piątek, 25 grudnia 2009

Panta rhei

Wszystko płynie. Resztki śniegu spływają z naszych pastwisk polewanych deszczem. Z kranu pod wiatą dla koni prawdopodobnie non stop woda ciurka – nie widać teraz, bo wszystko mokre, ale jak ten ciurkacz zamarzał, widać było wyraźnie; spod samego zaworka ciekło. Przesącza się też spod głównego zaworu wodnego w naszej chatce – muszę wyłączyć pompę, żeby to zapoksilinić. A nocą spłynęły nam z padoku wszystkie konie. Powtórka z Wielkiej Ucieczki sprzed dwóch tygodni!

Lepsza Połowa mnie czasem, nie co noc, ale dość często, budzi się ok. 1.00 – 2.00. Głównie dlatego, że zasypia zazwyczaj, przez naszą kozę ukołysana, wcześnie. Kiedy się budzi, chodzi do koni sprawdzić, co też porabiają. Tak też i tym razem zrobiła – i obudziła mnie, wpadając do chatki z okrzykiem: wejście otwarte, koni nie ma!

Skoro zwiały wszystkie to, nauczony doświadczeniem Wielkiej Ucieczki, dobrze wiedziałem gdzie je szukać – od razu też poszedłem z uwiązem do miejsca, gdzie jest najlepsza w całej okolicy trawa, czyli na nasz własny, 10-hektarowy padok po drugiej stronie naszej wyboistej, piaszczystej dróżki. Były tam. Dalia wlkp sama do mnie bardzo miło, jak na wigilijną noc przystało, podeszła i dała się złapać. Ponieważ nie widziałem nigdzie Glusia, który zwykle służy nam do tego celu, wziąłem ją na uwiąz i poprowadziłem pod wiatę, a stado grzecznie szło za nami. Niestety, Lepsza Połowa mnie zdążyła akurat naprawić zerwane pętle przy prowizorycznym wejściu na padok, jakie mamy tuż przy wiacie – i zniknęła w ciemnościach, sprawdzając resztę ogrodzeń. Zanim rozplątałem węzły, achałtekinki (Glusia ciągnie nigdzie nie widziałem, ale byłem pewien że kto jak kto, ale nasz weteran na pewno nie zginie!) zrobiły w tył zwrot i zniknęły w czarnej nocy!
 Co było zrobić? Powierzyłem Dalii wlkp rolę przewodnika (dla ociemniałych, bo poza zasięgiem lampy oświetlającej tył naszej chatki i przyszły zimowy padok, ciemności panowały iście egipskie). Na samym początku wpadłem jedną nogą do dołka pod 18-ty, ciągle jeszcze nie zabetonowany słupek. Wyszliśmy na drogę, doszliśmy do skrzyżowania, po czym Dalia skręciła w lewo, w stronę tzw. „pustyni“. Jest to spory, kilkuhektarowy kawał ziemi, przecięty polną dróżką wyznaczającą koniec jednej z naszych działek tym się charakteryzujący, że glebę ma wyjątkowo, nawet jak na tę okolicę słabą, a pod jej cienką warstwą zalegają różne piaski i żwiry, z powodzeniem także i przeze mnie używane do budowy. Nasz kawałek pustyni jest stosunkowo niewielki, będzie tego z pół hektara, może ¾. Ponieważ po zaoraniu okazało się, że w ogóle nie ma tam warstwy próchniczej, a jest to miejsce, które docelowo ma być przeznaczone pod wybieg dla ogiera, którego jeszcze nie mam i nie wiem nawet, kiedy będę miał, to na razie zwalamy tam cały wybrany spod wiaty i z jej okolic koński nawóz. Już nawet widać, że co nieco zostało tym nawozem przykryte. Jak Bóg da za 2 – 3 miesiące przysypię to wapnem, a potem się to ewentualnie rozrzuci rozrzutnikiem i uprawi, ale to nic pilnego, równie dobrze mogę potem ułożyć na tym i drugą warstwę, znowu ją wapnem przysypać i tak dalej – i tak najpewniej na wiosnę wszystko to porośnie owies wraz z nawozem rozsiany!

