niedziela, 20 grudnia 2009

Oto jest głowa zdrajcy…

Nie ma co ukrywać, że słowne gierki, witze i zabawy stylem są w tym blogu celowe, zamierzone, a nawet dla jego egzystencji nieodzowne – staram się, żeby przy czytaniu każdego postu Czytelnik przynajmniej się uśmiechnął. Miałem stąd pewien dylemat, do której z kategorii konkursu na „Blog Roku 2009“ aplikować: że jednak nie tworzę tu fikcji, wybrałem ostatecznie kategorię pewnie lżejszą wagowo niż literatura, ale za to o wiele bardziej konkurencyjną. Skazując się zarazem z punktu na porażkę, boż przecież ani nie jestem rodzicem, któremu obumarło dziecko (zasadniczo, w ogóle nie jestem rodzicem!), ani żaden z moich koni jeszcze na alkoholizm nie cierpi, choć Wielki Straszny Zwierz, czyli Dalia wlkp, a i owszem, piwo (byle nie przegazowane!) lubi…

Ogólnie rzecz biorąc w tym, że ludzie bardziej się pasjonują różnego rodzaju tragediami i nieszczęściami, niż błahą zabawą słowem nie ma niczego zdrożnego – acz różni malkontenci widzą przyczynę wielu naszych nieszczęść w tej właśnie, ewolucyjnie całkiem zrozumiałej właściwości ludzkiej psyche (boż o wiele bardziej trzeba uważać na gadziny różne, burze, gradobicia, trzęsienia ziemi i zamieszki, które w każdej chwili mogą naszą egzystencję zakończyć, raz na zawsze przekazanie genów następnemu pokoleniu uniemożliwiając, niż rozglądać się za przyjemnościami, które bez szkody dla zdrowia można odłożyć na później…). Zwłaszcza miłośnicy kultury wysokiej mają w zwyczaju wskazywać skłonność gawiedzi do gonienia za sensacją jako przyczynę ogólnej miałkości i bylejakości współczesnej pop-kultury. Jakby u nas w Boskiej Woli pod sklepem jakaś wielka kultura słowa kwitła a nie zwykłe, wioskowe ploty!

Tak samo niczego nie ma dziwnego w tym, że wśród różnorakich nieszczęść, których bogatą ofertę można bez wielkiego trudu w necie wyszukać (co tam wyszukać! Sama się na ekran pcha z każdej strony, prawda..?), najbardziej poruszające są tragedie indywidualne, z wyrazistymi rolami, najlepiej przedstawiającymi sobą chodzącą (lub nie) bezradność – doskonale nadają się do tego małe dzieci, zwierzęta i kaleki. Zaznaczam z góry, że wcale przy tym z moich w tym konkursie współzawodników, których różne tego rodzaju nieszczęścia dotknęły, nie kpię. W ogóle kpina, zgrywa i witz, to jest właściwa dla mnie reakcja na stres – o czym się już niejeden raz przekonałem; ostatnio w przychodni chirurgicznej szpitala w Wołominie, gdzie mi przyszywano urwany przy ładowaniu Dara wlkp do przyczepy palec: udało mi się sympatycznego, choć zmęczonego zapewne śmiertelnie po kilkunastu godzinach dyżuru chirurga wyprowadzić z równowagi opowieściami o dziadku Janie, któremu w 1939 dwa palce odstrzelono, a z braku środków dezynfekujących, ranę obsikano i zwolniono do domu. Żałował, że nie ma powodu, aby mnie znieczulić ogólnie, a nie tylko miejscowo, żebym się wreszcie zamknął – ale palec przyszył. Teraz mi strasznie marznie i zrósł się krzywo tak, że pomysł jego odcięcia, który wtedy w ramach makabrycznego żartu sprzedawałem lekarzowi, wcale nie wydaje mi się z perspektywy czasu taki zły.

Do rzeczy jednak, do rzeczy! Kołuję tak dlatego właśnie, że temat, który czuję się zmuszony podjąć (jest to przymus wyłącznie wewnętrzny, tym jednak dotkliwszy), napełnia mnie jakąś ciemną trwogą. Nie jest też wcale łatwy do opisania – nie wiem doprawdy, czy tu przypadkiem nie zachodzi ten sam przypadek, o którym święty Augustyn mówił: „wiem, kiedy nie pytasz“, a Wittgenstein pisał „O czym nie można mówić, o tym trzeba milczeć“. Że jednak przymus wewnętrzny, który mnie, nie bez związku z porą roku i kalendarzem liturgicznym, na ten właśnie temat naprowadza, nie pozwala mi zająć się żadnym innym, a tyle jest pięknych i ciekawych rzeczy do opisania (jak wspomniana już w poście niżej Wielka Ucieczka, czy ostatnie doświadczenia na grzbiecie Osman Guli), to nie mam wyjścia: nie opisując sprawy jasno i do końca, ponieważ nie jest to możliwe, muszę jej jednak chociażby dotknąć.

