środa, 11 listopada 2009

Na wsi bida, czyli jak Radkowi Unia nie pomogła…

Odwiedził nas wczoraj wieczorem serdeczny druh mój, Radek. Rolnik miejscowy, pierwszy gospodarz całej okolicy, a przy tym fajny chłop, parę lat ode mnie młodszy, zwinny, sprytny, obrotny i robotny. Gospodarka po ojcach odziedziczona mu nie wystarczała, to pobrał kredytów, dopłat i dotacji jak się dało i skąd się dało. Oborę postawił, nakupił ciągników, maszyn, ziemi.

Niestety, ciągniki – nawet najnowocześniejsze, a Radek najlepsze ma w całej gminie – same nie pracują. Radek, choć robotny i obrotny, sztuki bilokacji nie posiadł, a zresztą bilokacja nic by mu nie pomogła. Jakaś multilokacja, zjawisko nie notowane w żadnej kronice zjawisk paranormalnych byłoby tu potrzebne, żeby nad całym przedsięwzięciem zapanować! Ludzi do pracy, co jest truizmem, nie ma. Nawet właściwie nie ma po co ich szukać. Chyba, że na prezesa… Przy tym Radek, człowiek złotego serca, zbyt łatwo pozwala się rozpraszać licznym swoim przyjaciołom – jednemu pole zaorze, innemu słomy przywiezie, jak kto wielkim TIR-em na naszej piaszczystej drodze utknie, to go w dwa ciągniki wyciągnie, pomoże, doradzi…

Efekt jest jak najgorszy dla Radka, a i dla mnie, jako jego druha serdecznego, przy tym złączonego z nim więzią symbiotyczną (kto mi będzie moje trzydziestoletnie ugory orał i TIR-y z drogi wyciągał, jak mu największy w całej wsi traktor bank zabierze..? A jeszcze trochę tych ugorów mam i więcej mieć bym chciał, tak samo jak i TIR-ów z materiałami budowlanymi!). Pola Radek obsiewa ostatni i ostatni żniwa kończy. Nie ma maszyny bez mniejszej lub większej usterki. Nie tylko wielki dom, który jeszcze jego ojciec dla pięciu synów postawił (a jeden z nich tylko na gospodarce został), ale i obora do tej pory nie wykończona. Krowy, nie pilnowane i nie karmione regularnie, dają mleko kategorii 1, a nie „Extra“, gorzej płatne, co przy obecnej cenie skupu przekłada się na brak zdolności spłaty kredytów. Krów zresztą ma po prostu za mało, nie wykorzystuje całej swojej kwoty mlecznej – ale musiałby najpierw oborę rozbudować, bo mu się w tej, którą postawił, i tak już nie mieszczą. Od pół roku nie płacił rat za swój największy traktor i teraz bank domaga się, by go do Warszawy, na Połczyńską natychmiast odstawił: zaległości zebrało się na 45 tysięcy. Co zresztą jest tylko ostatnim z objawów od dawna nadciągającego kryzysu.

O tym, że z druhem moim serdecznym Radkiem nie jest dobrze przekonałem się onegdaj, kilka miesięcy temu, kiedy na sprawy kościelne nam rozmowa z jego matką zeszła: miejscowy proboszcz, rygorysta, odmówił mu ochrzcić córkę, bo nie mają z żoną ślubu kościelnego. Zjawisko to wcale nie jest na wsi takie rzadkie (o braku ślubu piszę, nie o proboszczach – rygorystach), tośmy się zrazu specjalnie nie zdziwili. Teraz jednak wiem już, dlaczego tego ślubu nie ma. Toż weselisko pierwszego w całej okolicy gospodarza musiałoby być nie lada wydarzeniem – a tu nawet tych dwóch tysięcy złociszków dla księdza, o całej reszcie nie mówiąc, po prostu w portfelu nie ma…

Posiedzieliśmy, powzdychaliśmy, poradziłem mu, żeby ciągnika w żadnym razie nie oddawał, a bankowi wpłacił, ile może teraz, resztę starając się sprolongować. Podobnoż zresztą uda mu się dostać od mleczarni nie oprocentowaną pożyczkę, która by na te bankowe zaległości akurat wystarczyła, tylko musi to jeszcze trochę czasu potrwać. No i skutek taki będzie, że co miesiąc jeszcze mniej za mleko na konto wpłynie, więc nie będzie z czego kolejnych rat płacić – historia się zatem powtórzy wcześniej czy później.

