sobota, 28 listopada 2009

Praca męczy

Nasze osiedlenie się w Boskiej Woli i wszystkie, nieraz zaskakujące dla mieszczuchów przeciwności, które musimy po kolei pokonywać, to wszystko są przygody. Adventure. Tak sobie to tłumaczymy w chwilach zwątpienia.

Kiedy więc karczuję na opał chaszcze naszą wspaniałą piłą spalinową marki Stihl (Szwajcaria górą!), czuję się jak Alan Quatermain w poszukiwaniu kopalni króla Salomona albo Indiana Jones na tropach zaginionej Arki, albo Kajko i Kokosz w obronie Mirmiłowa J. A kiedy rozpalam naszą kozę (co nota bene wychodzi mi coraz lepiej; niestety – tylko mnie! Co będzie, jeśli zdobędę jednak jakąś pracę i będę musiał zbierać się stąd do miasta na większość dnia? Czy jest na sali jakiś wyznawca Zaratustry..? Bo przy naszej kozie to wręcz rytuał ognia trzeba odprawiać, żeby się rozgrzała…), to powtarzam co dnia gesty naszego wspólnego praszczura, jaskiniowca, który zwyciężył w walce o ogień!

[Nasza koza właśnie intensywnie zadymiła ze świeżo zasilokowanej szczeliny między piecykiem a kolankiem, od której zaczyna się przwód kominowy. Dupa nie ognioodporny silikon!]

Faktycznie, jak się tak intensywnie myśli w stylu jak powyżej, to jest niewątpliwie lżej! Poza tym, wcale często jest naprawdą fajnie: dziś rano pojechałem na Wielkim Strasznym Zwierzu zupełnie nową trasą nad kanałkiem dzielącym naszą wieś od łąk i pól Krzemienia i Bożego. Wielki Straszny Zwierz był bardzo dzielny, jak zawsze zresztą, gdy znajdzie się w nieznanym terenie (to tak a propos dyskusji nt. inteligencji u koniowatych. Ona NIGDY nie płoszy się i nie panikuje, jeśli nie jest absolutnie pewna, że nic dookoła jej nie zagraża i jest całkowicie bezpieczna. Ergo, wszelkie płoszenia, ponoszenia i fochy, dzięki którym zdobyły opinię panikary, są od początku do końca jedynie teatrem i niczym więcej…).

Karczowanie jest fajne, nie powiem. Ale boli mnie teraz kark, nogi się pode mną uginają, w udach mrowi i nawet siedzenie przed komputerem jest trudne. Najchętniej przybrałbym pozycję horyzontalną i zasnął tym bardziej, że w międzyczasie pochłonąłem obiad. Niestety: do wieczornego karmienia koni jeszcze prawie dwie godziny, trzeba jakoś do tej pory przetrwać.

Zresztą, gdybym nie był do nieprzytomności zmęczony co wieczór, nie wiem, czy w ogóle udałoby mi się zasnąć. Nie jestem ideologicznym zwolennikiem bezstajennego chowu koni. Wszystkie nasze konie są mi bardzo drogie – i wcale mi się nie podoba, że każdy psychol czy złośliwiec, może im teraz dowolnie zrobić krzywdę, byle wypatrzył moment, kiedy nas nie ma, lub śpimy…

Koniec końców, nie da się ukryć: praca męczy! Przy tym, praca fizyczna męczy także intelektualnie (spróbujcie nie myśleć przy karczowaniu chaszczów, a wizyta w szpitalu pewna!). Co jest bezpośrednim powodem, dla którego kończę tego posta tu i teraz…

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...