W każdym razie, konie nie mają tam czego szukać, a i mnie wcale się nie uśmiechało po przygodzie z dołkiem poprawić jeszcze i potknięciem się o kupę nawozu – że zaś, z braku taczki (dopiero wczoraj od sołtysa pożyczyłem, bo oczywiście ani pan z targu w Białobrzegach, który mi to obiecał, nie miał pasującej na moje nietypowe kółko oponki, ani też takowej nie było w żadnym Praktikerze – dętkę tylko mi się udało tamże dostać, zresztą bynajmniej nie tego dnia, kiedy chciałem, specjalnie w tym celu w poniedziałek do Janek pojechaliśmy, przy okazji robiąc część przedświątecznych zakupów), wywoziłem pożyczoną od sołtysa przyczepą o ładowności bodaj 1,8 tony i trzy razy obróciłem to, choć końskich kupek nie ma się co brzydzić, powstała w ten sposób hałda mogła być przy bliższym a niespodziewanym spotkaniu dla zdrowia szkodliwa!
 Dalia jednak szybko skręciła w drugą stronę, gdzie aż po tory kolejowe rozciągają się ziemie należące do kobiety z Bielska – Białej, od której większość naszych działek kupiliśmy. Od strony drogi jest tam najpierw kontynuacja naszej pustyni tyle, że nie zaorana: zrzuciliśmy tam ongiś wielki stos gałęzi i karpów pozostałych po karczowaniu naszej własnej ziemi i stos ten nie do końca jeszcze został przez okoliczną ludność rozebrany. Dalej ciągnie się obszerny labirynt dołów powstałych po wybieraniu piasku, częściowo wypełniony zrzuconymi w miejsce piasku śmieciami, o wiele większy, choć na ogół płytszy od dołów, jakie nam Radek pod zimowy padok u nas wyrównał, a za nimi tam, gdzie gleba jest już lepsza, dziki gąszcz brzózek i sosenek zupełnie jak ten, jaki u siebie zlikwidowaliśmy. Doły i skraj dzikiego gąszcza (jest tam, kawałek dalej, obszerna polana z niewielkim dębczakiem pośrodku – myślimy, jak by go tu do nas przesadzić pewnego dnia – całkowicie pokryta równo na ziemi rozłożonymi śmieciami, jak by kto walcem przejechał; latem śmierdzi tam strasznie i jest to miejsce skąd na wszystkie strony rozlatują się meszki i komary; będziemy musieli z tym zrobić porządek pewnego dnia, czy kupimy te działki czy ich nie kupimy… bliżej zaś torów kolejowych rośnie olszyna tak gęsta, że wejść się do niej nie da nawet i zimą) przecina dróżka, wyjeżdżona przez wybierających piasek i zrzucających śmieci – dróżka ta zakręca i nim gąszcz zgęstnieje na dobre, powraca do głównej, piaszczystej drogi tej samej, która nas od reszty naszych padoków oddziela, a która prowadzi do przejazdu kolejowego i dalej, przez Brzozówkę, do Grabowa. Opisuję topografię tak szczegółowo, bo jest po temu miejsce, a przyda się to zaraz, jak tylko przejdę do Wielkiej Ucieczki sprzed dwóch tygodni. Pewnie, że łatwiej byłoby pójść i zrobić zdjęcie, ale pada i wieje i mi się nie chce. Może gdzieś mam stare, poszukam.
 Tym razem, pogoń zakończyła się szybko. Dalia wlkp przewlokła mnie tylko przez pozostałości po stosie karpów i gałęzi. Na środku tego wszystkiego tkwiło oczywiście rozpaczliwie zaplątane Maleństwo! Muszę jeszcze raz sprawdzić, czy nic się jej nie stało, bo na początku wydawało się, że trochę kuleje – ale jak patrzyłem pół godziny temu, wszystko było w porządku. Pojawił się wreszcie, nigdzie wcześniej nie widziany Gluś (czyżby tkwił w tym ponurym miejscu od początku i nie poszedł z resztą stada na soczystą trawę naszego padoku..? Wierzyć się nie chce!). Pojawiło się po drugiej stronie pustyni światełko latarki Lepszej Połowy mnie (która po raz kolejny udowodniła, że jest naprawdę Lepszą Połową, zachowując przytomność umysłu i zabierając ten, jakże potrzebny po ciemku sprzęt!). Złapałem za kantar Glusia i ruszyliśmy w stronę światełka, starając się ominąć bokiem kupy nawozu, co nawet się udało. Maleństwo się wyplątało i wszystkie trzy Gracje poszły za nami, po drodze starannie obwąchując i zwiedzając wszystko, co tylko je zainteresowało – pustaki, kłąb bednarki, resztki po belkach użytych do budowy wiaty, samochód, chatkę (zaglądając do środka, gdzie na wygrzanym łóżku samotnie wylegiwała się Sylwestra – o której jeszcze będzie za chwilę!), zwłoki koparki w pobliże chatki przez Radka przyholowane, 18-ty, 19-ty i 20-ty dołek pod słupki i tak dalej. W końcu jednak udało się je namówić do wejścia na padok i tym się historia dzisiejszej nocnej ucieczki zakończyła.
 Poza tym oczywiście, żeśmy się oboje nie wyspali. Lepsza Połowa mnie właśnie zabiera się za poranną kawę, ja też wstałem niedawno bo widząc że leje i z jazdy na razie nici, po wydaniu im owsa tuż po 5.00 (przewidując, że mogę zaspać, nastawiłem sobie budzenie w komórce – niepotrzebnie, bo nasz żywy budzik w postaci Sylwestry mimo, że dostała jeść po naszym powrocie z łapania koni i mimo, że Lepsza Połowa mnie wypuściła ją na kupkę ok. 3.00 najpierw miała o 5.00 atak głodu, potem poszła ze mną karmić konie i przy okazji jeszcze raz załatwiła niezbędne potrzeby, a na koniec dostała jakiejś głupawki i trzeba się było z nią pobawić, nim dała się zagonić do łóżka i zapadła w letarg…), wróciwszy do chatki, zamiast zrobić sobie kawę i zasiąść przed końputerem w oczekiwaniu na świt, po prostu wróciłem do łóżka. O ile nie przestanie padać na trochę dłużej, żeby koniom grzbiety obeschły, zanosi się na najbardziej chyba leniwy dzień w historii naszego tutaj osadnictwa. Konie też zresztą nudzą się setnie. Tak się zastanawiam – jakieś kino pod gołym niebem dla koni? Muzykę może im puścić? Tylko jaką – ma ktoś jakieś doświadczenia w tym zakresie…? O Sylwestrze wiemy, że Haendla nie znosi, a najbardziej ją zafascynowały głosy małp z „Mostu na rzece Kwai“, ale o gustach koni nic nam, niestety nie wiadomo. A przecież muszą mieć jakieś…

