czwartek, 12 listopada 2009

Tekińców w Polsce przybywa

Wczorajsza wizyta pana Marcina Podpory i jego przesympatycznej rosyjskiej żony Mariany była stanowczo za krótka, żeby starczyło mi materiału na artykuł dla „KT“. Poza tym, nasi goście byli zbyt zmęczeni po całodziennej podróży z końmi z Dziemian do Kuźni Nowowiejskiej, żeby dało się z nich wycisnąć wystarczająco wiele informacji. Wizyta, choć krótka, jest jednak dobrym punktem wyjścia do refleksji.
Pan Marcin twierdzi, że hodowla koni achałtekińskich w Polsce nigdy nie będzie zbyt popularna. Po pierwsze dlatego, że Polacy są na to zbyt biedni. Po drugie dlatego, że dla przeciętnego polskiego dorobkiewicza to, co wschodnie, a jeszcze rosyjskie, z prestiżem i bogactwem wcale się nie kojarzy (w czym zresztą przeciętny polski dorobkiewicz błądzi – bo w końcu kto tak ostentacyjnie potrafi pławić się w luksusie, jak nie rosyjskojęzyczni bogacze..?).
Jest to oczywiście diagnoza słuszna. Pytanie, czy nam w ogóle powinno zależeć na tym, żeby hodowla koni achałtekińskich była w Polsce popularna – tak popularna jak na przykład hodowla koni arabskich? Żeby tekiniec tak jak arab 2000 złotych kosztował, albo lądował w rzeźni z braku zbytu i środków na utrzymanie..? Rasę promować trzeba, choćby po to, żeby mieć zbyt na źrebięta, kiedy wreszcie nasze księżniczki dadzą się przekonać do zaciążenia – ale bez przesady, jak pokazują doświadczenia minionego roku, doskonale bym sobie poradził nawet, gdyby nikt w Polsce nie był tymi końmi zainteresowany. Kolejka po wirtualne jeszcze potomstwo naszych kobył i tak sięgała za Atlantyk!
Pan Marcin swoich ogierów chce używać głównie dla klaczy półkrwi, starannie je dobierając tak, aby uzyskane w ten sposób potomstwo dobrą sławę swych ojców umacniało. To oczywiście bardzo słuszny pomysł. Nawet rynkowo jest on wielce sensowny – sam pan Marcin zauważył że 70% koni produkowanych w polskich hodowlach nadaje się właściwie tylko na mięso, a potomkami różnych Samba Hitów czy Landgrafów niejeden transport do słonecznej Italii został już skompletowany. Niemieckie konie zdominowały rynek polski tak bardzo, że niczym innym niż kolejnym landem RFN pod względem hodowli koni nie jesteśmy – tyle, że landem wyjątkowo ubogim i zacofanym, bo powtarzającym mody i trendy, które już nawet w kolebce Samba Hitów i Landgrafów przemijają (o czym zresztą obecny, ostry i przewlekły kryzys niemieckiego jeździectwa i niemieckiej hodowli koni dobitnie świadczy: co ciekawe, w Polsce nikt tego kryzysu do tej pory nie zauważył! A wystarczy przecież śledzić na Eurosporcie „Wendsday Selection“: jak często ostatnio wygrywały cokolwiek niemieckie konie i niemieccy jeźdźcy..?). Nawet zresztą, gdyby się niemiecka hodowla miała jak najlepiej, to przez sam fakt jej absolutnej w Polsce dominacji, istnieje spora nisza rynkowa takich, którym się wielkie, ciężkie i powolne konie przejadły. Półkrwi achałtekińce, jeszcze po dobrych matkach, z pewnością znalazłyby sobie nabywców za godziwą cenę – lepszą pewnie niż przeciętna cena polskich potomków Samba Hitów i Landgrafów. Stąd i cena za stanówkę Somah Geli, jaką pan Marcin podyktował (2500 złotych).
Zwróciłem mu jednak uwagę na politykę PZHK, który nieliche kłody pod nogi będzie mu rzucać. 20 lat po utworzeniu księgi stadnej SP komisja hodowlana Związku doszła do wniosku, że trzeba tę hodowlę prowadzić zgodnie z zapisami programu hodowlanego – co oznacza, że ogiery pana Marcina nie zostaną w żadnym wypadku uznane do krycia klaczy wpisanych do tej księgi (jak to się 20 lat temu udało panu Markowi Kazimierczakowi w Krakowie). Problem można atakować wprost – próbując wpłynąć w taki, czy inny sposób na zmianę polityki Związku (wydaje mi się to trochę zbędną fatygą, a przy tym kontakt z władzami PZHK jest tak trudny i męczący, że sama myśl o tym potrafi zepsuć dobry humor), albo próbować obejść całą lokalną biurokrację, wzorem wielu innych hodowanych w Polsce ras koni, i wpisywać się do księgi zagranicznej. Jakiej – to już mniej istotne, coś się na pewno w Europie znajdzie. Oczywiście, ceną za to ułatwienie będzie co najmniej utrudniony dostęp takich koni do imprez w których organizacji uczestniczy Związek, w tym przede wszystkim, do Mistrzostw Polski Młodych Koni, imprezy w promocji hodowli koni sportowych niewątpliwie kluczowej.
