niedziela, 13 grudnia 2009

Dr Livingstone jak sądzę..?

Wczoraj na targu w Warce umówiliśmy się na zakup marchewki dla naszych koni. Już kilka razy kupowaliśmy tanio u tego samego sprzedawcy 10-kilowe worki drobnej, niekształtnej, ale bardzo dobrej marchwi. Smacznej, bo i sami jemy. Zresztą, inne warzywa też ma najlepsze i najtańsze. Zagadnięty od razu zgodził się sprzedać więcej po jeszcze niższej cenie. Sam, jak się okazało, karmi tą marchwią swoje konie. A jak tłumaczył, w jaki sposób do niego dojechać, to się okazało, że sołtys w swojej wsi i ma punkt wymiany butli gazowych. Czyli: trzyma konie, najpewniej sam uprawia przynajmniej część warzyw które sprzedaje, do tego handel na targowiskach, wymiana butli, no i jeszcze sołectwo – dzwonić po 20.00!

Nie jest to wcale przypadek odosobniony. Także i nasz sołtys rolę obrabia (no, dużo to on tej ziemi nie ma, ale też, w przeciwieństwie do druha mego serdecznego Radka, zdążył zebrać siano latem i nie musiał robić tego w grudniu..!), konie trzyma, a głównym jego zajęciem są prace ogólnobudowlane ze szczególnym naciskiem na ogrodzenia (nie do pojęcia, ile tu się ogrodzeń buduje! Fakt, że przebiłem wszystkich ogradzając na początek 4 hektary – a następne 10 muszę ogrodzić latem…) i hydraulikę. Wcześniej był zresztą mechanikiem samochodowym, sam od niego pożyczyłem do przewożenia piasku nader dowcipnie zrobioną przyczepkę, przerobioną ze starej, jednokonnej Westfalii.

Takich ludzi jak obaj sołtysi jest w każdej wsi kilku. Jak się sprowadzaliśmy, to nam z punktu zapowiedziano, że będę ósmym we wsi gospodarzem – a numer domu, ostatni na razie przyznany, mamy 75…

Dlaczego tak się dzieje? Jednym się chce chcieć, innym wcale..? Sprawa zresztą wcale się do osobliwości wiejskiego żywota nie ogranicza. Kiedy jeszcze pracowałem „na państwowym“, w firmie zatrudniającej 3000 luda przy realizacji każdego nowego projektu ciągle spotykałem te same 10 osób – i wcale nie dlatego, że te projekty były jeden do drugiego podobne, wręcz przeciwnie, za każdym razem delegowano ludzi reprezentujących wszystkie możliwe specjalności: i za każdym razem to byli ci sami delegaci.

Subiektywnie trudno to wytłumaczyć. Sądząc po tym, że siedzę w tej chwili w drewnianej chatce, którą w całości, nie rozkładaną, przywiozłem na moją ziemię na lawecie i palę w kozie, zamiast grzać się przy kaloryferach w mieście, to mam po prostu nierówno pod sufitem – niewątpliwie jednak, mnie się chce. Ale jak się chce i dlaczego, tego bynajmniej nie wiem. Mnie też delegowano do wszystkich możliwych projektów. Aż mnie to czasem irytowało, bo wiele z nich było najzupełniej bzdurnych. Mimo to, jakoś nie umiałem odmówić.

Robota głupich kocha..? Bo efekt, na pozór przynajmniej sądząc, koniec końców wcale nie jest lepszy niż skutki wysiłków o wiele mniej tytanicznych. Przecież ani nasz sołtys, taki robotny, wcale w luksusy nie opływa (nie mówiąc o Radku, o którego problemach już pisałem), ani nasz sprzedawca marchewki bynajmniej nie wygląda na milionera, a i sam w tej chwili raczej cienko przędę (tu ważna informacja dla potencjalnych pracodawców: ja naprawdę potrafię zastąpić 10 innych pracowników! Co z tego, że w państwowej firmie o bardzo złej opinii na rynku, w której miałem tylko „na chwilę“, przez parę miesięcy się przechować, utknąłem na długich 7 lat..? Dobrze mi szło, to utknąłem…). Tymczasem znam mendle i kopy indywiduów, które nie popchnięte kopem w tę część ciała, gdzie plecy tracą swą szlachetną nazwę, nie ruszą się z wyra – i jakoś wiedzie im się wcale nie gorzej. Niektórym nawet wręcz o wiele lepiej. Bez żadnego z ich strony widocznego wysiłku. Nawet nie można o nich powiedzieć, że to pomysłowe lenie, bo żaden z tych, których znam, ułatwiającego życie wynalazku nie dokonał. Ot, przeciętne miernoty, bez wyobraźni, bez energii i bez żadnej wizji, niezauważalnie zmierzające w dostatku i spokoju ducha na należne im miejsce na cmentarzu.

