niedziela, 6 grudnia 2009

Odpływamy!

Wieczorami nasza chatka przypomina parostatek: odkąd przedłużyłem komin naszej kozy, sterczy on dumnie w postaci przerdzewiałej żelaznej rury, wystając ponad kalenicę. Kiedy w naszej kozie rozpali się ogień, z rury buchają kłęby białego dymu. Drewno mamy dość mokre: z konieczności najpierw pali się tym, co leży na wierzchu, a na wierzchu leży ostatnio narąbane, więc najmniej wysuszone. Efekt jest największy, gdy wokół zalega mgła, co wieczorami zdaża się bardzo często.

Nasza poprzednia kwatera w bloku, w Warszawie, przypominała mi przedział Orient Expresu. Nie dlatego, że taka luksusowa, tylko dlatego, że taka była ciasna. Więc przenieśliśmy się z pociągu na parostatek, co prawda większy raptem o 4 czy 5 m2 (ale wydaje się o wiele pojemniejszy z powodu braku ścianek działowych w środku; jak na razie nawet łazienkę mamy w ramach ogólnej przestrzeni, tylko szafa i suszące się ręczniki oddzielają ją od reszty; jest także o wiele mniej zagracony dzięki posiadaniu strychu). Parostatek jest też, w przeciwieństwie do przedziału Orient Expresu, cały nasz, ze wszystkimi swoimi niedostatkami, za które nikt oprócz mnie nie odpowiada: zaczynając od tego, że stoi niezupełnie w tym miejscu, gdzie chciałem go postawić, bo nie udało mi się wyhamować z 9-metrową lawetą, którą tu go przywiozłem, mamy więc w rezultacie ciemną kuchnię (ale przynajmniej już w niej nie wieje: załatałem pianką, papą i gipsem dziurę w ścianie, przez którą wprowadzony został do środka kabel elektryczny), a kończąc na zbyt słabym ogrzewaczu przepływowym wody i brakach w zimowej garderobie, która w mieście nie była nam tak potrzebna. Dokąd nim odpłyniemy..?

To jest właśnie największa zagadka. Mimo wszystko nie umiem się pozbyć optymizmu, jeśli idzie o dalszą trochę przyszłość. Ostatecznie, koniec końców na pewno znajdę jakiś sposób zarabiania pieniędzy. Mam w końcu dwie ręce (no, lewa trochę mi niedomaga przez ten przyszyty i krzywo zrośnięty palec…) a skóra dłoni tak mi już zgrubiała, że nie potrzebuję rękawiczek do pracy. Kobyły kiedyś wreszcie dadzą się zaźrebić (te dwie kwestie w miarę, jak milowymi krokami zbliża się początek sezonu rozpłodowego stają się dość palące… Już za dwa miesiące powinniśmy je wieźć do jakiegoś przystojniaka, a tu nie ma kasy nawet na podróż i przyczepa wymaga co najmniej wizyty u mechanika). Prawie na pewno zbudujemy piękną stajnię, używając do tego m.in. koparki, którą z pewnością uda mi się naprawić, a od zagospodarowania całej reszty naszych niedawnych nieużytków, dzielą nas dosłownie trzy kroki: 10 ha po drugiej stronie drogi trzeba tylko jeszcze raz skosić, nawieźć i ogrodzić…

Natomiast jak my sobie poradzimy w Święta, to nie mam pojęcia! Pieniądze skończą się nam tuż przed Bożym Narodzeniem jak sądzę, za niecałe trzy tygodnie. Prawdziwy kryzys zaś dopadnie nas 5 stycznia, jak nie będę miał z czego zapłacić raty kredytu. Tutaj nawet ewentualna pomoc Przyjaciół czy kolejna zaliczka z „KT“ niewiele pomogą, za duża to suma. Nawet gdyby miała się powieźć szalona akcja szukania pracy na lotnisku jakimkolwiek, to przecież nie wcześniej, niż po Nowym Roku… Jak pisał Wieszcz: jakoś to będzie!

Tak naprawdę, liczy się to, że nasz parostatek ciągle utrzymuje się na powierzchni. Kurs wytyczają mu co prawda zmieniające się jak w kalejdoskopie miraże i złudzenia (jak choćby miraż sprzedaży telewizorów, który zakończył się 5 tygodni temu), ale podróż trwa już cztery miesiące (bodaj jutro będzie rocznica), jedną trzecią roku i co dnia mamy jakiś drobny w tej podróży sukces. Np. wczoraj nie tylko przewiesiłem się, ale i wsiadłem na Osman Guli. Kobyła była podobnoż zdziwiona do niemożliwości, ale zachowała spokój. Nawet, mam takie wrażenie, że zareagowała na mój dosiad, gdyśmy ją zatrzymywali.

