wtorek, 24 listopada 2009

Poniedziałkowa deprecha

Nie jest przypadkiem, że piszę we wtorek! W poniedziałek nie mogłem: typowa, poniedziałkowa deprecha była zbyt mocna. Skąd poniedziałkowa deprecha u bezrobotnego rolnika? (Wiem, wiem, rolnik nie może być bezrobotny, bo też jest faktem, że do roboty zawsze coś się tu znajdzie, aż kark boli i w stawach strzyka – ale nie łudźmy się, nie utrzymuję się przecież z pracy na roli, tylko z pracy głową: a żadnej w tej chwili nie mam).

Nie muszę przecież zrywać się przed świtem i jechać do pracy. Wyluzowany być powinienem. Wolny od stresu. G..no prawa! To trochę jak z tym Jeszcze Większym Ciastkiem z Kremem (a propos: słowa dotrzymałem, ciastka nie kupiłem i nie zeżarłem, a nawet w Warszawie byłem w międzyczasie, więc mogłem!). Czuję się winny, że nie siedzę w biurze i nie zarabiam pieniędzy. Atawizm taki.

Żeby go zwalczyć, rzucam się zwykle w poniedziałki z przysłowiową motyką na alegoryczne słońce, w mur głową biję, itp. – tj. poprawiam do druku referat z konferencji, wysyłam milion cevałek do różnych możliwych i coraz to mniej możliwych pracodawców, objeżdżam Wielkiego Strasznego Zwierza (po niedzielnym polowaniu z nagonką, które przetoczyło się tuż obok nas sarny, zwykle trzymające się zarośli wzdłuż torów kolejowych, skąd mają blisko na moje ładnie odrastające łąki po drugiej stronie drogi i na resztki radkowej kukurydzy, do tej pory nie zebrane, przeniosły się na drugi koniec wsi, gdzie rozpościerają się całkiem spore, kto wie czy nie większe od moich ongiś, zapuszczone i zaśmiecone nieużytki: cztery spotkaliśmy. Oraz sympatycznego staruszka z laseczką.), sprzątam pod wiatą, po czym korzystając z oświetlenia sztucznego obijam deskami północną i zachodnią ścianę wiaty tak długo, że po skończeniu dzieła już nic mi się nie chce, a już na pewno nie – pisać cokolwiek…

Choć, oczywiście, pomysł na to, żeby w ramach autoterapii poniedziałkową deprechę opisaniem jej zwalczyć, wykiełkował mi w głowie razem z pierwszą falą nieprzyjemnych, wewnętrznych odczuć, jaka się przetoczyła przez moje wątpia (to od „wątpić“ niewątpliwie – względnie odwrotnie: „wątpienie“ jest od „wątpiów“; widać już nasi praprzodkowie miewali poniedziałkowe deprechy – poniedziałkowe pewnie od XIII w., bo wcześniej wątpliwym jest, by chrześcijański kalendarz z podziałem na tygodnie i dni tygodnia był w powszechniejszym użyciu, a słowo chyba starsze… to jakie deprechy miewali wcześniej..?).

Wszystko przez to, że miniony weekend był taki… weekendowy! Nie, wcale nie dlatego, że leżeliśmy brzuchem do góry. Wręcz przeciwnie. Cały piątek i sobotę pracowicie jak te żuczki wywoziliśmy taczką gnój spod wiaty. Głównie dlatego, żeby móc nowe siano, w miejsce prawie do końca już zeżartego naszego kupić i pod wiatą pomieścić. Co się ostatecznie nie udało, bo cena była lekko pisząc, nieco wygórowana. Byliśmy też w sobotę na targu w Warce, i do miejscowej Pierdonki zajrzeliśmy po zakupy, a także oddałem do naprawy naszą spracowaną piłę motorową. Dziś mam ją odebrać: jak wiadomo, nic tak nie pomaga na wszelakie deprechy, jak możliwość wyżycia się przy pomocy piły motorowej, więc z góry się cieszę!

