sobota, 26 grudnia 2009

Lęk pierwotny

Jutro będę się z tego śmiał. Ale teraz wcale mi do śmiechu nie jest. Jakaś ciemna, wieczorna czy nocna zmora mnie dopadła, na piersi siadła i oddychać nie daje. Ze strachu. Przed czym..? Nie wiem…

Nie chciałem złamać szabasu (który jeszcze jeden dzień potrwa; choć mam nadzieję, że się przynajmniej lokalny sklep otworzy, w zwykłe niedziele zawsze handlujący) i otwarcie gorszyć maluczkich, więc ani wczoraj, ani dzisiaj nie uruchomiłem betoniarki. Ciągle mamy tylko 17 z 47 słupków potrzebnych, aby ogrodzić zimowy padok. Tymczasem tylko dzisiaj miały miejsce cztery ucieczki zbiorowe (Osman Guli w ślad za Maleństwem) i dwie indywidualne (samo Maleństwo, dla którego nasze ogrodzenia zdają się nie istnieć). Zimowy padok poprawi to niewiele, ale poprawi – przynajmniej dalej będą miały do ozimin i do wsi (uciekały dziś, wbrew temu co wczoraj pisałem, we wszystkich możliwych kierunkach bez różnicy, na oziminę najchętniej). A od poniedziałku ma już padać śnieg. Zresztą, piasku starczy mi na jakieś 6 – 7 słupków, nie więcej, potem trzeba będzie od sołtysa przyczepę pożyczyć i cały dzień w pocie czoła piasek na nią z dołu łopatą wrzucać. W szabas jest to i tak niewykonalne, więc tracę co najwyżej następne 23 – 24 słupki (które, w ostateczności, wkopie się po prostu bez betonowania), bo te 6, czy 7 w poniedziałek, nawet przy padającym śniegu i -1 stopnia, raczej powinno mi się udać wmurować.

Drewna już bardzo mało nam zostało i przynajmniej o tyle przyjdzie mi z konieczności szabas złamać (czyż jednak szabas nie jest dla człowieka, a nie człowiek dla szabasu..?), że zapas brzozy i resztki wierzby, który jeszcze leżą, trzeba będzie jutro porąbać. Warto, żeby choć trochę przeschły, nim do naszej kozy trafią, a będą nam potrzebne góra za tydzień – o ile znowu nie zrobi się bardzo zimno i nie trzeba będzie cały dzień palić! Nie chciałbym zaś, żeby ten zapowiadany na poniedziałek śnieg znowu to wszystko zmoczył, skoro ledwo co obeschło na dzisiejszym wietrze…

Z netem bardzo słabo łączy, a jak już połączy, to się okazuje, że jak było na rachunku 14,95 pln, tak dalej nie chce być ani grosza więcej – znaczy się, że przelewy od obu redakcji najpewniej nie wyszły przed świętami i dość jest prawdopodobne, że wyjdą dopiero po Nowym Roku, co przeżycie najbliższego tygodnia czyni pewnym wyzwaniem. Cóż: na chleb powinno starczyć…

Takoż i koza dzisiaj kaprysi, a choć temperatura jest wcale dodatnia, to wicher który w ciągu dnia niemal unosił naszą chatkę (pozbawioną wszak fundamentów…) i teraz dopiero cichnąć zaczyna, stanowczo domaga się (jak zając na talerzu buraczków, a kasza gryczana gulaszu…) jako niezbędnego pendant także i buchającej ciepłem kozy.

W dodatku skończyła się już wódka, wino, piwo i świąteczny pasztet autorstwa Lepszej Połowy mnie (jak dotąd najlepszy w całym naszym pożyciu! Naprawdę pycha! Inna sprawa, że chyba nigdy wcześniej nie byliśmy tak głodni…). Pozostało odpieczętować, z niemałym za sprawą starego laku pokrywającego korek trudem, holenderską jałowcówkę, jedną z ostatnich pamiątek po podróżach, jakie w zasobniejszych (nie lepszych przecież!) czasach podejmowaliśmy dla przyjemności.

