piątek, 27 listopada 2009

Ranny ptaszek broczy krwią...

Obrót planety sprawia, że na horyzoncie za moim oknem zapalają się bladoróżowe łuny zapowiadające rychły wschód słońca. Co oznacza, że zaraz rzucam klawiaturę i wsiadam na Wielkiego Strasznego Zwierza. Dzisiaj zatem musi być krótko.

Jak to możliwe, że siedząc w takiej czarnej dupie, bez żadnych konkretnych perspektyw na jakiekolwiek dochody, mimo to nie tylko tryskam pomysłami (to jeszcze by można wytłumaczyć jakimś kompulsywnym odruchem), ale też w sumie, mimo poczucia winy, Jeszcze Większego Ciastka z Kremem, poniedziałkowej deprechy itd. - mam także dobry nastrój?

Najprostsza odpowiedź jest taka, że ciągle zostało mi trochę pieniędzy do wydania, a prawdziwe dno przyjdzie dopiero wtedy, gdy i te się skończą, a perspektyw jak nie ma, tak i dalej żadnych nie będzie... Znajomy wczoraj mi polecił wrócić do zawodu, na którym się znam, czyli na lotnisko. Jakiekolwiek. Rada dobra, jej wykonanie odkładam na weekend, bo wymaga przeszukania netu w celu znalezienia odpowiednich adresów (znajomy obiecał przesłać mi swoją kolekcję wizytówek prezesów, ale jakoś nie widzę na skrzynce...) - zobaczymy, co z tego wyniknie. Jak do tej pory nie słyszałem, żeby ktokolwiek dostał pracę na lotnisku (jakimkolwiek) inaczej niż przez znajomości lub polityczną protekcję, sam nie byłem swego czasu żadnym wyjątkiem, a teraz ani znajomości, ani protekcji nie mam. W każdym razie, będzie to ciekawe doświadczenie.

W sumie, to nawet nie o tym miałem pisać. W ramach festiwalu pomysłów, poszukuję kontaktów w Turcji. Wzgłędnie - na turkologii. Czy jest na sali jakiś turkolog? Oczywiście, idzie o konie. Tyle pisałem o importach koni z Imperium Ottomańskiego, że czas spróbować się dowiedzieć, jakie to były konie. Trzy kolejne posiedzenia w bibliotekach upewniły mnie, że tutaj mogę się dowiedzieć co najwyżej, jakie w tej mierze złudzenia żywiła lady Wentworth, względnie co o tym myślał ten lub ów, ale faktów nie poznam żadnych. Sprawa przy tym nie jest tak beznadziejna jak w przypadku hodowli staropolskiej, o której z całą pewnością niczego konkretnego (w sensie hodowlanym oczywiście, tj. tego jakie właściwie konie były przez Sarmatów hodowane) dowiedzieć się nie można - bo po prostu nie prowadzono takich zapisów, z których jakiś konkret mógłby wyniknąć. W Turcji zapisy prowadzono. Już choćby dlatego że sipahowie na ogół własnych folwarków nie mieli, konie musieli kupować, a ponadto konie te były przedmiotem dalekosiężnego obrotu zagranicznego - a monopol nań miał cech handlarzy końmi, muzułmańskich Cyganów, który odpowiednie zapisy prowadzić po prostu musiał. Nie mówiąc o tym, że w takiej sytuacji całkiem prawdopodobne jest istnienie, obok stadniny sułtańskiej (pytanie jak rekrutowano do niej konie..? To także musiało, przez tyle wieków, górę archiwaliów po sobie zostawić!) także mniej lub bardziej licznych, wyspecjalizowanych, prywatnych hodowli - po których też jakiś materiał pisany mógł pozostać.

Zapuściłem searcha, ale w necie też żadnych oczywistych kontaktów na razie nie znalazłem, będę próbował dalej.