W niedzielę też nie próżnowaliśmy. Kiedy przetaczało się obok nas wspomniane już polowanie z nagonką, akurat przyjechał Jakub z kolegą. Chłopcy, okazuje się, mają po 15 lat! Stare chłopy, można powiedzieć, już nawet za babami powinni się oglądać, a nawet – ho, ho! – Wkrótce będą się musieli golić. A zupełnie nie wyglądają… To jest, tak na marginesie, zjawisko warte zbadania. Bo z jednej strony, gdy kończąc już studia, czyli w jakieś pięć lat po maturze, z powodu którego nie pamiętam, odwiedziłem moje dawne liceum w Starogardzie, to byłem na korytarzu prawie że najniższy – w każdym razie, nie widziałem niczego poza torsami, względnie dolnymi częściami twarzy przechadzającej się podczas przerwy młodzieży. Wszyscy zresztą zgadzają się, że młodzież coraz to większa. Z drugiej zaś strony, jak mi się zdarzało zapuścić gdzieś na Pragę, albo tutaj na wsi, przerastam o głowę, albo nawet i dwie nie tylko starszych i rówieśników, ale też całą prawie młodzież. Skąd takie różnice? Przejaw jakiegoś dramatycznego rozwarstwienia? Ale przecież żarcie, które tu się je nie jest ani mniej sztuczne niż w mieście, ani też, nie przesadzajmy, nikt tu nie głoduje. No, może pracować trzeba wcześniej i ciężej… Chyba że to kwestia zwiększonej mobilności społecznej: bystrzejsi, piękniejsi i wyżsi (a jest udowodnione, że wzrost jest pozytywnie skorelowany z życiowym powodzeniem, uroda na pewno też), odkąd ilość sztucznych barier przeszkadzających w karierze zmalała, przenoszą się łatwiej do miast i do ich lepszych dzielnic, niż kiedyś było to możliwe. Nawet próbowałem się tą refleksją podzielić na forum, ale chyba mi się nie udało.

Na koniu mały wzrost chłopcom raczej pomaga niż przeszkadza i cieszę się bardzo, bo postępy czynią dość szybkie i jeśli tylko wytrwają, będzie z nich pociecha. Już wspomniałem Jakubowi, że w wakacje dobrze by go było wysłać do pracy w jakiejś większej stajni, gdzie mógłby się nauczyć czegoś więcej niż u nas.

Weekend był zatem prawdziwym weekendem. W dodatku długim, bo przez czwartkowy wyjazd do Warszawy, który zakłócił normalny rytm dni, już w piątek miałem wrażenie, że to sobota. Stąd lekko się te taczki pchało. W poniedziałek zaś, tym gorsza przyszła deprecha.

Po nocnym deszczu powoli się przejaśnia, już nawet widzę kawałek błękitu ponad szybko się przesuwającymi chmurami za naszym przydomowym laskiem. Wiatr faktycznie dmie tak, jakby zaraz miało naszą chatkę (pozbawioną przecież fundamentów) unieść do góry i przenieść do Krainy Oz. Nasza koza zwłaszcza, połączona przewodem kominowym ze światem zewnętrznym, daje prawdziwy koncert skrzypień i metalicznych rezonansów. Dość irytujących, zwłaszcza nocą. Podłożyć jej pod nóżki coś miękkiego dla wytłumienia drgań..?

Sylwestra chrapie. Jak to możliwe, żeby kot tak głośno chrapał..? Za to nasz nowo oswojony (jakieś 10 dni temu), stajenny kocur Murkis, stoczył w nocy zwycięską walkę z jakimś konkurentem. Odgłosy były wielce dramatyczne, ale żadnych obrażeń na Murkisie nie widać, albo wygrał przez nokaut, albo była to tylko walka psychologiczna J. W każdym razie: pora kończyć. Opublikuję tego posta, przejrzę, co mi tam InfoPraca na maila przysłała i siodłam Wielkiego Strasznego Zwierza, póki nie pada…

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...