poniedziałek, 9 listopada 2009

Ze zwierzakami (i nie tylko) kłopotów ciąg dalszy

Oglądaliście serial o pignwinach na Manhattanie? Ja nie oglądałem, ale po filmie „Madagaskar“ jestem w stanie wyobrazić sobie, co się tam dzieje. Tym bardziej, że na własnej skórze doświadczam wyczynów gangu psychopatycznych przepiórek. Te małe, bezmózgie skądinąd z pozoru istotki, w liczbie nie mniejszej niż 10 sztuk, uparcie trzymają się naszego domku i wiaty dla koni – już od co najmniej dwóch miesięcy. Jednak, w miarę upływu czasu agresja „niewinnych“ ptasząt systematycznie rośnie!

Po pierwsze, ptaszki – nielotki (one co najwyżej mogą podlatywać na kilkanaście metrów i robią to, zrywając się do lotu zawsze dopiero w momencie, gdy się na którąś nadepnie; że zaś w jesiennej trawie maskują się doskonale…) urządzają regularnie defilady tuż pod naszymi oknami, niespiesznie przemieszczając sią to tu, to tam tyralierą lub zwartą kolumną marszową, czym doprowadzają kota domowego (o którym za chwilę osobno) do stanu przedzawałowego.

Po drugie, oczywiście czatują na mnie gdy tylko wsiądę na konia. Moja stara Dalia już nawet specjalnie się nimi nie przejmuje, ale jak jej kilkanaście takich furkoczących rakiet startuje spod wszystkich czterech kopyt jednocześnie, to jednak jest to stres. Wczoraj, kiedy zrobiły tak na naszym własnym podworku, tuż koło wiaty, kobył się zatrząsł. A ja od tego zatrzęsienia z rozmachem trafiłem nadgarstkiem prawej dłoni w przedni łęk kulbaki. Pobolało i przeszło, ale wieczorem, po kilku godzinach, cała dłoń zrobiła się wielka, gorąca i pulsująca bólem. Że lewą też mam nie do końca sprawną (palec odcięty uwiązem przy ładowaniu Dara na początku sierpnia przyrósł trochę krzywo, oczywiście nie zgina się do końca, łatwo drętwieje i marznie i jest wrażliwy na dotyk; od razu mówiłem, żeby ucinać kikut, a nie przyszywać z powrotem reszty i miałem rację!), śmierć mi stanęła w oczach, bo tu i kilka desek jeszcze do wiaty trzeba przybić (a przede wszystkim – zamontować na kranie przewód grzewczy, żeby woda zimą nie zamarzała) i, co najważniejsze, szybko uzupełnić zapas drewna do kozy, bośmy przez trzy tygodnie prawie połowę z tego, co było wcześniej zgromadzone, przez komin przepuścili. Na szczęście maści i prochy pomogły na tyle, że udało się zasnąć, a dziś jest już trochę lepiej, co pozwala mniemać, że wszystkie prace dokończę, a ręka z czasem zupełnie wydobrzeje.

Nie jest to jednak bynajmniej koniec kłopotów z gangiem! Przychodzę ci ja dzisiaj 5:45 wydać koniom śniadanie. Najpierw oczywiście układam z powrotem rozwalone przez noc kostki siana (z ponad 300 kostek została już chyba 1/3; fakt że akurat najlepsza, bo najlepsze siano zbieraliśmy w pierwszej kolejności i stąd żeby się do niego dostać, musiały najpierw rozwalić całą resztę, ale też szybko im to idzie! Trzeba będzie za tydzień, góra dwa, siano kupić…). Z siana ucieka nasza stajenna kotka (o niej za chwilę). Ustawiam wiadra z owsem dla tekinek i korytko dla Dalii i Glusia (ta para je z jednej, za to dużej, miski – z plastikowego koryta budowlanego z Praktikera; Gluś jako najsłabszy, nie zjadłby nic, gdyby go Dalia nie osłaniała, tak jest zatem najlepiej). Konie zaczynają jeść. Nalewam wody do wanny. Nagle Dalia podnosi głowę i wybiega na korytarz łączący wiatę z padokiem. Idę za nią. Uspokojona wraca i kończy śniadanie, ale po chwili znowu wraca na swoje miejsce strażniczki stada. Co się dzieje? Jakiś ostry, przenikliwy dźwięk dochodzi od strony padoku. Słyszy go także nasza śpiąca królewna, Melesugun, która jako wiceprezes zajmuje miejsce w szyku tuż za Dalią. Alarm bojowy po prostu. Po chwili słychać znajome furkotanie małych skrzydełek i stado psychopatycznych przepiórek przelatuje nad ogrodzeniem tuż koło wiaty, lądując na podwórku przy unieruchomionej awarią koparce. Te psychopatki chyba mają sezon godowy! Nigdy wcześniej nie słyszałem takich dźwięków i nawet do głowy by mi nie przyszło, że takie małe ptaszki mogą taki chaos wywołać… Naprawdę nie wiem, czym to się skończy!

