czwartek, 17 grudnia 2009

17 z 47

Nie pisałem długo zniesmaczony własną ślamazarnością. Nie idzie. Nie idzie i już! Z 47 słupków potrzebnych, żeby ogrodzić zimowy padok przed nadejściem mrozu w minioną sobotę popołudniu, zdołałem zabetonować tylko 17. Teraz wszystko to leży pod śniegiem i trzeba poczekać do roztopu – od poniedziałku podobno ma się już ocieplać i po Świętach nadejdzie odwilż. Tak powiedział Pan w telewizji. A może Pani. Nie pamiętam. W każdym razie tak ma być i już! Do cholery, mamy przecież globalne ocieplenie czy nie mamy? Topnieją lodowce w Alpach i śniegi w Arktyce czy nie topnieją? To niby skąd pomysł, że w samym środku Polski śnieg dłużej niż dwa tygodnie poleży..?  Drewniany Pajac Al Gore straszy w Kopenhadze, że lód w Arktyce już w 7 lat stopnieje, to niby dlaczego mój własny, boskowolański śnieg nie miałby zaraz po Świętach stopnieć, a..? W każdym razie, byłoby to z jego strony nader uprzejme…

Sedno problemu uświadomiła mi z właściwą sobie celnością i brutalnością Lepsza Połowa mnie już w rzeczoną sobotę, jak tylko mróz chwycił, a ja po wbetonowaniu 17-tego słupka już po ciemku stwierdziłem, że nie trzyma linii z 16-tym, a tamten z 15-tym i jednak lepiej dać sobie na razie spokój. Otóż akurat te 17 słupków całkiem spokojnie można było wbetonować wieki temu pod palącym, wrześniowym słońcem (wrzesień był piękny tego roku…), czy choćby w całkiem ciepłym listopadzie. Dlaczego? Bo betonować zaczęliśmy, oczywiście, od najbliższej okolicy wiaty dla koni, żeby dłużej niż dobę dziur w ziemi, sznurków wytyczających linie proste (których, jak widać, i tak się nie trzymałem…) i stalowych rurek przy koniach nie zostawiać. A przecież wiata nie stoi w żadnym dole, którego wyrównanie turem przez druha mego serdecznego Radka niezbędnym było, żeby zimowy padok zacząć ogradzać. Wiata stoi sobie na równym, gliniastym zresztą terenie (stąd betonowanie tych słupków było w pewnym stopniu czynnością nadmiarową i zbędną, raczej służącą inwestycji na przyszłość: dłużej będą stały zabetonowne niż gdyby je tylko wkopać, ale nie ma to większego znaczenia dla solidności ogrodzenia tu i teraz). Coś mi tu bajką o koniku polnym i mrówkach zapachniało…

Lepsza Połowa mnie wczoraj zresztą dopowiedział „be“ do tego „a“ z rzeczonej soboty, jak wrcacaliśmy z wycinki krzaków na opał ciągnąc za samochodem do połowy tylko wypełnioną przyczepę (dlaczego do połowy, o tym za chwilę) stwierdzając, żeśmy mogli tych krzaków w sierpniu naciąć tyle, żeby na całą zimę starczyło, a nie teraz, pod padającym śniegiem, szybko topniejący zapas mokrym i trudnym do zapalenia drewnem uzupełniać. To już był cios w samo serce. Akurat co do sierpnia, to nie poczuwam się do winy – bo tylko na holywoodzkich filmach różne straszydła operują piłą spalinową jedną ręką. Ale fakt faktem, że mogłem tego drewna naciąć o wiele więcej we wrześniu, czy w listopadzie (pominięcie października jest celowe i zamierzone: w październiku nie mieliśmy kasy nawet na paliwo do piły, piła była zresztą zepsuta, sprzedaliśmy obrączki, żeby zbudować komin dla kozy akurat jak 14-tego po raz pierwszy zaatakowała nas Zima). Co mnie przed tym powstrzymało? No cóż, uległem sugestii: miejsce na drewno pod dostawioną do północnej ściany naszej chatki przez mojego Ojca wiatą było co najmniej dwukrotnie wypełnione do ostatka. Było wypełnione przed tym nieszczęsnym 14 października i było wypełnione na koniec listopada. Tyle, że tego miejsca jest co kot napłakał (o kotach za chwilę też będzie)! W dodatku druh mój serdeczny Radek jeszcze nam je zmniejszył, zwalając obok worki z nawozem, którego nie wysypał na część naszego większego padoku, gdyż trawa, której nie skosił, odrosła w miejscu tej, którą skosił, ale nie zebrał jeszcze w lipcu, wydała mu się za duża, żeby po niej jeździć ciągnikiem.

