niedziela, 27 grudnia 2009

Dura lex..?


Przyjechała do nas dzisiaj policja. Radiowozem. Przyjechała, zakręciła niemal na miejscu przed naszą chatką i nim zdążyłem do nich wyjść, zniknęła w tumanie kurzu. To prawda, że szedłem do nich z widłami. Właśnie skończyłem wybierać nawóz spod wiaty dla koni i odstawiałem sprzęt na miejsce – to z czym miałem iść, z naręczem kwiatów? Poza tym, oprócz wideł, niosłem też łopatę i grabie – nikt chyba nie powie, że to aż tak morderczo wyglądało żeby, było nie było uzbrojony zapewne, patrol przestraszyć..?

Bo nie powiem, na sam widok radiowozu, fala adrenaliny uderzyła mi do głowy. Jak by nie patrzeć, od legalizacji naszej chatki i wiaty dla koni dzieli nas już od czterech miesięcy całe 800 złotych, które muszę zapłacić mojemu kierownikowi budowy w chwili zgłoszenia jej rozpoczęcia – bo, jak na razie, to mnie tu przecież wcale nie ma! Tabliczki z numerem domu, który gmina mi nadała mimo, że mnie tu przecież wcale nie ma, też nie wywiesiłem, były pilniejsze wydatki. No i po tym, jak rano przeczytałem co o swoich kłopotach z gminą pisze właścicielka Rancha w Mazurach Garbatych, blogująca pod nickiem Indianka (tak to już jest, że poetów czytują głównie poeci, filmy najuważniej oglądają filmowcy, a blogerów czytają inni blogerzy; mimo wszystko bardzo mi miło być przez Indiankę obserwowanym ☺), to różne głupie myśli natychmiast mi przyszły do głowy. W końcu trzymam konie na mrozie przez całą dobę, zamiast je w ciasnej komórce (której nie mam, ale tym gorzej dla mnie!) zamknąć i w ogóle, chude jakieś takie, widać że niedożywione… - a nasz wójt sam konie hoduje, wprawdzie małopolskie, to wie że do moich wyścigowych chudzielców żadne dopłaty się nie należą, ale…

Tu chwila refleksji natury ogólnej. Od czasu Rewolucji Antyfrancuskiej, być może nawet już wcześniej, ludzie dość powszechnie żyją złudzeniem, że są rozumni. Nie do pojęcia, jak można w tak jawną głupotę wierzyć? Być może, wiara ta jest tak powszechna, bo po prostu schlebia powszechnej próżności… Jednym ze skutków tej irracjonalnej wiary w ludzką rozumność jest też dążenie do takiej organizacji życia społecznego, która opiera się na jasnych, spisanych regułach i obiektywnych procedurach realizowanych przez profesjonalną i bezstronną administrację. Dążenia tego nie negują nawet liberalni konserwatyści czy też konserwatywni liberałowie (nigdy nie umiałem pojąć, czym to się może od siebie różnić…), zwracając tylko uwagę na niebezpieczeństwo nadmiernego rozrostu tej administracji i przysługujących jej kompetencji. Otóż: gówno prawda!

Próg takiego przeregulowania życia przepisami, za którym nikt już nie jest bezwinny, a żadnej niemal życiowej czynności nie można wykonać, nie naruszając tego lub owego przepisu – próba zaś ich przestrzegania z punktu prowadzi do niemożliwości zrobienia czegokolwiek; próg ten został już dawno przekroczony! Bo czy ja mam „za uszami“ tylko brak zgłoszenia rozpoczęcia budowy i nie wywieszoną tabliczkę..? A gdzie tam! Nie tak dawno dowiedziałem się, że istnieje coś takiego jak „pozwolenie na zmianę ukształtowania terenu“. A ja przecież zmieniłem ukształtowanie terenu radykalnie: przez dwa lata z wysypiska śmieci porośniętego karłowatymi brzózkami i sosenkami zrobiłem jedno z lepszych w okolicy pastwisk, ostatnio wyrównując też głębokie doły, które po wybieraniu przez okoliczną ludność piasku przez 20 lat powstały. Nie wspominając nawet o tym, że się tych karłowatych brzózek i sosenek o metryki nie pytałem, jak je pod piłę brałem… Zresztą, problem wylesienia to był pierwszy punkt, gdzie spotkałem się z życiowym podejściem do tego typu problemów naszej, pod każdym względem wzorowej, gminy. W pierwszym odruchu chciałem poprosić o zezwolenie. Sympatyczny pan natychmiast mi wyjaśnił, że ja po prostu źle widzę: na mojej ziemi nie rośnie ani jedno drzewko! W każdym razie: ani jednego drzewka nie ma tu według mapy i planu zagospodarowania przestrzennego. Są to „grunty orne bez prawa zalesienia“. Koniec tematu.

