury. Na tym, zdaniem urzędników, polega postęp, że rolnicy się specjalizują. Skąd ci urzędnicy to wiedzą? Że tak jest na Zachodzie? A może w Polsce właśnie konieczna jest dywersyfikacja, a nie specjalizacja? Gdyby Radek, wzorem swego ojca, tylko część krów miał mlecznych, a część mięsnych, a do tego też świnie, kury i króliki – nie jęczałby teraz pod brzemieniem kredytów przyznanych w czasach, gdy cena mleka była zupełnie inna i nie musiałby się na drzewa po jemiołę wdrapywać…
2. Niezależnie od tego, czy dywersyfikacja, czy specjalizacja jest rozwiązaniem słusznym – na pewno nie jest słuszne to, że się specjalizację odgórnie narzuca. Przecież cena mleka jest taka, a nie inna dlatego właśnie, że się zbyt wielu rolników w jego produkcji wyspecjalizowało! Wydawało im się przy tym, że skoro produkcja mleka jest w Jewrosojuzie reglamentowana (owa „kwota mleczna“, wcześniej wspomniana), to jest to rozwiązanie ekonomicznie bezpieczne, bo gwarantuje stały dochód. Cóż: przynajmniej już wiadomo, że to nieprawda.
3. Brak rąk do pracy na wsi to również, po części skutek istnienia rent strukturalnych, zasiłków i innych instrumentów socjalistycznej inżynierii społecznej. Po co pracować, skoro minimum biologicznej egzystencji jest zapewnione, a na bełta z grzybów i jagód starczy..?

poniedziałek, 9 listopada 2009

Ze zwierzakami (i nie tylko) kłopotów ciąg dalszy

Oglądaliście serial o pignwinach na Manhattanie? Ja nie oglądałem, ale po filmie „Madagaskar“ jestem w stanie wyobrazić sobie, co się tam dzieje. Tym bardziej, że na własnej skórze doświadczam wyczynów gangu psychopatycznych przepiórek. Te małe, bezmózgie skądinąd z pozoru istotki, w liczbie nie mniejszej niż 10 sztuk, uparcie trzymają się naszego domku i wiaty dla koni – już od co najmniej dwóch miesięcy. Jednak, w miarę upływu czasu agresja „niewinnych“ ptasząt systematycznie rośnie!

Po pierwsze, ptaszki – nielotki (one co najwyżej mogą podlatywać na kilkanaście metrów i robią to, zrywając się do lotu zawsze dopiero w momencie, gdy się na którąś nadepnie; że zaś w jesiennej trawie maskują się doskonale…) urządzają regularnie defilady tuż pod naszymi oknami, niespiesznie przemieszczając sią to tu, to tam tyralierą lub zwartą kolumną marszową, czym doprowadzają kota domowego (o którym za chwilę osobno) do stanu przedzawałowego.

Po drugie, oczywiście czatują na mnie gdy tylko wsiądę na konia. Moja stara Dalia już nawet specjalnie się nimi nie przejmuje, ale jak jej kilkanaście takich furkoczących rakiet startuje spod wszystkich czterech kopyt jednocześnie, to jednak jest to stres. Wczoraj, kiedy zrobiły tak na naszym własnym podworku, tuż koło wiaty, kobył się zatrząsł. A ja od tego zatrzęsienia z rozmachem trafiłem nadgarstkiem prawej dłoni w przedni łęk kulbaki. Pobolało i przeszło, ale wieczorem, po kilku godzinach, cała dłoń zrobiła się wielka, gorąca i pulsująca bólem. Że lewą też mam nie do końca sprawną (palec odcięty uwiązem przy ładowaniu Dara na początku sierpnia przyrósł trochę krzywo, oczywiście nie zgina się do końca, łatwo drętwieje i marznie i jest wrażliwy na dotyk; od razu mówiłem, żeby ucinać kikut, a nie przyszywać z powrotem reszty i miałem rację!), śmierć mi stanęła w oczach, bo tu i kilka desek jeszcze do wiaty trzeba przybić (a przede wszystkim – zamontować na kranie przewód grzewczy, żeby woda zimą nie zamarzała) i, co najważniejsze, szybko uzupełnić zapas drewna do kozy, bośmy przez trzy tygodnie prawie połowę z tego, co było wcześniej zgromadzone, przez komin przepuścili. Na szczęście maści i prochy pomogły na tyle, że udało się zasnąć, a dziś jest już trochę lepiej, co pozwala mniemać, że wszystkie prace dokończę, a ręka z czasem zupełnie wydobrzeje.