Mieliśmy piękny plan ładować to po worku na taczkę (o taczce za chwilę) i rozsypywać ręcznie, ale jakoś się nam nie chciało, tj. przepraszm – nie udało tego planu zrealizowć. Tymczasem trzeba było nie zwracać uwagi na tę wiatę – i tak żeśmy jej istnienia sami z siebie nie planowali, była to inicjatywa Ojca, wynikająca z defetyzmu moich Rodziców względem naszej zdolności do wybudowania tu czegokolwiek stałego szybko i ich przekonania, że będziemy zimować w naszej chatce jeszcze wiele lat. Wiata głównie służy za warsztat. Część przydała się nam do magazynowania owsa. Na drewno zostaje, w najlepszym razie góra 1/3, czyli jakieś 2,5 x 2 x 2 m. Odejmując przestrzeń zajętą przez worki z nawozem, zostaje nam jakieś 4 do 5 m3, co jak już teraz wiemy, starcza dla naszej kozy na miesiąc, może na trochę dłużej. A raczej – starczałoby na miesiąc, gdybym w sierpniu, robiąc porządek po zakotwiczeniu tu naszej chatki, pozostały drewniany śmieć pociął na kawałki dające się spalić w naszej kozie – kozy jednak wtedy jeszcze nie było, a ja, mając zakodowane w podświadomości solidne, kaflowe piece mojego dzieciństwa, pociąłem (i tak paląc zresztą silnik w podarowanej przez Ojca pile elekrycznej…) na dechy, które nijak się do kozy nie mieszczą. W dodatku, ponieważ w jedynej w Warce hurtowni, w której takie płyty były, zabrakło dwóch kawałków przezroczystej eurofali, którą Ojciec dach wiaty pokrył, śmieć ten stał przez dwa miesiące pod gołym niebem moknąc i z lekka przegnił. Trzeba by to było teraz do gruntu przebrać i pociąć jeszcze raz – ale wcale to nie jest przyjemne pod śniegiem. Swoją drogą, chwała Bogu, że tych płyt zabrakło, bo wejście na dach z nich zrobiony, jeśli tylko jest on choć odrobinę mokry, jest praktycznie niemożliwe – a przecież trzeba się jakoś dostać do komina, który jak raz z tej strony naszej chatki postawiliśmy! Dobrze zatem, że w końcu zakryłem ten fragment wiaty deskami i papą – tylko powinienem był to zrobić co najmniej miesiąc wcześniej.

Taaak… Lepsza Połowa mnie dostrzega wyraźne pokrewieństwo duchowe pomiędzy mną a druhem moim serdecznym Radkiem który, nota bene, najbliższej naszym padokom kukurydzy do dziś dnia nie zebrał – i już, skoro pod śniegiem leży, raczej nie zbierze. Co się zatem dziwić, że przy tak wielkiej Lepszej Połowy mnie spostrzegawczości, nasze stosunki przeszły ostatnio przez serię krótkich spięć, nie bez strat dla obu stron? Jedyna nadzieja na ocieplenie, to szybkie roztopy i ogólny global warming! A tymczasem białe łajno sypie za oknem w najlepsze – od czego krajobraz robi się bajkowy, ale nam wcale nie robi się cieplej. Może chociaż Drewniany Pajac Al Gore, jak by go tu zaprosić, miałby radochę, że tak zimno i biało, skoro tak te lodowce kocha..?

Druh mój serdeczny Radek, mam nadzieję nie świadom jest faktu, że tu o nim piszę – a nawet, że stał się już bohaterem ogólnopolskiej (bądź co bądź) prasy, bo tekst zamieszczony paręnaście postów niżej („Na wsi bida…“) poszedł był w poprzednim numerze „Najwyższego Czasu!“. Nie wiem, co prawda, w jakiej formie, bo tego tygodnika ani w Warce, ani w Białobrzegach nie sposób kupić, widziałem tylko spis treści w necie.

