czwartek, 31 grudnia 2009

Wódeczka dla Kopciuszka

Obserwując dyskusję na temat przeprowadzki z miasta na wieś, którą sam zresztą na moim ulubionym forum wywołałem, a także czytając blogi innych przesiedleńców, można postawy „nowych wieśniaków“ podzielić z grubsza toporem na dwa rodzaje:
- są tacy, którzy jeszcze przed przyjazdem budują wokół swojej nowej posiadłości co najmniej dwumetrowy płot, a potem toczą z miejscowymi wieczne wojny o psy luzem biegające i czyniące szkody, o rozjeżdżone lub nie odśnieżone drogi, o druty kolczaste przy drogach itp., itd. (skrajnego natężenia, bo sięgającego aż fizycznej agresji wobec ludzi i zwierząt wojna ta osiąga w relacjach, jakie na swoim blogu daje moja ulubiona Indianka ☹);
- są też tacy, którzy integrują się ze swoimi sąsiadami, mogą liczyć na życzliwą pomoc z ich strony i wzajem im pomagają, a jeśli zdarzają się problemy, to nie ma to charakteru żadnej „świętej wojny“ w której by jakiś jednolity front miejscowych przeciw nowym przybyszom występował, tylko zwykłej zwady sąsiedzkiej, jaka się wszędzie może zdarzyć – a na wsi przez to tylko jest dokuczliwsza, że jednak spędza się przy swoim obejściu, a więc i przy sąsiedzie, trochę więcej czasu, ponieważ obejście to nigdy nie jest tylko noclegownią, ale też warsztatem, w którym wykonuje się nieustannie jakąś pracę (nawet, jeśli nie jest to praca przynosząca dochód). Takie konflikty na wsi są więc niejako połączeniem zwad, waśni i rywalizacji, które w mieście toczą się na dwóch lub więcej frontach, w dwóch lub więcej całkiem różnych miejscach: w domu i w pracy.

Chciałbym wierzyć, że jesteśmy „nowymi wieśniakami“ tego drugiego rodzaju. Wszystko na to, póki co wskazuje. Nawet nie mamy jeszcze żadnej sąsiedzkiej zwady na koncie – bo z frantem, który mi już dwa razy słupek graniczny wyorał, jakoś nie miałem szczęścia osobiście się spotkać. Na wiosnę go przypilnuję!

Nie ma w tym wiele naszej własnej zasługi. Po prostu nasi nowi sąsiedzi okazali się ludźmi uczynnymi i życzliwymi. Mogę im za to jedynie serdecznie w tym miejscu podziękować: memu druhowi serdecznemu Radkowi, który wcześniej czy później (czasem szkoda, że zwykle jednak później…) ulegał moim namolnym prośbom i przyjeżdżał swoim wspaniałym traktorem poratować nas w jakiejś biedzie, ale za to nigdy nie wahał się pomóc pożyczką, jeśli tylko miał z czego (ze wstydem przyznaję, że ja wzajem aż tak chętny do pomocy nie byłem, kiedy jeszcze pomóc mogłem – w końcu, co prawda, zawsze mu pożyczałem, ale nie bez wahania i nie bez targów…), zawsze też służył dobrą radą i silnym ramieniem. Naszemu sołtysowi, panu Darkowi, który najpierw powitał obcego i wtajemniczył go w lokalne stosunki (bo zajechałem do niego – i do miejscowego sklepu – na wywiad środowiskowy zanim jeszcze kupiłem moje wysypisko śmieci!), potem zgodził się zmagazynować u siebie moje rurki na ogrodzenia padoków (ciągle tam leży ich zapas) i nieustannie służył dobrą radą i sąsiedzką pomocą (do tej pory trzymamy tu jego betoniarkę, młot i taczkę; a pewnie jeszcze nie raz skorzystamy także z jego przyczepy), no i cierpliwie czeka na 2500 złotych, które jestem mu winien za prace jeszcze z sierpnia. Staremu sołtysowi, który pozwolił na parkowanie naszej koparki na swoim obejściu kiedyśmy tu jeszcze nie mieszkali i dwa razy pomógł w jej remoncie (nie dałbym rady tak walić ciężkim „Adamkiem“ jak on, najmarniej o 30 lat ode mnie starszy – nie mówiąc już o obsłudze jego spawarki, na wszystkie strony strzelającej iskrami z przebitej izolacji!), a potem, nie bez przygód, sprasował nam 300 kostek siana z naszej nowej łąki, dzięki którym przeżyliśmy spokojni o sytość naszych koni aż do końca listopada i do tej pory nie doczekał się za swoją pracę zapłaty. Panu Majewskiemu, prowadzącemu handel obwoźny nawozami, który równie cierpliwie pół roku na zapłatę za ostatnią partię saltrzaku czekał i pewnie teraz na wiosnę też mi wapno i mocznik na kredyt przywiezie. Właścicielowi tartaku, od którego biorę najtańsze w całej Rzeczypospolitej drewno budowlane…

Życzliwych ludzi jest w naszej wsi na pewno jeszcze więcej. Po prostu nie wszystkich zdążyliśmy w taki, czy inny sposób wykorzystać ☺.

