piątek, 11 grudnia 2009

Proza życia

Proza życia składa się z drobiazgów. Niektóre panny młode twierdzą wręcz, że życie samo składa się z drobiazgów – ale to tylko taka propaganda, żeby przyspieszyć konieczną adaptację Wolnego Łowcy do roli Domowego Kapciuszka. Ponieważ jednak tak, czy inaczej, przez większość życia mówimy prozą, czy wiemy o tym, czy nie – proza życia na pewno nie jest rzeczą małą, czy jest rzeczą łatwą czy nie, to już zależy, bodaj czy nie najbardziej od nastawienia...

Prześlizgnąłem się wczoraj nad drobiazgami zmęczony i utulony już do snu przez naszą kozę, a tymczasem drobiazgi te jednak pewnej wzmianki są warte. Choćby dlatego, że jakaś nauka odnośnie życia na wsi się w nich kryje. Będzie więc o drobiazgach. I krótko: skoro tylko się rozwidni, trzeba się brać za szpadel!

Dzień wczorajszy udało się nam niemal w całości zmarnować. Oczywiście musiałem pomylić przychodnie w Kozienicach i zamiast tam, gdzie potrzeba, czyli do alergologa umówiłem Lepszą Połowę mnie do tej samej pani doktor, ale w innej przychodni, gdzie pani doktor przyjmuje jako pediatra (teolodzy tyle wieków zgłębiali tajemnicę Trójcy Świętej, bez żadnych widocznych efektów zresztą, a NFZ potrafi multiplikację osób substancjalnie współistotnych jednym pociągnięciem myszki na ekranie spowodować na skalę masową!). W innych godzinach. Przy czym pojechaliśmy oczywiście do właściwej przychodni, na wejściu zapłaciliśmy za wizytę i dopiero potem zaczęliśmy się pytać, gdzie jest pani doktor (pani z rejestracji też dobra, dobrze wiedząc, że jeszcze dwie godziny pani doktor nie będzie, od razu wysłała nas pod jej gabinet!). Nie było już zatem sensu umawiać się na inny dzień, trzeba było jeszcze raz obrócić. Potem spisaliśmy wszystkie telefony i godziny dyżurów, ale nie mam wątpliwości: przez te dwa czy trzy miesiące do następnej wizyty na pewno zdołamy wszystko to zgubić i zapomnieć i historia się powtórzy. Na studiach, jak musiałem się raz do roku meldować w stołecznej WKU, to za każdym razem poszukiwania właściwego gmachu (niełatwe, bo jak to w wojsku, oznaczenia miały mylić przeciwnika…) zaczynałem od zera, nic nie pamiętając z roku poprzedniego. A przez te naście lat moja skleroza na pewno poczyniła postępy.

Do rzeczy jednak, miało być krótko! Obróciliśmy zatem wczoraj do Kozienic dwa razy, za każdym razem gnając na złamanie karku powodowani strachem o los naszych ślicznotek (i Glusia oczywiście też). Lepsza Połowa mnie niestety nie ma prawa jazdy, a co gorsza, nie potrafi prowadzić pojazdu mechanicznego, musimy zatem wyjeżdżać oboje i nikt tu wtedy nie zostaje, co zawsze jest stresujące. Konie dostały w rezultacie dwa razy siana i jak wróciliśmy za drugim razem, spóźnieni zresztą o pół godziny z wydawaniem im obiadu, leżały w tak malowniczych pozach jak w poście poniżej.

Już same wyjazdy do Kozienic w zasadzie wyczerpały ten krótki okres jasnego dnia, jaki mamy do dyspozycji o tej porze roku. Tego jednak było widać za mało!

[Tu nastąpiła przerwa w opowieści. Usłyszałem za ścianą naszej chatki tupot kopyt. Oczywiście: Maleństwo zeszło na złą drogę, posilając się poza ogrodzeniem! Nie udało mi się nawet znaleźć miejsca, którędy wyszła… Zaprawdę, gdyby ktoś zechciał zasponsorować jej pobyt na Służewcu i start w najbliższej gonitwie w Pardubicach, w czerwcu, oddam pewną chyba w takiej sytuacji wygraną i uwiecznię nazwisko w druku..! Maleństwo nas wykończy tymi ucieczkami. Inna sprawa, że przynajmniej jest kochana i łatwo daje się złapać, nie to co towarzysząca jej czasem (gdy dziura w ogrodzeniu powstała na skutek rozciągania pastucha przez Maleństwo zrobi się większa) Buba…]

Zanim jeszcze wyjechaliśmy do Kozienic i zanim Lepsza Połowa mnie zdołała wziąć prysznic (ja już byłem po porannym karmieniu koni, porannej kawce i porannej sesji z internetem, a także po porannym lonżowaniu Osman Guli i właśnie oddawałem się, z niejakim pośpiechem, porannemu sprzątaniu pod wiatą…), który w tej sytuacji stał się już nie letnim, a wprost – zimnym prysznicem – zgasło światło. Ponieważ było już widno, to nie było widać, czy tylko u nas, czy w całej wsi, ale bezpieczniki w domu były OK.

Kiedy wróciliśmy z pierwszej wycieczki, prądu dalej nie było. Kopnąłem się te pół kilometra do słupa sprawdzić, jak tam nasz główny bezpiecznik, ale też był w porządku. Zadzwoniłem więc na pogotowie energetyczne. Jak się okazało, we wsi wymieniano oświetlenie uliczne… Cóż: siła wyższa! Faktycznie, widać teraz, że wymieniono – i to na takie samo, jak ja mam przytwierdzone z boku naszej chatki. Oczywiście, nas to nie dotyczy o tyle, że do wioskowej ulicy mamy prawie kilometr, więc czy tam coś świeci, czy nie świeci, to służy tylko szybkiej informacji, czy ewentualna awaria ma charakter indywidualny, czy społeczny. Takoż fakt, że całe to oświetlenie chodzi na tym samym obwodzie co cała reszta i trzeba prąd w całej wsi wyłączać, żeby wymienić kilka lamp, bynajmniej nie jest pocieszający… Jaka zaś z tego płynie dla Szanownego Czytelnika niniejszego bloga nauka w sprawie życia wsi? Otóż, trzeba koniecznie czytać ogłoszenia, jakie wiszą na tablicy sołtysa! Koniecznie! Bo ja tę betoniarkę to miałem wczoraj od sołtysa właśnie pożyczyć, a on nie pamiętał, że prądu nie będzie i że nic z tą betoniarką (nawet, gdybym nie jeździł dwa razy do Kozienic), nie zdziałam…

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...