Pozostaje zagadką, dlaczego pętle przy wejściu na padok zsunęły się z izolatorków, do których są zaczepione – choć, jeśli idzie o górną linkę, to się tak już i wcześniej zdarzało, a dolna była po prostu wyrwana, więc może górną któraś (bo Glusia nie podejrzewam!) zsunęła, potem Maleństwo i Buba wylazły tak, jak to i wczoraj w ciągu dnia zrobiły, a stado ruszając za nimi, przerwało dolną linkę i tyle. Światło pod wiatą było też zapalone – ale, że żadnych obcych śladów na mokrej ziemi nie znaleźliśmy (sprzątałem zresztą wczoraj pracowicie przez większą część dnia, więc złażone jest tam wszystko kompletnie i mało co widać), to najpewniej ja zapomniałem zgasić wracając po ostatniej wieczorem wizycie u koni.

Wielka Ucieczka była o wiele bardziej dramatyczna, choć pewnie z punktu widzenia koni trwała krócej. Mróz był wtedy, może nie największy w ciągu tych minionych dwóch tygodni, ale z pewnością już dotkliwy – a nie mieliśmy jeszcze końwektora, łagodzącego bardzo przyjemnie skutki nie palenia nocą w naszej kozie. Śnieg też leżał, choć jeszcze nie było go tyle, co w kilka dni później, kiedyśmy koniom zdjęcia robili. W ogóle, była to ponowa i bardzo dobrze widać było wszelkie ślady. Co zresztą okazało się w skutkach mylące.

Obudził nas, także około 2.00, hałas i tętent kopyt. Zapalając światło w chatce dostrzegłem kątem oka za oknem galopujące Maleństwo i jeszcze jednego konia, najpewniej Bubę. Ponieważ te dwie uciekają nam notorycznie (Maleństwo potrafi przejść przez ogrodzenie w każdym miejscu, a jak zrobi to kilka razy i np. przerwie linkę, to Osman Guli natychmiast idzie w jej ślady!), wskoczyłem w dżinsy, podkoszulek, polar i sandałki na gołe nogi i pobiegłem za nimi z uwiązem i (tym razem przytomnie zabraną) latarką. Łatwo znalazłem na śniegu ślady – dwóch koni (jak mi się wydawało) i poszedłem za nimi. Przez pustynię, dróżką przecinającą labirynt wyrobisk, do głównej piaszczystej drogi, na nasz większy padok i – jak mi się wydawało – z powrotem w stronę chatki i wiaty. To się tak łatwo pisze, ale kółko takie ma co najmniej 800 metrów i w sandałkach po śniegu było to nadzwyczaj wprost miłe doświadczenie! Tym bardziej, że ślady prowadziły do naszej ujeżdżalni i tu już trop gubiłem, bo poprzedniego dnia pojeździłem trochę na Dalii i robiło mi się tych kopyt za dużo. Wróciłem do chatki, założyłem skarpety i czapkę. Przy wiacie spotkałem Lepszą Połowę mnie od której dowiedziałem się, że linki są przerwane i brakuje wszystkich koni, z Glusiem, który do tej pory nigdy wcześniej nie opuszczał z własnej woli padoku, włącznie! W pierwszej chwili pomyślałem, że ktoś przyszedł kraść Dalię wlkp – to jedyny z naszych koni, który robi wrażenie na miejscowych, a że wieku po niej tak bardzo nie widać, to nawet i na ubój ktoś mógł ją sobie upatrzeć. Zrobiło mi się gorąco! Nie widząc innego wyjścia, wziąłem kluczki – i Bóg wie po co, także portfel, dowód rejestracyjny i komórkę – i uruchomiłem samochód. Zawsze to coś widać w świetle reflektorów, jakby gdzieś w pobliżu stał samochód z przyczepą, miałem szansę go dogonić, no i dalej można zajechać niż piechotą dojść. Pojechałem na miejsce, gdzie mi się ślady urywały i wtedy, daleko na horyzoncie, w świetle reflektorów coś mi mignęło. Wjechałem na pokryty śniegiem padok. Zrobiłem wielkie koło, dojeżdżając aż do następnej, równoległej drogi, na której ten padok się kończy i tam zawróciłem. Były! Dokładnie na środku!