Nie mogłem w efekcie wynająć firmy do karczowania terenu, musieliśmy to zrobić sami, rżnąc na dwie piły przez trzy miesiące (wieczorami, bo wtedy jeszcze „na państwowym“ pracowałem) – ale to nam na zdrowie tylko wyszło. Jak bym wtedy od razu pomyślał i zamiast wynajmować koparkę do wyrywania karpów, kupił sobie własną… Trzy takie, jak moja „Białoruśka“, którą rok później i tak kupić musiałem, za cenę tego, ile mnie ten wywóz karpów kosztował, mogłem mieć – albo jedną, ale sprawną.

Gdyby gmina chciała postępować rygorystycznie, a ja bym się ich o pozwolenie pytał, pewnie bym do tej pory nawet jednej krzywej gałęzi nie zdołał ściąć, o przeniesieniu się tutaj z końmi nie wspominając. Oczywiście gmina okazała w tej sprawie życzliwość nie bez miłości własnej: jak by przyznali, że mają na swoim terenie z 1000 ha beznadziejnie zapuszczonych nieużytków zamiast gruntów ornych, to też by dla nich wcale korzystne nie było. Wójt obrotny; kredytów, dotacji i subwencji nabrał i teraz gminne grunty sprzedawać musi, bo spłacić nie ma z czego, to mu na wizerunku zależy…

Tylko, czy gmina która tak olewa przepisy – dla dobra mieszkańców w efekcie – to dalej jest ta profesjonalna i bezstronna administracja w której istnienie mamy wierzyć? Mit to jest bezrozumny tak samo, jak na niczym nie oparte przekonanie, że jesteśmy rozumni…

Podniesiony na duchu takim rozumowaniem, postanowiłem na koniec dzisiejszego dnia złamać lewo raz jeszcze. Druh mój serdeczny Radek skosił mi wiosną trawę, ale zebrać zapomniał – że zaś, leżąc na ziemi przeszkadzała nowej rosnąć, tośmy to w miesiąc ręcznie, grabiami zebrali, łudząc się, że na ściółkę dla koni się nada. Złożone w stóg tylko się to skruszyło w jakąś potworną mierzwę – trzeba się było tego pozbyć, bo przeszkadzało. Zamiast wywozić pracowicie cały ten chłam, korzystając z pięknej, suchej i prawie bezwietrznej pogody, zrobiliśmy sobie ognicho. Ku wielkiej uciesze naszych koni oraz kota zewnętrznego Murkisa, który natychmiast uciął sobie przy ogniu drzemkę. Dlaczego piszę, że złamałem w ten sposób lewo? Wiosną, kiedyśmy sprzątali teren na którym stanęła potem nasza chatka, paliliśmy jakieś śmieci, od czego zajęły się leżące pod spodem, a z wierzchu niewidoczne trociny, zaś na widok kłębów czarnego dymu, zajechało do nas dwóch panów, jak sami o sobie twierdzili – z nadleśnictwa. Że niby las się pali, a w ogóle to nie wolno żadnego otwartego ognia palić, bo sąd grodzki… Sąd grodzki, sądem grodzki, panów wyprosiłem i więcej o nich już nie słyszałem – ale skłonny jestem uwierzyć, że istotnie palenie ognisk jest w naszym landzie Jewrosojuza nielegalne. Wcale się taki zakaz niczym szczególnym od tysięcy innych, podobnych zakazów nie różni. Że jakieś tam „płonie ognisko i szumią knieje“..? To są, panie dzieju, starodawne dzieje!

Sądzę, że nasza dzielna policja do nas po prostu zabłądziła. Kiedy znikała w tumanie kurzu widać było, że skręca w boczną dróżkę za naszymi działkami – najpewniej pomylili wjazd do nas z tą właśnie dróżką. W końcu jeszcze cztery miesiące temu żadnego wjazdu tu nie było – a dokładnie wtedy widziałem w okolicy policję po raz ostatni. I, prawdę pisząc, czuję się tym bezpieczniej, im rzadziej ją widuję!

7 komentarzy:

  1. Witam!
    Posiadają Państwo piękne klacze, jestem nimi zauroczona... Interesuję się bardziej folblutami, a rodowody tejże rasy odnalazłam bez problemu. Poszukiwania wszelkich żyjących w XVIII w. achał-tekinów spełzły na niczym... Czy widział pan gdzieś rodowód Boynou'a? Albo jakichś klaczy, najlepiej wyścigowych (?), żyjących około roku 1840? Z góry dziekuję za odpowiedź na mojego maila: bazik@op.pl :)
    Pozdrawiam- Agata!
    PS. A teraz hipotetycznie- czy z krzyżówki ogiera pełnej krwi angielskiej i klaczy achał-tekińskiej mogłoby wyjść coś porządnego? Oczywiście nikt nie ma zamieru eksperymentować:)

    OdpowiedzUsuń
  2. Jedynym achałtekińcem z XVIII, a właściwie z przełomu XVIII i XIX wieku, o którym coś w ogóle wiemy jest Turkmen Atti, który w dość zawikłany sposób trafił do Landgestüte w Neustadt, spłodził tam wielu synów zasłużonych dla historii rasy trakeńskiej i przepadł, zrabowany przez marszałka Murata w 1807 roku - i jest w muzeum w tymże Neustadt podpisany jako "arabian", co dla mnie osobiście patrzy na kpinę ze zwiedzających i obelgę dla samego konia, którego przecież nie bez powodu nazwano (po turecku): "Koniem turkmeńskim"!