Na koniec (koniec trochę się oddala, bo mnie rozłączyło z siecią i teraz nie chce na powrót połączyć, tak bywa na wsi...) kilka informacji bieżących: wczoraj udało mi się nakłonić Radka do wyrównania jednego z naszych dołów. Przy tym pomógł mi założyć łańcuch na obrotnicę wysięgnika koparki, co przy założeniu, że uda się odpalić silnik (dałem mu akumulatory do naładowania, więc czemu miałoby się nie udać..?) powinno pozwolić na jej bezpieczne odholowanie poza teren przyszłego zimowego padoku. Ówże jest dzięki jednej i drugiej akcji o kroczek bliżej. Czy uda mi się nakłonić tego samego Radka do kontynuacji tej operacji i dzisiaj, to już oczywiście jest duży znak zapytania, ale i tak jesteśmy na dobrej drodze: padok zimowy miał był być wykończony do końca października, mamy zatem więcej niż miesiąc opóźnienia, bo czy zdołam go wykończyć do końca listopada, to jeszcze wcale nie jest pewne. Nawet, kiedy już koparka będzie odholowana, pozostaje wkopanie i zabetonowanie słupków (to jest jeden dzień pracy, pożyczając betoniarkę i dwukółkę do wożenia piasku, damy radę sami to zrobić) oraz przyspawania do nich poprzeczek. No i tu jest gorzej. Spawarkę jeszcze pewnie da się wypożyczyć, jak nie u nas na wsi, to w Białobrzegach, nawet mam elektrody i pewnie poradzę sobie ze spawaniem lepiej, lub gorzej - ale brakuje mi poprzeczek. Tzn. mam dość - ale dwucalowych, a takie na dolny poziom ogrodzenia są zbędne i szkoda ich. Chciałbym zaś, żeby zimowy padok, na którym konie będą się przez 5 miesięcy nudzić, miał ogrodzenie solidne, bez żadnych pastuchów czy nawet sizali (które musieliśmy, z biedy, użyć gdzieniegdzie). Czy starczy mi na zakup choć części cieńszych rurek? Oto jest pytanie!

Dzisiaj w każdym razie, po porannym obrządku i ustaleniu, jakie są plany Radka względem równania drugiego dołu i holowania koparki, najpewniej ruszam pod Wsolę po siano. Przyjdzie parę razy obrócić, ale do jutra powinniśmy mieć zapas siana i słomy na najbliższe dwa do trzech miesięcy.

No już, co z tym połączeniem? Bo Wielki Straszny Zwierz czeka...

Dlaczego ranny ptaszek? A bo nie do pojęcia, jakie tu śpiochy na tej naszej wsi. Wczoraj to nawet koguty piały dopiero, kiedy Wielkiego Strasznego Zwierza wypuszczałem z powrotem na padok, już po jeździe, o jakichkolwiek ruchach ludności nie wspominając. Dlaczego broczy krwią..? Bo się pozacinał przy goleniu. Ot i wszystko... A połączenia dalej nie ma. Jak się nie zrobi w 10 minut, to zostawiam to tak jak jest i wracam do tematu wieczorem...

Wieczorem:

No proszę, a nawet nie wiedziałem, że się jednak opublikowało!


Dzień był do niemożliwości piękny. Wielki Straszny Zwierz za to wstał chyba lewą nogą, bo wcale nie chciało jej się ruszać, a że w końcu jest na emeryturze, spacerek zrobiliśmy krótki. Wybrałem spod wiaty trzy taczki nawozu. Uszczelniłem resztką silikonu przejście z kozy na przewód kominowy, bo nam tam ongiś silikon się zapalił i zrobiła się stale rosnąca dziura. A potem, zgodnie z planem, pojechałem po siano i słomę. Udało mi się za trzema nawrotami przywieźć 85 kostek siana i 45 kostek słomy. Jedno i drugie – rewelacyjnie dobre! Przywiózłbym więcej, ale o takie skarby trzeba dbać, przywiozę więc, gdy to wyjdzie: u źródeł, obu, lepsze są warunki przechowywania niż pod naszą wiatą.

Moja ulubiona Redakcja zapłaciła mi za tekst o koniach i kaftanach (mam nadzieję, że się P.T. Czytelnikom spodoba, wyjdzie to zresztą take, w trochę rozbudowanej wersji i z pełnym aparatem naukowym, w książce). Dzięki temu mam na grudniową ratę kredytu i może uda mi się zrealizować pewien projekt pisarski, który przyszedł mi do głowy, a wymaga podróży.


Nie wiedząc, że post się jednak opublikował, chciałem napisać to wszystko od nowa, ładniej i zgrabniej, ale szczerze pisząc, jestem po prostu zmęczony, najchętniej bym się położył… Może jutro rano..?


2 komentarze:

  1. rurę od kozy uszczelnij glin. mOŻE NA WSI COŚ W TEMACIE MAJĄ. POZDRAWIEM. lUDKA

    OdpowiedzUsuń
  2. Wpadliśmy na ten pomysł. Gliny zresztą mamy do oporu u siebie. Tyle, że na razie silikon trzyma, a glina jest zmarznięta :-)

    OdpowiedzUsuń

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...