Powstaje przy tym pytanie, czy w Polsce będzie w ogóle popyt na konie sportowe (choćby nawet były lepsze od krajowego potomstwa Samba Hitów i Landgrafów, a w każdym razie na pewno – bardziej oryginalne) droższe niż przeciętna, których posiadanie i użytkowanie wiąże się jeszcze w dodatku z trudnościami w dostępie do niektórych ważnych imprez? Spotkałem się z opinią, że popytu na konie sportowe par excellance w naszym biednym i zacofanym kraju nie ma w ogóle: i jest to stanowisko, którego nie można ignorować!
Jeśli czemuś miałby służyć związek achałtekiński, którego powołanie planuje pan Marcin, to właśnie rozwiązaniu tego rodzaju problemów z achałtekińską półkrwią, a nie hodowli koni czystej krwi – bo z tym można sobie doskonale radzić, kontaktując się bezpośrednio z Riazaniem.
Jedyne co mogę obiecać to, że będę dalej pisał w „KT“, do znudzenia powtarzając że przekonanie o tym, iż jedyną orientalną rasą czystej krwi na świecie są konie arabskie, a Polacy zawsze hodowali araby, to mit, który narodził się ledwo 150 lat temu, że przodkowie współczesnych koni achałtekińskich byli sprowadzani do Polski co najmniej od XV wieku i że w efekcie także współczesne polskie rasy półkrwi pozostają w pokrewieństwie z końmi achałtekińskimi, których użycie do ich doskonalenia jest zatem całkowicie naturalne, pożyteczne i oczywiste. Nie sądzę jednak, żeby odniosło to jakiś skutek wcześniej, niż za kolejne 20 lat.
Jest w tym wszystkim jeszcze jedna rzecz, która mnie zaniepokoiła. Wydawało mi się, że znałem wszystkie dotychczas podejmowane próby wprowadzenia koni achałtekińskich w polski krajobraz (jak ktoś się kiedyś trochę poetycko wyraził) i rozumiałem przyczyny niepowodzenia tych prób. Obok pana Marka Kazimierczaka i jego dwóch ogierów, pionierami byli tu pan Ryszard Zieliński (do którego będę za chwilę dzwonił żeby się umówić na wspominki), biznesmen i rajdowiec, który 7 ogierów i 5 klaczy sprowadził na początku lat 90-tych bezpośrednio z radzieckiej wtedy jeszcze Turkmenii, pan Tadeusz Kotwicki, który studiował zootechnikę w Moskwie, sprowadził jedną klacz, być może źrebną, od której (czego nie udało mi się do tej pory potwierdzić), być może uzyskał jeszcze czystej krwi córkę, pani Grażyna Kasehaube (nie jestem pewien nazwiska), Rosjanka, która przez pewien czas prowadziła stajnię rekreacyjną na Pomorzu Zachodnim z ogierami achałtekińskimi Bazarbaj i Sułtan (ten ostatni, już wałach, stał jakiś czas temu w stajni Arabika pod Łodzią) oraz nieznany mi z nazwiska właściciel ogiera achałtekińskiego Stambuł, po którym została m.in. półkrwi klacz Oliwka. Tymczasem pan Marcin wspomniał, że sam widział jeszcze kilka lat temu dużą hodowlę, opartą na kilkunastu co najmniej koniach sprowadzonych na początku lat 90-tych, która wyrodziła się na skutek braku dokumentacji i niekontrolowanego krycia i przestała istnieć około roku 2000. Nie było czasu na drążenie tego tematu.
Jeśliby jednak podliczyć takie przedsięwzięcia (skoro ciągle dowiaduję się o nowych, to nie ma gwarancji, że ich jeszcze więcej nie było), to dochodzimy do astronomicznej zupełnie liczby kilkudziesięciu koni czystej krwi achałtekińskiej które jednocześnie przebywały w Polsce niecałe 20 lat temu. Wszystkie te hodowle upadły bez żadnych trwałych i widocznych obecnie skutków (poza pewną liczbą koni półkrwi, głównie po ogierach pana Kazimierczaka). Jak to możliwe? Czy nie jest to niepokojące także dla naszych obecnych usiłowań? Może Polacy są na introdukcję koni achałtekińskich jakoś szczególnie oporni? Bo skoro aż tylu próbowało, a nikomu się mimo to nie udało…

2 komentarze:

  1. Jedna mała uwaga - Kaźmierczak, nie Kazimierczak.

    Oprócz Pursata i Pelhana miał jeszcze złotego Kizyła, który niestety dość szybko odszedł przez skręt jelit.

    OdpowiedzUsuń
  2. Byłem z Panem kotwickim w Kazachstanie gdzie wypożyczyliśmy klacz hłoje i pokryli obierek.ż rebna przebywała z Kotwickim trasę z Ługawoj do Moskwy.Tam urodziła klaczkę Hale.Obie klacze przyjechały do Polski i utworzyły hodowlę Pana Kotwickiego.Ja od klaczy hala wyhodowałem dwie klacze po obiektach Tytoń i Glimerman.
    klacz Halama po Tytoń startowała w konkursach do 160cm.mam w stajni Halame 50% folblut,50%achałtek i klacz Pana
    Kotwickiego Hegemonia 50% holsztyna,25%folbluta,25%achałtekina

    OdpowiedzUsuń

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...