Jestem zdrajcą. Ju-da-szem! Zdradziłem mój klan, ród, plemię – Rodziców w każdym bądź razie. Zawiodłem, porzuciłem i zapomniałem. W jaki sposób? W taki właśnie, że siedzę tu w Boskiej Woli przy powoli rozgrzewającej się kozie (póki co jeszcze siedzę w swetrze i w grubych skarpetach, ale mam nadzieję wkrótce pozbyć się tych akcesoriów), z końmi i z Lepszą Połową mnie, która nie jest moją ślubną małżonką. W taki sposób, że nie przedłużam mojego rodu i nazwiska, a Rodzicom nie przysparzam wnuków, którzy mogliby być radością ich dni. Że nie pracuję na państwowym i nie odkładam na emeryturę. Wreszcie w taki, że nie pozwoliłem im do końca urządzić Boskiej Woli zgodnie z ich pomysłami – i rozstaliśmy się we wrześniu w gniewie.

Powinienem sprzedać konie, porzucić ziemię, którą sam wykarczowałem i przysposobiłem do uprawy (Rodzice, karmiący się telenowelami, nie wiem skąd wymyślili sobie, że dokonałem cesji całej tej posiadłości na rzecz Lepszej Połowy i dlatego nie śmiem jej oddalić i nie pozwalam im na narzucanie jej ich pomysłów na wystrój wnętrza naszej chatki – o karnisze konkretnie poszła awantura; zawiesili je pod naszą nieobecność, nie pytając o zgodę…). Powinienem wrócić do domu rodzinnego i… o nic więcej już się nie martwić – Oni pomyślą za mnie. Pewnie nawet znaleźli by mi pracę w szkole lub w urzędzie. Kandydatka na żonę, z którą zdążę jeszcze spłodzić choć jednego potomka, podobnoż nadal czeka. Domek sami mi wybudują pod rodzinnym miasteczkiem. Będziemy się odwiedzać codziennie, a kiedy będą już starzy i chorzy, zaopiekuję się nimi, a potem odprowadzę na cmentarz.

Jest to ideał który ma pewną wartość moralną. Co, poniekąd jest jedną z przyczyn tak długotrwałego (bo to już ponad 12 lat tak trwa…) i zaognionego konfliktu: nigdy nie umiałem im wprost powiedzieć „nie, tak nie będzie!“ Właściwie dlaczego nie? Pomijając kwestię tej kandydatki na żonę, to przecież jest prawdą, że mogliśmy się z Lepszą Połową mnie 10 razy pobrać – a Rodzice wiele razy dali dowody dobrej woli, rezygnując z koncepcji przeniesienia mnie z powrotem do rodzinnego miasteczka (ten swoisty „plan maksimum“ objawili w całej pełni dopiero ostatnio: choć matka wiele już razy wspominała, jak to szczylem kilkuletnim będąc, obiecywałem, że nigdy się nie ożenię, tylko będę jej pomagał okna myć), jeśli tylko pozwolę im na ich sposób urządzić, czy to mieszkanie w Warszawie (którego koniec końców nie udało się nam kupić – fakt, że przez 12 lat żyliśmy w mieszkaniu wynajmowanym był jednym z zasadniczych punktów sporu), czy to – trudno się mówi – nawet i to gospodarstwo w Boskiej Woli, gdzie w końcu Ojciec mój wiele pracy trzykrotnie tu będąc, włożył. Co naprawdę nie było sprawą łatwą ani małą, mają tu ponad 300 km, a Ojciec nie jest już młodzikiem, żeby jazda samochodem przez kilka godzin, a potem nocowanie pod gołym niebem czy w nie wykończonej chatce i ciężka praca, były dla niego obojętne…

Po prawdzie zresztą, gdyby naprawdę byli już starzy, chorzy i bezradni, pewnie byłoby mi łatwiej. Na razie wygląda to jak walka o władzę – i nie uleganie ich naciskowi, oprócz takich niewymiernych i niemożliwych do użycia w rozmowie z nimi argumentów jak konie (niemożliwych do użycia, ponieważ tego argumentu na pewno nie zrozumieją, dlaczego o tym za chwilę…), też ma pewną wartość moralną.