I chyba o ten pasztet, wódkę, wino i piwo chodziło, bo jak kończę ten tekst po trzecim kieliszku rozgrzewającej, bardzo już starej jałowcówki (kupiliśmy ośmioletnią… trzy lata temu czy cztery..? Nie pamiętam…), to mi się ten pierwotny, ciemny lęk z niejakiego dystansu już ukazuje… Spróbuję zatem zająć się porządkowaniem skrzynki pocztowej i wysyłaniem świątecznych życzyń, na co nie miałem czasu wcześniej: wczorajszy dzień, wbrew oczekiwaniom, okazał się wcale ładny i nie tylko z wszystkimi końmi popracowaliśmy, ale też i pojechaliśmy na naszych emerytach na miłą, spokojną przejażdżkę w świetle zachodzącego słońca. Spotkaliśmy po drodze Jakuba, który obiecał przyjść dzisiaj – zarzekając się, że wcale się nie zniechęcił wypadkiem. Nie przyszedł. Lepsza Połowa wątpi, czy w ogóle szedł do nas, jakeśmy go spotkali – ale sądzę, że pewnie wypadła mu jakaś rodzinna wizyta, jak to w drugi dzień Świąt. Bo i nam byłoby o wiele milej, gdyby nas dzisiaj ktoś był odwiedził – ten wicher na pewien czas rozpędził chmury i nawet słoneczko się na godzinę – dwie pokazało, zdjęcia można było robić. Ale tylko jakieś rozbawione, męsko – damskie towarzystwo w samochodzie na warszawskich, bielańskich konkretnie numerach, zatrzymało się przy naszym płocie na papierosa – i, jak zwykłe kmiotki, uciekło, kiedy do nich z Maleństwem w ręku podchodziłem, żeby dali się jej obwąchać (bo Maleństwo było dzisiaj lonżowane i spacerowało, żeby poznawać świat; w żaden sposób to nie wpłynęło na jej skłonność do wycieczek za ogrodzenie, mimo stałego dostępu do wody i siana w środku i nadmiaru wręcz miejsca na 4 hektarach do rozprostowania nóg..!). Maleństwo, podobnie jak reszta naszego gwiazdorskiego teamu, poczuło się bardzo rozczarowane takim brakiem dobrego wychowania i należnych jej urodzie hołdów!

Za chwilę idziemy wydawać towarzystwu kolację. Szabas szabasem, ale przynajmniej pojeździłem dziś na Wielkim Strasznym Zwierzu (ekspresowo, bo podniecona wiatrem parła naprzód jak wyścigówka mimo poważnego wieku i szpata!) i gruntownie posprzątałem pod wiatą i w jej najbliższych okolicach. Taczka pożyczona od sołtysa skrzypi tak, że trąb archanielskich nie byłoby przy niej słychać – jest przy tym cięższa, ale za to mniej pojemna od naszej; urobiłem się zatem dość gruntownie, choć wydawać by się mogło, że nic zgoła nie zrobiłem. Od obiadu grałem zatem, spoglądając od czasu do czasu do tego leniwie się otwierającego neta, w mój ulubiony Freeciv – ale już widzę, że choć Polska w mojej grze rozciąga się od Atlantyku po Ural, nie wyrżnę całej konkurencji przed upływem roku 2000, dalsza gra nie ma zatem sensu. Stąd i lęki, bo z czego niby jeszcze..? I nieprawda, że jęczę i szerzę defetyzm! Wniosek Lepszej Połowy, aby wykorzystać jagody jałowca, którego mamy na naszej ziemi do oporu, do produkcji własnej jałowcówki popieram rękami i nogami! Czy tą są jęki i defetyzm..? Zdrówko!

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...