Nie jest to jednak bynajmniej koniec kłopotów z gangiem! Przychodzę ci ja dzisiaj 5:45 wydać koniom śniadanie. Najpierw oczywiście układam z powrotem rozwalone przez noc kostki siana (z ponad 300 kostek została już chyba 1/3; fakt że akurat najlepsza, bo najlepsze siano zbieraliśmy w pierwszej kolejności i stąd żeby się do niego dostać, musiały najpierw rozwalić całą resztę, ale też szybko im to idzie! Trzeba będzie za tydzień, góra dwa, siano kupić…). Z siana ucieka nasza stajenna kotka (o niej za chwilę). Ustawiam wiadra z owsem dla tekinek i korytko dla Dalii i Glusia (ta para je z jednej, za to dużej, miski – z plastikowego koryta budowlanego z Praktikera; Gluś jako najsłabszy, nie zjadłby nic, gdyby go Dalia nie osłaniała, tak jest zatem najlepiej). Konie zaczynają jeść. Nalewam wody do wanny. Nagle Dalia podnosi głowę i wybiega na korytarz łączący wiatę z padokiem. Idę za nią. Uspokojona wraca i kończy śniadanie, ale po chwili znowu wraca na swoje miejsce strażniczki stada. Co się dzieje? Jakiś ostry, przenikliwy dźwięk dochodzi od strony padoku. Słyszy go także nasza śpiąca królewna, Melesugun, która jako wiceprezes zajmuje miejsce w szyku tuż za Dalią. Alarm bojowy po prostu. Po chwili słychać znajome furkotanie małych skrzydełek i stado psychopatycznych przepiórek przelatuje nad ogrodzeniem tuż koło wiaty, lądując na podwórku przy unieruchomionej awarią koparce. Te psychopatki chyba mają sezon godowy! Nigdy wcześniej nie słyszałem takich dźwięków i nawet do głowy by mi nie przyszło, że takie małe ptaszki mogą taki chaos wywołać… Naprawdę nie wiem, czym to się skończy!

Teraz o kotach. Koty mamy już trzy. Mamy kota domowego, czyli Sylwestrę, o której była tu już mowa. Mamy kota padokowego – małą, białą kotkę z szarym ogonkiem i szarymi plamkami, która od dawna już poluje na naszych łąkach na nornice, ryjówki i myszy, ale najprawdopodobniej przychodzi do nas ze wsi. Kiedy pogoda jest brzydka, zwykle jej nie widujemy. Od pewnego czasu jednak, pod wiatą nocuje trzeci kot – kot stajenny. Szara kotka z białym kołnierzykim i białymi łapkami. Poprzedniej nocy śniła mi się szarża husarii z filmu Hoffmana (szarże husarii z filmów Hoffmana tym się charakteryzują, że nic wspólnego z tym, jak naprawdę wyglądać mogła szarża husarii, z całą pewnością nie mają!). Taki był głośny ten sen, że się aż obudziłem – i pobiegłem sprawdzić, co też tak szarżuje, że mnie takie absurdalne sny nachodzą (jeszcze wcześniej, dwie kolejne noce z rzędu, najmłodsza, raz w towarzystwie Osman Guli a raz w pojedynkę, opuszczała teren ogrodzony biegając swobodnie wokół domu, miałem zatem podstawy do niepokoju). Okazało się, że jednak cały sen dział się tylko w mojej głowie, bo konie grzecznie spały pod wiatą, ale poprawiając rozrzucone kostki siana, już wtedy spłoszyłem tę kotkę. Widać zatem, że nocuje tam stale. Rodzina nornic, która wykopała norę tuż koło wiaty i wcześniej biegała mi pod nogami, gdy w nocy przychodziłem do koni, nie daje już znaku życia. Nornicowy holocaust najwyraźniej miał miejsce w wykonaniu kota ☺.