Oczywiście, na dniach mają dawać dopłaty. U Radka to będzie razem (większość ziemi jest nadal na jego matkę, więc dopłaty w dwóch ratach przychodzą) ponad 40 tysięcy. Tyle, że jak sam po sobie wypraktykowałem, dopłaty pokrywają akurat połowę tego, co trzeba włożyć w nawozy co roku, żeby ziemia cokolwiek dała. W każdym razie, w tej okolicy, gdzie czarnoziemu nie ma za wiele, jak to na Mazowszu. Jak ktoś nie nawozi (a są i tacy), to owszem, można sobie balangę raz do roku sprawić – ale Radek nie może sobie na taką beztroskę pozwolić. Unia mu zatem nie pomoże – a może nawet i zaszkodzić. Gdyby bowiem bank mu ciągnik odebrał, to oprócz straty samej maszyny, przyjdzie też zwracać, z odsetkami, dotację, którą na zakup tego ciągnika wziął.

Radek ma pomysł na dodatkowe dochody. Jemiołę będzie na targu w Warszawie przed Świętami sprzedawał. Twierdzi, że znajomy rok temu 7 tysięcy na tym w kilka dni zarobił. Cóż: spróbujemy i my. Na moją przyczepę pewnie więcej jemioły wejdzie niż do tarpana Radka znajomego. Możemy to zatem zrobić na spółkę. Tym bardziej, że i mnie jakaś ekstra kasa się przyda …

Sam też podsunąłem jeden pomysł na dywersyfikację przychodów. Radek ma kumpla, właściciela ubojni. Dla ubojni to nie będzie żaden interes, za mały obrót na na tym wychodzi, ale może da się to zrobić po prostu przy okazji: z czasów, gdym nieudolnie udawał menadżera restauracji, zostały mi, ciągle jeszcze dobre, kontakty z jej właścicielami. Może będą potrzebowali świeżego mięsa taniej niż z hurtowni..?

Problem Radka dałoby się rozwiązać, gdyby udało mu się choć trochę ziemi sprzedać. Sam bym po prawdzie, chętnie od niego jeden czy dwa najbliższe moim pastwiskom kawałki pod owies kupił – ale nie będzie przecież prowadził ślepy kulawego. Poradziłem mu jednak, żeby się w gminie zorientował, czy choć jedna z jego działek nie leży w strefie, w której dozwolona jest np. zabudowa letniskowa. Wtedy za marne 1000 czy 2000 metrów (powierzchnia dla gospodarstwa bez znaczenia), mógłby choć część swoich długów spłacić. Gmina porządna, ma plan zagospodarowania przestrzennego dla całej powierzchni, od razu będzie wiadomo.

Wnioski z przygód druha mego serdecznego, Radka? Unia szkodzi!

1. Tzw. „modernizacja gospodarstw rolnych“ prowadzi do monokultury. Na tym, zdaniem urzędników, polega postęp, że rolnicy się specjalizują. Skąd ci urzędnicy to wiedzą? Że tak jest na Zachodzie? A może w Polsce właśnie konieczna jest dywersyfikacja, a nie specjalizacja? Gdyby Radek, wzorem swego ojca, tylko część krów miał mlecznych, a część mięsnych, a do tego też świnie, kury i króliki – nie jęczałby teraz pod brzemieniem kredytów przyznanych w czasach, gdy cena mleka była zupełnie inna i nie musiałby się na drzewa po jemiołę wdrapywać…
2. Niezależnie od tego, czy dywersyfikacja, czy specjalizacja jest rozwiązaniem słusznym – na pewno nie jest słuszne to, że się specjalizację odgórnie narzuca. Przecież cena mleka jest taka, a nie inna dlatego właśnie, że się zbyt wielu rolników w jego produkcji wyspecjalizowało! Wydawało im się przy tym, że skoro produkcja mleka jest w Jewrosojuzie reglamentowana (owa „kwota mleczna“, wcześniej wspomniana), to jest to rozwiązanie ekonomicznie bezpieczne, bo gwarantuje stały dochód. Cóż: przynajmniej już wiadomo, że to nieprawda.
3. Brak rąk do pracy na wsi to również, po części skutek istnienia rent strukturalnych, zasiłków i innych instrumentów socjalistycznej inżynierii społecznej. Po co pracować, skoro minimum biologicznej egzystencji jest zapewnione, a na bełta z grzybów i jagód starczy..?

3 komentarze:

  1. Mam nadzieję, że sytuacja Radka się poprawiła.

    OdpowiedzUsuń
  2. Ciągnik ocalił. Ale znowu pieniędzy nie ma - a tu nawozy trzeba kupić, paliwo do ciągników...

    OdpowiedzUsuń
  3. Ja już od dawna pracuję w mieście aby utrzymać moją gospodarkę. Rano wyrzucam obornik, aby później ubrać szpileczki i jadę do pracy, wieczorem szybko zdejmuję szpileczki i zakładam gumowce, aby zwierzaki nakarmić, wyczyścić itp.

    OdpowiedzUsuń

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...