Teraz o kotach. Koty mamy już trzy. Mamy kota domowego, czyli Sylwestrę, o której była tu już mowa. Mamy kota padokowego – małą, białą kotkę z szarym ogonkiem i szarymi plamkami, która od dawna już poluje na naszych łąkach na nornice, ryjówki i myszy, ale najprawdopodobniej przychodzi do nas ze wsi. Kiedy pogoda jest brzydka, zwykle jej nie widujemy. Od pewnego czasu jednak, pod wiatą nocuje trzeci kot – kot stajenny. Szara kotka z białym kołnierzykim i białymi łapkami. Poprzedniej nocy śniła mi się szarża husarii z filmu Hoffmana (szarże husarii z filmów Hoffmana tym się charakteryzują, że nic wspólnego z tym, jak naprawdę wyglądać mogła szarża husarii, z całą pewnością nie mają!). Taki był głośny ten sen, że się aż obudziłem – i pobiegłem sprawdzić, co też tak szarżuje, że mnie takie absurdalne sny nachodzą (jeszcze wcześniej, dwie kolejne noce z rzędu, najmłodsza, raz w towarzystwie Osman Guli a raz w pojedynkę, opuszczała teren ogrodzony biegając swobodnie wokół domu, miałem zatem podstawy do niepokoju). Okazało się, że jednak cały sen dział się tylko w mojej głowie, bo konie grzecznie spały pod wiatą, ale poprawiając rozrzucone kostki siana, już wtedy spłoszyłem tę kotkę. Widać zatem, że nocuje tam stale. Rodzina nornic, która wykopała norę tuż koło wiaty i wcześniej biegała mi pod nogami, gdy w nocy przychodziłem do koni, nie daje już znaku życia. Nornicowy holocaust najwyraźniej miał miejsce w wykonaniu kota ☺.

Za to Sylwestra daje nam w kość. Jak wcześniej znikała na całe dnie i doprosić się jej nie można było z powrotem, tak teraz za skarby świata ruszyć się z domu nie daje. Za zimno jej na zewnątrz i zbyt mokro. Najfajniej kotu jest w ogóle przy rozpalonej kozie. Zastanawiamy się, kiedy się jej mózg wygotuje od tego wkładania łba pod piecyk lub składania go na kominie za tylną ścianą kozy. Niefajny aspekt tego problemu to kocie siuśki. Sylwestra zawsze załatwiała się do kuwety – i absolutnie nigdy nie było z nią pod tym względem problemu mimo, żeśmy ją przecież z ulicy przygarnęli. Po przeprowadzce do Boskiej Woli, jako że kot głównie przebywał na zewnątrz, kuweta powędrowała do lamusa, czyli na strych. Teraz kot domaga się powrotu tego sprzętu – obszczywając np. szmatę do podłogi, lub lejąc w otwór spustowy wanny. Jak spadnie śnieg, pewnie jej w końcu ulegniemy, ale na razie, jużeśmy się przyzwyczaili do pewnej wygody wynikającej z faktu, że nie trzeba po kocie sprzątać – to heroicznie wyrzucamy ją na dwór, a ona równie heroicznie próbuje przegryźć drzwi, wskakuje oknem (o ile jest otwarte) lub, w najgorszym razie, włazi na drabinę i miauczy rozgłośnie, żeby ją na strych wpuścić, gdzie wpuszczona drychnie całymi dniami (co też jej reglamentujemy, bo wcale nam nie zależy, żeby nas przez sufit obsikała).

Mija tydzień, odkąd znowu jestem bezrobotny. Słowacy na początku listopada zerwali łączącą nas umowę – choć miała obowiązywać do końca lutego co najmniej. Cóż: pewnie było to nieuniknione. Sprzedaż telewizorów nie szła mi najlepiej, a prawdę pisząc – nie sprzedałem ani jednego. To nawet nie wynika z faktu, że się nie starałem. W końcu, siedząc na wsi, z tak kiepskim internetem jaki mam, znalazłem jednego klienta, który nawet sporo tych telewizorów by chętnie kupił – tyle, że po cenach, na które tamci nie chcieli się zgodzić. Najwyraźniej polski rynek jest o wiele bardziej konkurencyjny od brytyjskiego, na który produkują i sprzedają normalnie. Mimo wszystko, miałem nadzieję, że się jakoś przemęczymy co najmniej do lutego i najwyżej nie przedłużą umowy. Pewnie by tak się stało, ale niechcący wkurzyłem właściciela na tle końskim – jemu się wydawało, że jak zamieściłem ogłoszenie w „KT“ o sprzedaży jego koni, to tłumy będą dzwonić, co nie okazało się oczywiście prawdą, bo też i ceny były wysokie. Jak się w końcu odezwali jacyś chętni, to jednemu zachorowała matka i w konsekwencji od początku września odkłada na później wyjazd po konie, a drugi chciał dodatkowych informacji o interesującym go ogierze, czym doprowadził pana Władysława do furii – no i na mnie się ta furia w końcu skrupiła.

Co teraz? Cóż: szukam pracy, a w ramach autoterapii, piszę. Tydzień temu, zaraz po tej hiobowej wieści, przerobiłem dla „KT“ referat o koniach tureckich, jaki wygłaszałem na UKSW. Jak uda mi się pojechać do Warszawy i spędzić choć jeden dzień w bibliotekach (Słowacy powinni na dniach przesłać drugi i ostatni już przelew, za październik, co powinno mi umożliwić tę ekspedycję), przygotuję tenże referat do druku w pokonferencyjnym wydawnictwie i może uda mi się napisać drugi tekst dla „KT“. Mam też pomysł na jeszcze jeden artykuł – ale muszę wykonać kilka telefonów i maili…

P.S.
Zapomniałbym: mam dzisiaj urodziny. Trzydzieste piąte. To zdaje się, połowa, tak..? Dante do Piekieł w dniu swych trzydziestych piątych urodzin schodził, o ile czegoś nie pomyliłem... Mam tylko nadzieję, że druga połowa będzie nie gorsza od pierwszej...

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...