Wysiadłem z samochodu a ponieważ nie udało mi się złapać Dalii (która jednak była i miała się dobrze! Ależ to była ulga..!), wziąłem na linkę Glusia i tak przyprowadziłem stado z powrotem pod wiatę. Potem jeszcze wróciłem po samochód i kiedy przyjechałem i wszedłem do chatki, rozbierając się stwierdziłem brak komórki i dowodu rejestracyjnego. Najwidoczniej wypadły mi z kieszeni polaru, w której miałem też kłąb sizalu (do naprawy ogrodzenia) i latarkę. Dobrze chociaż, że portfel był. Przeszedłem się więc jeszcze raz po śladach własnych i kół samochodu, ale mimo latarki po ciemku nic nie znalazłem. Pozostało poczekać do świtu. Ponieważ zimno było straszliwie, rozpaliłem w naszej kozie, ustanawiając tym samym na razie obowiązujący rekord. O świcie przeszedłem się po śladach jeszcze raz i oczywiście w miejscu, gdzie zostawiłem samochód idąc po konie, tuż obok koleiny, leżała i komórka (nawet się jej bateryjka nie rozładowała, nie ma jak Nokia!) i ciężko już przez los i pralkę (jak się ma sklerozę, a dowód nosi zwykle w kieszeni…) doświadczony dowód rejestracyjny naszej Wendi (jak nazywamy naszego krótkiego Patrola). I tak się zakończyła historia Wielkiej Ucieczki. Której nie opisałem od razu, bo byłem zbyt zziębnięty i niewyspany.

 Ogólnie, wnioski z obu tych historyjek (oprócz tego, że nie warto, biegnąc w nocy łapać konie, zabierać ze sobą dokumentów, a warto brać latarkę i ubierać skarpetki!) są takie, że Dalia wlkp jest naprawdę wspaniały koniem! Wschodniopruska hodowla terenowa, z której pochodzą jej przodkowie, mogłaby się takim koniem szczycić. Owszem, jest leniwa, zepsuta przez lata pracy w szkółce (ale jej obaj synowie byli do rany przyłóż, więc to nie jest żadna genetycznie przenoszona wada charakteru, tylko skutek złego wychowania i niewłaściwej przez lata opieki) i potencjalnie niebezpieczna (ma „na rozkładzie“ jeden poważnie uszkodzony kręgosłup u instruktora i jedną złamaną nogę u dzierżawcy stajni). Jest to jednak koń mądry, bardzo praktyczną i życiową mądrością. Dopóki rządzi naszym stadem, możemy być spokojni, że żadne wielkie nieszczęście się nie stanie. Wygląda przy tym, że jest to spośród wszystkich naszych koni ten, w którym instynkty prymitywnych przodków (bo niby skąd miałaby mieć takie doświadczenie, skoro nigdy wcześniej bezstajennie się nie chowała..?) najbardziej dochodzą do głosu. Pomijając już to, że naprawdę wygląda bardzo ładnie i ma się świetnie, to dzięki niej stado trzyma się w razie zagrożenia otwartej przestrzeni, a nie włazi w jakieś doły czy krzaki, gdzie mogłyby sobie krzywdę zrobić i to ona wybiera zawsze najlepszą dla koni trawę. A kiedy sytuacja staje się nadzwyczajna, można mieć do niej całkowite zaufanie. Jak wtedy, kiedy przeszliśmy razem przez ruchliwą stację kolejową w Trzebnicy, albo przejściem podziemnym pod obwodnicą Żmigrodu, lub kiedy znaleźliśmy w lesie wisielca czy też, kiedy zaplątała się w drut kolczasty ogradzający krowy na pastwisku… O czym może jeszcze opowiem – innym razem!

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...