Tu mała dygresja. Nie przeprowadziliśmy się na wieś, bo lubimy. To prawda: oboje mamy awersję do tłumów, a ciężkie, fizyczne wręcz dolegliwości jakie obojgu nam sprawia wizyta w zatłoczonym supermarkecie, skutecznie psuły nam nastrój przed wszelkimi świętami. Bez przesady jednak! Wcale miło jest mieć ciepło w domu i gorącą wodę do mycia nie myśląc i nie martwiąc się o to, jak takie wygody zapewnić.

Nasza przeprowadzka na wieś ma tylko i wyłącznie motyw ekonomiczny. Mieliśmy w pewnym momencie aż siedem koni – i trzymanie ich w płatnym pensjonacie było ruinujące nawet, kiedy jeszcze byłem dobrze zarabiającym i często nagradzanym, a także umiejętnie dorabiającym „na boku“ pracownikiem wielkiej firmy. Oczywiście to, że mieliśmy tyle koni, nie jest już faktem, który dałby się rozpatrywać w kategoriach prostej ekonomicznej racjonalności – ale cóż, każdy indywidualny przypadek z tych siedmiu da się rozsądnie wytłumaczyć. Tylko całość przybiera nieco monstrualny rozmiar, jak to przy ciężkiej manii!

Również wybór tej, a nie innej wsi, nie wynikał z żadnych innych względów poza ekonomią – nigdzie bym nie kupił tak tanio ziemi tak blisko południowych granic Warszawy, gdzie podówczas jeszcze pracowałem. Generalnie, szukaliśmy gospodarstwa z zabudowaniami, z uprawną ziemią, którą łatwo dałoby się zamienić w pastwisko, najlepiej nad jakąś rzeczką – a kupiliśmy od ponad 20 lat ludzką ręką nie ruszane nieużytki bez mediów i zabudowań w okolicy, która podówczas wydała się nam brzydka jak kupa (powoli zmieniamy zdanie; przyzwyczajenie drugą naturą człowieka!).

Pech chciał, że moja kariera zawodowa uległa niespodziewanemu załamaniu w kilka miesięcy po tym, jak nabyliśmy tę posiadłość, która była już podówczas wykarczowana i właśnie druh mój serdeczny Radek po raz pierwszy uległ moim namolnym prośbom i zaczynał orkę. Minęło kolejne półtora roku zanim udało się nam doprowadzić ziemię do stanu umożliwiającego przeprowadzkę – niemal dokładnie dwa lata po jej zakupie. Przez ten czas większość ziemi został oczyszczona i uprawiona, doprowadziliśmy prąd, wywierciliśmy studnię głębinową, rozprowadziliśmy wodę po działce i wkopaliśmy oczyszczalnię ścieków, a potem postawiliśmy na miejsce przyszłego domu (dom oddzielnie od stajni to spadek po czasach, gdy jako pracownik wielkiej firmy, czyli nie rolnik, nie mogłem marzyć o kredycie na budowę obiektu inwentarskiego – stajnia miała powstać z oszczędności przy budowie wielkiego i drogiego domu!) naszą chatkę, zaś nasz sołtys z bali przywiezionych przez mojego Ojca i z desek z mojego ulubionego tartaku postawił szkielet i dach wiaty dla koni (którą potem sam już odeskowałem z trzech stron, a dach pokryłem papą). Oraz ogrodzenia dla 4-hektarowego padoku, na którym do tej pory chodzą nasze konie (stan ogrodzenia padoku zimowego: 17 słupków z 47, bez zmian! Jak sypnęło w poświąteczny poniedziałek śniegiem, jakby kto szuflą rzucał, tak się nadzieja na dokończenie tego dzieła natychmiast rozwiała…).

Przeprowadzka wyczerpała resztki naszych oszczędności – i jeszcze narobiliśmy długów. W efekcie więc, mimo że wydajemy na konie może 1/8 tego, co jeszcze pół roku temu, ledwo przędziemy i styczniowej raty kredytu nie uda mi się w terminie spłacić (na szczęście to jest wprawdzie bardzo drogi, ale też nie grożący na razie utratą czegokolwiek, kredyt gotówkowy – przecież jako „nie rolnik“, kredytu hipotecznego na zakup ziemi rolnej wziąć nie mogłem…), a kumulacja wydatków jakie nas teraz czekają (trzeba uzupełnić zapas siana i owsa, kopyta naszych koni koniecznie już wymagają wizyty kowala, naszej Wendi kończy się o północy przegląd techniczny, no i KRUS powinienem dzisiaj zapłacić, czego na pewno nie zrobię…), wcale mnie nie cieszy.