Mój przyjaciel Grześ, który zupełnie niesłusznie przedstawia się wszystkim jako leń (tak naprawdę, to jest on jednym z tych, którym się chce – a tylko przybrał taką pozę, brata – łaty i życiowej sieroty…) twierdzi, że sprytni mają gorzej, bo sami muszą się o siebie troszczyć – zaś o prostaczków Bóg dba i dlatego na niczym im nie zbywa. Może to i prawda (gdyby tak było, to sam Grześ z pewnością nie mógłby siebie do prostaczków Bożych zaliczyć, bo jednak aż tak dobrze to mu się nie wiedzie…). Jednak proporcja pomiędzy liczbą tych sprytnych, którzy sami muszą sobie poradzić i liczbą prostaczków Bożych, od nieustającego cudu zawisłych, wydaje mi się poważnym wystawianiem na próbę Opatrzności!

To już prościej przyjąć, że miernoty są po prostu pozytywnie selekcjonowane. W końcu: nie sprawiają zwykle większych kłopotów, posłusznie potakują zwierzchnikom, jeśli nawet zdarzy im się coś przeskrobać, to z braku wyobraźni ich przestępstwo będzie tak samo mierne jak i wszystkie inne ich dokonania, wielkiej szkody zatem nie narobią. Że trzeba nad nimi nieustannie czuwać i do aktywności zachęcać..? Miałem przez chwilę, już na wylocie z tej „państwowej posady“, taką szefową, która uwielbiała wnikać w najdrobniejsze szczegóły wszystkiego, co tylko jej podwładni mieli do zrobienia i na każdym kroku ich kontrolować, pilnie bacząc, żeby sami pół kroku nie zrobili. Jeśli ja mam nierówno pod sufitem, to jej przypadek jest chyba jednak dużo cięższy – było to absolutnie nie do wytrzymania! A miernoty..? Miernoty mają się w takim systemie doskonale – w końcu, za nic nie muszą odpowiadać. Nie tylko pod władzą szefa – psychopaty. Pod każdą władzą.

Na wsi tak dobrze nie ma. Każdy, kto ma kawałek ziemi sam jest sobie panem (jak wiadomo, szlachcić na zagrodzie, równy wojewodzie) i, niezależnie od najlepszych wysiłków kolejnych okupujących nas reżimów, do całkowitego uzależnienia od władzy udało się doprowadzić tylko wiejski margines społeczny – takich, co nie oddalają się bardziej niż 20 kroków od lokalnego piwopoju. Ci, skutecznie zasiłkami, rentami i dopłatami znieczuleni, nie zrobią już niczego ani z własnej inicjatywy, ani pod przymusem (bo od razu zepsują!). Właśnie dlatego najtrudniej tu o niewykwalifikowanych robotników do prostych prac na roli czy przy budowie. Większość po prostu pracuje w mieście, gdzie łatwiej przetrwać nie ruszając głową. Pozostaje tych kilku, takich jak nasz sołtys i drugi sołtys – sprzedawca marchewek, czy druh mój serdeczny Radek, którzy dźwigają brzemię białego człowieka wśród biernej masy ciemnych jak tabaka w rogu „mieszkańców wsi“. Spotkać takiego człowieka na targu w Warce to prawie jak odnaleźć dr Livingstone’a w afrykańskiej głuszy. O tyle łatwiej, że starczy poszukać, na którym domu wisi tabliczka „sołtys“ obok „wymiany butli“, no i Pigmeje jeszcze nie strzelają zatrutymi strzałami po krzakach (bo pewnie za zimno!). Ale wszystko przed nami! Jeszcze dwa, trzy dziesięciolecia promującego miernotę systemu, klimat trochę się ociepli, to i Pigmeje z krzaków wylezą…

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...