    Bojnou urodził się w 1885 roku z nieznanej achałtekińskiej kobyły po ogierze Lelianing Czepi i to jest wszystko co o jego pochodzeniu wiadomo.

    Na pewno nie ma żadnych pisanych danych o jakichkolwiek klaczach achałtekińskich żyjących około roku 1840. Ba! Prawie na pewno (istnieje hipoteza odmienna, ale wydaje mi się ona mało przekonywująca) NIE BYŁO żadnych klaczy "wyścigowych" achałtekińskich w tym czasie: bo nawet, jeśli turkmeńskie plemiona uprawiały wyścigi (a wiemy skądinąd, że uprawiały), to mało prawdopodobne, aby było tych biednych i na ogół niepiśmiennych koczowników stać na trzymanie koni TYLKO wyścigowych - a już do innych, równie ważnych, jak nie ważniejszych celów (jak to: rabowanie karawan, porywanie żon i niewolników, itp.) nie używanych...

    Piszę to wszystko, aby uświadomić Czytelnikom prosty fakt, że konie achałtekińskie (podobnie jak arabskie nota bene) zawdzięczamy BIEDZIE ich hodowców. Są tak doskonałe, ponieważ gorsze ani same by nie przetrwały, ani też nie zapewniłyby przetrwania swoim bytującym nieustannie na krawędzi śmierci głodowej panom. Którzy nie miali ani środków, ani nastroju, do spisywania rodowodów, czy wydawania "kalendarzy wyścigowych" i ksiąg stadnych. To wszystko przyszło do Turkmenii dopiero wraz z podbojem rosyjskim i generałem Kuropatkinem...

    Natomiast konie pełnej krwi angielskiej to produkt BOGACTWA ówczesnej "fabryki świata" - pierwsza w historii rasa koni, która nie służyła niczemu innemu, poza rozrywką w postaci wyścigów, tylko dla wyścigów hodowana i wyłącznie przez wyścigi selekcjonowana. Osiągając w tym zakresie niedoścignioną doskonałość.

    Generalnie, poza końmi pełnej krwi angielskiej nie ma żadnej takiej rasy koni, która posiadałaby spisane rodowody sięgające XVIII (a nawet XVII) wieku - niewiele jest zaś takich (chyba, że powstały pod wpływem folbluta), których spisane rodowody sięgają wieku XIX.

    Chętnie bym udostępnił moje opracowanie o historii rasy achałtekińskiej, ale jest to technicznie niemożliwe - "waży" ok. 100 MB i nie da się go mailem przesłać... Dlatego odpowiadam w ten sposób.

    OdpowiedzUsuń
  3. Bardzo sympatycznie się czyta! Trafiłem tutaj czytając Pana posty na re-volcie, w wątku dotyczącym dorożek. Popieram poglądy w 100% i podpisuję się obiema ręcami! BTW - miałem przyjemność znać ś.p. Tadeusza Kotwickiego i dosiadać klaczy, którą przywiózł z Rosji. Była to Hłoja (padła kilka dni po Jego śmierci). Hłoja miała dwie córki - czyste achałtekinki - Panamę (przyjechała jako źrebak z Hłoją) oraz urodzoną już w Polsce Halę (Hłoja była zaźrebiona w momencie przyjazdu), na której również miałem okazję jeździć.
    Pozdrawiam poświątecznie i życzę "Dużego Ciastka z Kremem" w Nowym Roku!

    Mariusz

    OdpowiedzUsuń
  4. Witam i wzajemnie wszystkiego co najlepsze w Nowym Roku życzę!

    Czy wie Pan może, co się TERAZ z Panamą i Halą dzieje? Czy ma Pan może kontakt z ich właścicielami? Z kimś, kto mógłby opowiedzieć, jak to z podróżami pan Kotwickiego po świecie było? Naprawdę byłoby wielką szkodą, gdyby ta historia umarła nie zapisana...

    Proszę o kontakt, jak nie tu, to na maila, którego łatwo Pan na mojej stronie znajdzie. Jeszcze raz pozdrawiam.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. witam miałam okazje spotkac holi ale obawiam sie ze trafi do handlarza

      Usuń
    2. Poproszę o szczegóły. Mail jest podany u góry po prawej stronie. W cenie "handlarskiej" - bardzo chętnie Halę kupię...

      Usuń
  5. Mail poszedł...:)

    Mariusz

    OdpowiedzUsuń

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...