Spostrzegawczość Lepszej Połowy mnie pozwoliła jej dostrzec, że kółko naszej taczki dziwnie się spłaszcza pod ciężarem wiezionego nią płynnego betonu. Po niedzielnym porannym obrządku pod wiatą dla koni wymontowałem zatem to kółko z naszej kupionej w Praktikerze, składanej 80-litrowej taczki. Faktycznie, kapeć! Chciałem napompować sprężarką druha mego serdecznego Radka, ale go nie zastałem akurat – a w poniedziałek rano, gdy z właściwą dla tego dnia tygodnia desperacką energią (por. „Poniedziałkowa deprecha“) rzuciłem się w wir remontów, po prostu druh mój serdeczny Radek jeszcze spał i nie odebrał telefonu. Pojechałem zatem na najbliższą stację benzynową, gdzie przy próbie napompowania (najpierw nieźle się razem z obługą namęczyliśmy, próbując dostać się do wentyla, bo dętka się pod oponą przesunęła), dętka i opona eksplodowały z wielkim hukiem. Od tej pory poszukuję dętki i opony, albo i całego kółka do taczki – w nietypowym, jak się okazało, rozmiarze, 350 – 6. Typówka to 400 – 8, a najbardziej ekstrawagancki rozmiar jaki się trafił nawet na bardzo dobrze zaopatrzonym targowisku w Białobrzegach, to było 400 – 6. W dodatku średnica śruby tworzącej oś kółka, to u mnie 13 mm, więc typowe kółko z otworkiem na śrubę 12 mm nie da się do naszej taczki założyć (chyba, żeby i śrubę wymienić i coś pokombinować z nakrętkami, żeby się nie bełtała..?). Jestem taki mądry, bo zwiedziłem WSZYSTKIE sklepy hardware’owe w okolicy oraz wszystkie stoiska z hardwarem na obu okolicznych targowiskach, tj. w Warce i w Białobrzegach. Nawet udało mi się nawiązać kontakt mailowy z Praktikerem w Radomiu, ale chyba nie mają takiego kółka w zapasie. Cóż: jutro jadę do Warszawy.

Oprócz kółka do taczki trzeba też kupić bakterie do oczyszczalni ścieków, odebrać od mego przyjaciela Grzesia korespondencję przychodzącą na mój warszawski adres zameldowania, czyli do niego do domu, którą pracowicie od września bodaj gromadził (czego może ode mnie chcieć Urząd Celny..? Już mnie przecież z kasy oskubali, zapłaciłem choć odgrażałem się, że odsiedzę – bo doszedłem do konstruktywnego wniosku, że zanim odsiedzę, komornik wejdzie mi na konto, a przez krótką chwilę nawet miałem na nim jakieś drobne pieniądze. Moje odwołanie odrzucili, skargi do NSA, nie mając środków na prawnika, nie składałem…), a także podpisać nową umowę na telefon i, jeśli czas pozwoli, spotkać się z panem Sylwestrem, któremu bardzo podoba się stawropolski Ak-Jusup. Wychodzi, że będę musiał pojechać samochodem.

Widząc śnieg, który zaczął u nas padać w poniedziałek, miałem ambitny plan uzupełnić co prędzej topniejący szybko zapas drewna. Niestety, w poniedziałek niewiele zdziałałem – łańcuch się stępił i rozciągnął, a najbliższy fachowiec w Warce zamknął podwoje już o 13.00! Również wczoraj nie napełniłem przyczepy po brzegi, zacząłem za późno – rano musieliśmy pojechać na targ do Warki, bo już nie było co jeść, a potem zadzwonił kurier wiozący nam kupiony okazyjnie na Allegro końwektor. Musiałem po niego pojechać do Białobrzegów, więc przy okazji zwiedziłem i tamtejsze sklepy i targ (ale tylko lizawkę dla koni przywiozłem). Końwektor działa i utrzymuje w chatce znośną temperaturę – ale siedzenie przed końputerem kiedy nie pali się w naszej kozie nie jest zbyt przyjemne. Będę więc kończył i o Wielkiej Ucieczce naszych koni w nocy z wtorku na środę opowiem innym razem. Acha! We wtorek przez cały dzień woziłem siano – 90 kostek tym razem. Dziś przywiozę też trochę słomy.

A białe łajno wciąż pada za oknem. Tyle już napadało, że nie udało mi się rano znaleźć miski kota zewnętrznego Murkisa. Koty musiały zatem jeść śniadanie po kolei – najpierw Murkis (w końcu jest kotem zewnętrznym), a potem Sylwestra. Która sadowiąc się na naszym kuchennym stole przy oknie dowiodła dobitnie, że końwektor naprawdę działa i tam właśnie jest w tej chwili najcieplej…

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...