Tak na marginesie, dziwnie brzmią narzekania na niedostatek i brak pracy, gdy jednocześnie codziennie oddaję się bardzo kosztownemu na ogół i elitarnemu hobby, prawda? Wg obśmianego kilka postów niżej „Narodowego Programu Rozwoju Hodowli Koni i Jeździectwa“ napisanego przez PZHK, sport ten uprawie w Polsce 0,3% populacji. Jeden na 300 w przybliżeniu. Nigdy nie myślałem, że aż tak nas jest mało! Mniej, zdaje się nawet, niż zboczeńców różnych maści, urodzonych zabójców z podwójnym chromosomem Y, polityków i milionerów. Zwykle przyjmuje się, że normalne odchylenie od średniej statystycznej obejmuje 7% populacji w każdą stronę. Jest więc 7% ponadprzeciętnie inteligentnych, 7% debili i 86% średniaków.Można to też postrzegać w ten sposób, że jeśli jakaś cecha, pogląd lub zachowanie uchodzi za ekscentryczne, to 93% populacji takiej cechy nie posiada, poglądu nie podziela, a zachowania nie praktykuje. W tej sytuacji, uprawianie jeździectwa (wcale nie wyczynowe bo, jak rozumiem, tam chodziło o wszystkich, którzy w ogóle dupy w siodłach tłuką…) przez 0,3% ludności zaledwie, podczas gdy dla 99,7% Polaków istnienie lub nie istnienie gatunku equus caballus jest najzupełniej obojętne, to już nawet nie jest margines, ani ekscentryzm. To całkowicie pomijalna przypadłość! I właśnie w kategoriach przypadłości należy to rozpatrywać. Jeździliśmy konno, gdy nie bardzo było nas na to stać, a pierwszego konia kupiłem za pożyczone pieniądze.

Podobieństwo naszej chatki do parostatku nie tylko na buchającym z komina dymie się zasadza. Wieczorami nasza koza dosłownie kołysze nas do snu jak łagodna fala w bezpiecznym porcie (tylko bez ryzyka choroby morskiej). Robi się ciepło, jesteśmy syci i zmęczeni po pracy, a oczy same się zamykają. Dr Batog twierdzi, że koza wysysa nam tlen z chaty. Może to i prawda? Gdyby nie konieczność dania koniom kolacji, a potem jeszcze siana (odkąd, za radą Starszych i Mądrzejszych, zrobiliśmy porządek pod wiatą, konie nie karmią się już sianem same, tylko trzeba im je dozować, a żeby starczyło na noc, ostatnią kostkę dobrze jest dać nie wcześniej, niż ok. 21.00, a najlepiej po 22.00, ale tak późnej pory rzadko zdarza mi się doczekać – dawać na zapas trudno, bo zadepczą; ewentualny paśnik to raczej kwestia tej odleglejszej przyszłości…), od razu kładłbym się spać.

Niewątpliwie, gdy nadejdą mrozy, trzeba będzie palić przez cały dzień. Już w tej chwili, a siedzę przed komputerem niespełna godzinę, czuć wyraźną różnicę – robi się zimniej, niż było godzinę temu i właściwie to nie miałbym nic przeciwko temu, żeby rozpalić ogień. Tymczasem jednak, zaczyna się rozwidniać i nim to zrobię najpierw przebiegnę trochę Wielkiego Strasznego Zwierza, posprzątam pod wiatą, ok. 12.00 powinien zjawić się Jakub na lekcję jazdy, a dobrze by też było, nim damy jej kilka dni przerwy, pójść jeszcze i dziś za ciosem i wsiąść też na Osman Guli. Kiedy się coś robi zresztą, chłód nie dokucza. Natomiast skutkiem będzie pewnie kolejny zgon popołudniu. Bity się nam transferują powoli i kapryśnie i chyba jednak nie ma to nic wspólnego z limitem ilości przesłanych danych. Tak, czy inaczej: odpływamy!



P.S.
Tekst powyższy został ukończony trochę po 7.00 tylko nie udało mi się go opublikować z braku łączności z netem. Potem objechałem Wielkiego Strasznego Zwierza, posprzątałem pod wiatą, dwa razy sprowadziłem ze złej drogi Maleństwo, które oczywiście przeszło przez ogrodzenie i kiedy robiłem to po raz drugi, przyjechał Jakub. Wsadziłem go na Wielkiego Strasznego Zwierza, który powinien był być spokojny po łagodnej, tonizującej jeździe rankiem – i ganiałem na lonży w kłusie, bez strzemion, żeby chłopak złapał równowagę, a nie nauczył się, że cała sztuka jazdy konnej ogranicza się do anglezowania, jak to się zwykle robi w szkółkach. Dobrze mu szło, dopóki nie kazałem mu wziąć wodzy w jedną rękę, a drugiej podnieść do góry – Wielki Straszny Zwierz ruszył galopem. Moja wina, że nie dostrzegając zrazu związku między tymi faktami, potwórzyłem ćwiczenie też i na drugą sprawę, no i chłopak, gdy zagalopowała na prawą nogę, spadł, a ona go jeszcze przydeptała. Chyba przestraszyłem się bardziej od niego, na szczęście nie wygląda, żeby coś mu się stało. Ciekawe, jak to wpłynie na nasze relacje ze wsią..? No i, oczywiście, cały misterny plan dnia wziął w łeb. Wsiadłem potem jeszcze raz na Dalię (po raz pierwszy, odkąd ją kupiłem wiele już lat temu, była trzeci raz z padoku zabierana jednego dnia!) i sam w kłusie bez strzemion machałem jej nad głową ręką i palcatem – nawet uszami nie zastrzygła. Cwana bestyja. Tak, czy inaczej muszę poćwiczyć i (samemu) jazdę bez strzemion i chyba też lonżowanie Zwierza..?

3 komentarze:

  1. Podziwiam podjętej decyzji zmiany miejsca zamieszkania. Trzeba mieć charakter i wiek jeszcze odpowiedni :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Trzeba mieć siedem końskich ogonów na utrzymaniu i wylecieć z roboty - proste..!

      Usuń
    2. Tak, to jest motywacja, tylko szkoda,że taka bezwzględna ...

      Usuń

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...