Za to Sylwestra daje nam w kość. Jak wcześniej znikała na całe dnie i doprosić się jej nie można było z powrotem, tak teraz za skarby świata ruszyć się z domu nie daje. Za zimno jej na zewnątrz i zbyt mokro. Najfajniej kotu jest w ogóle przy rozpalonej kozie. Zastanawiamy się, kiedy się jej mózg wygotuje od tego wkładania łba pod piecyk lub składania go na kominie za tylną ścianą kozy. Niefajny aspekt tego problemu to kocie siuśki. Sylwestra zawsze załatwiała się do kuwety – i absolutnie nigdy nie było z nią pod tym względem problemu mimo, żeśmy ją przecież z ulicy przygarnęli. Po przeprowadzce do Boskiej Woli, jako że kot głównie przebywał na zewnątrz, kuweta powędrowała do lamusa, czyli na strych. Teraz kot domaga się powrotu tego sprzętu – obszczywając np. szmatę do podłogi, lub lejąc w otwór spustowy wanny. Jak spadnie śnieg, pewnie jej w końcu ulegniemy, ale na razie, jużeśmy się przyzwyczaili do pewnej wygody wynikającej z faktu, że nie trzeba po kocie sprzątać – to heroicznie wyrzucamy ją na dwór, a ona równie heroicznie próbuje przegryźć drzwi, wskakuje oknem (o ile jest otwarte) lub, w najgorszym razie, włazi na drabinę i miauczy rozgłośnie, żeby ją na strych wpuścić, gdzie wpuszczona drychnie całymi dniami (co też jej reglamentujemy, bo wcale nam nie zależy, żeby nas przez sufit obsikała).

Mija tydzień, odkąd znowu jestem bezrobotny. Słowacy na początku listopada zerwali łączącą nas umowę – choć miała obowiązywać do końca lutego co najmniej. Cóż: pewnie było to nieuniknione. Sprzedaż telewizorów nie szła mi najlepiej, a prawdę pisząc – nie sprzedałem ani jednego. To nawet nie wynika z faktu, że się nie starałem. W końcu, siedząc na wsi, z tak kiepskim internetem jaki mam, znalazłem jednego klienta, który nawet sporo tych telewizorów by chętnie kupił – tyle, że po cenach, na które tamci nie chcieli się zgodzić. Najwyraźniej polski rynek jest o wiele bardziej konkurencyjny od brytyjskiego, na który produkują i sprzedają normalnie. Mimo wszystko, miałem nadzieję, że się jakoś przemęczymy co najmniej do lutego i najwyżej nie przedłużą umowy. Pewnie by tak się stało, ale niechcący wkurzyłem właściciela na tle końskim – jemu się wydawało, że jak zamieściłem ogłoszenie w „KT“ o sprzedaży jego koni, to tłumy będą dzwonić, co nie okazało się oczywiście prawdą, bo też i ceny były wysokie. Jak się w końcu odezwali jacyś chętni, to jednemu zachorowała matka i w konsekwencji od początku września odkłada na później wyjazd po konie, a drugi chciał dodatkowych informacji o interesującym go ogierze, czym doprowadził pana Władysława do furii – no i na mnie się ta furia w końcu skrupiła.

Co teraz? Cóż: szukam pracy, a w ramach autoterapii, piszę. Tydzień temu, zaraz po tej hiobowej wieści, przerobiłem dla „KT“ referat o koniach tureckich, jaki wygłaszałem na UKSW. Jak uda mi się pojechać do Warszawy i spędzić choć jeden dzień w bibliotekach (Słowacy powinni na dniach przesłać drugi i ostatni już przelew, za październik, co powinno mi umożliwić tę ekspedycję), przygotuję tenże referat do druku w pokonferencyjnym wydawnictwie i może uda mi się napisać drugi tekst dla „KT“. Mam też pomysł na jeszcze jeden artykuł – ale muszę wykonać kilka telefonów i maili…

P.S.
Zapomniałbym: mam dzisiaj urodziny. Trzydzieste piąte. To zdaje się, połowa, tak..? Dante do Piekieł w dniu swych trzydziestych piątych urodzin schodził, o ile czegoś nie pomyliłem... Mam tylko nadzieję, że druga połowa będzie nie gorsza od pierwszej...
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...