Jestem optymistą jeśli idzie o trochę dalszą przyszłość. Nasza posiadłość w Boskiej Woli oryginalnie miała być dla nas miejscem (dość wczesnej) emerytury – i nie planowaliśmy tu żadnej dochodowej działalności, bo przecież hodowla koni zysków przynieść z definicji niemal nie może, to tylko hobby jest. Zdążyliśmy jednak zmodyfikować plany po utracie pracy. Jeśli uda mi się odzyskać minimalną chociażby zdolność kredytową, a wcześniej czy później tak się na pewno stanie – to z pewnością wybudujemy piękną stajnię. Zabudowania pozwolą nam też czerpać zyski z naszego gospodarstwa: przewidujemy tu uprawę grzybów (myślę, że zaczniemy i bez budynków, bo już nam jesienią boczniaki na jednym ze spróchniałych brzozowych karpów wyrosły…), no i oczywiście basen dla koni i dla psów. Tego basenu żaden bank na pewno nie skredytuje, coś takiego nie mieści się w wyobraźni bankowca, ale ja wierzę, że szkocki patent, dopracowany przez naszego projektanta Adama, musi być i tani w realizacji i skuteczny w działaniu… Zresztą, coś się jeszcze wymyśli. Jak tylko coś wybudujemy, nasza posiadłość stanie się też sprzedawalna – a że większość tu zrobiliśmy własnym rękami, to jej ewentualne zbycie już w tej chwili przyniosłoby nam najmarniej dwukrotne przebicie.

Na razie tylko trzeba przetrwać zimę… W czym na pewno pomogą nam, w razie konieczności, nasi sąsiedzi. Co jest krzepiącą myślą. Podobnie jak fakt, że druh mój serdeczny Radek, zaprosił nas dzisiaj do siebie na sylwestrową wódeczkę. Którą nam zresztą tak, czy inaczej funduje, bo nie mogąc się doczekać przelewu honorariów, pożyczyłem od niego dwie stówy. Niezależnie od tego, czy choć na chwilę do niego wpadniemy, czy nie: z pewnością musimy być w domu, jak ten Kopciuszek, przed północą, bo jak się kanonada we wsi zacznie (a widzieliśmy wczoraj na targu w Warce ten wyścig zbrojeń!), stanowczo powinniśmy być przy naszych czworonogach! Szczęśliwie, dały się nam dzisiaj wyspać (poprzedniej nocy Maleństwo z Osman Guli cztery razy forsowały ogrodzenie, z nudów wyłącznie, bo siana i wody pod wiatą nie brakowało, a i na brak miejsca do rozprostowania nóg narzekać nie mogą, tośmy się gówno wyspali i dzień wczorajszy, poza wizytą na targu, całkiem był rozbity…). Jak tylko uda mi się zamieścić tego posta, przebieram się i wsiadam, póki zapowiadany na dzisiaj śnieg jeszcze nie pada. Wszystkim Czytelnikom życzę Szczęśliwego Nowego Roku! Odzywajcie się tu, proszę: zawszeć to miło, jak kto skomentuje…

2 komentarze:

  1. Kochani-z okazji Nowego Roku-najszczersze życzenia - ciepła, miłości, sprawdzonych i wytrwałych przyjaźni, dalekich podróży, wspaniałych przeżyć - wszystkiego czego pragniecie, czego szukacie. Żebyście z nadzieją patrzyli w przyszłość i żebyście zawsze pamiętali, że to co robicie dzisiaj, przybliży Was do celu jaki chcecie zrealizować jutro. Nie pozwólcie, by Wasze marzenia zarosły chwastami. Po prostu bądźcie szczęśliwi !!! Hania i Andrzej ze Skrzyszowa

    OdpowiedzUsuń
  2. Wielkie, wielkie dzięki! Wzajemnie życzę ciągle nowych marzeń (bo spełnienie wszystkich przy braku aktualnie na spełnienie oczekujących, to jednak też swego rodzaju nieszczęście, kto wie czy nie gorsze niż brak możliwości spełnienia w ogóle...), spełniających się seryjnie, wedle życzenia!

    Swoją drogą: co tu tak słodko i przyjaźnie..? To już nie ma nikogo, kto by się nie zgadzał, krytykował, wątpił i sprzeciwiał..? Tak dla zasady, chociażby..? Oczywiście, wiem że moje wielomóstwo może zniechęcić Czytelnika, który się z tekstem nie identyfikuje, ale czyżbym aż tak źle pisał, że nikt, kto ma zupełnie przeciwne poglądy i chciałby dać im wyraz, w ogóle już przez to przebrnąć nie może..?

    OdpowiedzUsuń

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...