środa, 2 grudnia 2009

Sprawy nie dokończone i nawet nie zaczęte!

Spraw nie dokończonych, a nawet i nie zaczętych, uzbierało się od cholery i ciut i ciut! Po pierwsze: dalej nie mam pracy, a nawet nie porozsyłałem tych cevałek do lotnisk, jakichkolwiek, bo net tak wolno chodził, że nie miałem cierpliwości ich szukać. Ale nic to! Dziś rocznica Austerlitz, nie wiem dlaczego, zawsze mnie to natychało energią, to przyduszę tego kumpla, który wizytówkami obiecywał się podzielić.

No i muszę pamiętać, żeby wieczorem podzwonić po achałtekińskim towarzystwie i skontaktować wreszcie pana Marka z panem Marcinem, tudzież zapowiedzieć chęć zwołania zjazdu. Wieczorem regularnie o tym zapominam, bo już się nic nie chce - więc ta sprawa jest w ogóle nie zaczęta.

Najpierw trzeba wybrać, co robić w ciągu dnia? Oczywiście, pomijając fakt, że jak dobrze pójdzie, za pół godziny wdrapuję się na Wielkiego Strasznego Zwierza, a potem sprzątam pod wiatą. Radek prawie wyrównał nam już turem nasz większy dół. Rzecz jasna, wyrównał w jednym miejscu za dużo (bo na razie tamten fragment niepotrzebny), przez co zabrakło mu czasu, żeby dokończyć tam, gdzie jest to niezbędne. Przy tym zebrał za dużo ziemi z górki i kabel elektryczny jest teraz na głębokości góra 20 - 30 cm (wiem, bo w jednym miejscu wyciągnął kawałek bednarki - chyba bez żadnych konsekwencji, bo przyłącza stoją, a prąd płynie; zostawiliśmy zapasy przed każdym przyłączem na szczęście; w każdym razie zakopując tę bednarkę do kabla na takiej właśnie głębokości się dokopałem). Coś będę musiał na to poradzić, ale chyba nie dzisiaj.

Radek więc prawie wyrównał dół, przez co można by zacząć wymierzać zimowy padok i kopać dołki pod słupki. Zostało jednak też kupa drewna do porąbania, a szkoda żeby zamokło - pół godziny temu zaczęło wiać, zanosi się na zmianę pogody. Resztki desek, jakie mi zostały po deskowaniu wiaty dla koni, zużyłem wczoraj na położenie podłogi na strychu, co powinno ocieplić naszą chatkę, ale przydałoby się jeszcze deszczółkami zabić szpary w deskach ścian szczytowych i lepiej przymocować styropiany, którymi ongiś uszczelniłem prześwity w bocznych ścianach. No i nie zacząłem nawet budować okręgu, a tu przez Osman Guli trzeba by się już przewieszać i trochę się boję tak na otwartej przestrzeni...

Zapraszają mnie na jutro do Warszawy i chleb by z tej mąki mógł być w sensie naukowym i publicystycznym - tyle, że co tydzień przez ostatnie 3 tygodnie bywałem w Warszawie i trochę mi kasy żal, co tu kryć. Gdyby, oprócz wizyty na seminarium było coś jeszcze do załatwienia, to bym pojechał, ale tak - to wygląda niemal na egoizm, tym razem czas, żeby to moja druga połowa pojechała do miasta, bo od miesiąca siedzi tu zamknięta... Jeszcze nie wiem, co zrobię.

Poprzedniego posta napisałem w niedzielę rano, próbując połączyć się z netem, co zajęło mi tylko dwie godziny i akurat starczyło na wylanie tego kubła zgryźliwości. Nie, żebym się usprawiedliwiał, bo przecież prawdę napisałem - choć, w innych okolicznościach, może bym ją napisał oględniej, lubo też większą wagę przypisał innym jej niż niżej poruszone aspektom. Jeszcze spróbuję się nad tym zastanowić. Teraz zaś, pora na koń!

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...