Co wcale nie znaczy, że moi Rodzice są toksyczni (jak to się popularnie jakiś czas temu mówiło – czy dalej się używa tego określenia..?). Owszem, w domu panuje ścisły matriarchat i niewątpliwie marzeniem matki jest mieć wszystkie dzieci blisko siebie i sprawować nad nimi i nad ich z kolei potomstwem, możliwie pełną kontrolę. To ma być jej nagroda za ciężką pracę przez 35 lat i za wszystkie poświęcenia, jakie musiała ponieść, żeby nas wychować. Takie Jeszcze Większe Ciastko z Kremem w całkiem doczesnym wydaniu (ale też i z prostą kontynuacją tego samego rodzaju nagrody także i w życiu przyszłym). Czy jednak można mieć o to do nich pretensje?

Wszystkie te dziwne anachronizmy, jak szacunek do „pracy na państwowym“ i wiara w wieczne trwanie ZUS, to po prostu doświadczenie życiowe moich Rodziców. Taki model działania sprawdzał się najlepiej. Przy tym przez całe swoje życie pracowali ciężko po to, aby przyjemności życia zażywać na emeryturze, otoczeni przez dzieci i wnuki. Wygląda na to, że ich ofiara nie miała sensu, a poświęcenie poszło na marne. Czy dziwnym jest zatem, że rozpaczają? Nie tylko ja zresztą ich zawiodłem, bo i średnia siostra aż na Wyspy uciekła z rodzinnego domu i też nieobyczajnie się prowadzi, rozwodząc się właśnie z ojcem swej córki, a Rodziców jedynej na razie wnuczki. Tylko najmłodsza siostra, na razie jeszcze studentka, daje im nikły promyk nadziei na spełnienie choć niewielkiej części ich marzeń.

Nie ma co ukrywać: gnębi mnie poczucie winy. Ofiara Rodziców była realna. Poświęcili się i pracowali naprawdę. Poświęcili się – zasłużyli więc na swoją nagrodę, na swoje Jeszcze Większe Ciastko z Kremem. A ja im go odmawiam. I to w imię czego? Lenistwa, wygodnictwa, błahostek… Bo przecież nie pobieramy się z Lepszą Połową mnie, a zamiast dzieci hołubimy konie i kota (o kocie zewnętrznym, Murkisie, na razie nie można napisać, żebyśmy go hołubili: myszy ma łapać i tyle!) głównie dlatego, że możemy. Że nic nas nie zmusza ani do ślubu, ani do porzucenia tak bezproduktywnego, niczemu konkretnemu nie służącego hobby, z którego nie mamy ani grosza! To jest zresztą nie tylko dla moich Rodziców nie do pojęcia – ostatnio ludzie, od których kupuję siano pytali się mnie, co ja właściwie mam z tych koni? Nic nie mam. Nie muszę mieć. Mogę się nimi cieszyć. Tu i teraz – nie na emeryturze, nie za 30 lat, ani po śmierci.

Niewątpliwie postępuję niemoralnie i mam tego pełną świadomość. Taka postawa jak moja jest możliwa tylko w czasach dobrobytu i nadmiaru. Ludzie nie są przystosowani do dobrobytu i nadmiaru, dobrobyt i nadmiar im szkodzi – a przy tym nigdy, w dotychczasowej historii ludzkości, dobrobyt i nadmiar nie były zjawiskami trwałymi. Zdarzały się co jakiś czas przez stulecie lub dwa na pewnym obszarze i wśród pewnych tylko klas ludności – i takie jak moje niemoralne, egoistyczne zachowanie szybko przywodziły cieszące się dobrobytem i nadmiarem miasta, kraje i klasy do nieuchronnego upadku.

Och, owszem, dobrobyt i nadmiar to są właśnie te rzeczy, którym i cytowanego wyżej świętego Augustyna (biedny bynajmniej nie był!) i Wittgensteina zawdzięczamy. Naszych koni akurat nie zawdzięczamy dobrobytowi, bo je pustynni koczownicy z biedy wyhodowali, nie z nadmiaru. Teraz jednak, są tylko nikomu do niczego niepotrzebną zabawką. Nie do pojęcia jest, jak człowiek nie mający stałego źródła utrzymania może się tak kosztownymi zabawkami zabawiać, zamiast zadbać o podstawy bytu – a tylko te podstawy, w ostatecznym rachunku i ewolucyjnym (dobrobyt i nadmiar przeminą, klan pozostanie!) i eschatologicznym (w ramach eschatologii Jeszcze Większego Ciastka z Kremem) są tym, co się w ogóle w życiu liczy.


Czy zatem jest możliwe wybaczenie dla zdrajcy? Oczywiście że tak. W końcu jesteśmy Rodziną. Wszyscy tylko mamy, jak to u zimnych mieszkańców Północy, problem z wyrażaniem uczuć. Mnie najłatwiej wychodzi na piśmie…

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...