środa, 18 listopada 2009

Jakub, czyli optymizm

Wspomniałem wczoraj o naszym kandydacie na stajennego/zawodnika. Nawet nie wiem, ile chłopak ma lat, oni tu wszyscy są bardzo mali, więc choć wygląda na jakieś 10, może mieć nawet i ciut więcej. W każdym razie, do szkoły dojeżdża do Stromca, więc pewnie do gimnazjum..? Nie znam się na tych nowych podziałach…

Jakub z kolegami, podobnie jak całe stada małych dziewczynek ze wsi, podchodził nas przez cały sierpień. Dzieci przyjeżdżały, chowały się w kukurydzy, głaskały konie przez płot, coś im dawały. Większość na nasz widok uciekała. Nie wyglądało to zbyt dobrze. Paru dorosłych przyszło pytać, czy oferujemy jazdy. Oczywiście nie oferujemy jazd i jazd oferować nie będziemy. Wakacje się skończyły, to i takich odwiedzin ubyło. Aż któregoś październikowego popołudnia przyjechał do nas ojciec Jakuba z Jakubem i gromadką innych dzieciaków. Opowiedział jak to Jakub pasjonuje się końmi. Zapytał, czy może przychodzić.

W sumie taki pomocnik wcześniej czy później się nam przyda. Jak na razie wygląda na to, że pasja Jakuba jest trwała. Wczoraj był u nas po raz czwarty, z czego drugi raz siedział na Wielkim Strasznym Zwierzu. Obiecał przyjechać następnym razem w sobotę, już nie uciekając ze szkoły.

Dlaczego uważam jego obecność za powiew optymizmu? Po pierwsze, fajnie że to chłopak! Jeździectwo jest tak sfeminizowane, że jeśli pozostanie przy tej pasji, będzie prawdziwym rodzynkiem. A my będziemy mogli obarczyć go jakąś pracą szybciej niż dziewczynkę. Zresztą, za każdym razem przyprowadza jakiegoś kolegę, to we dwóch tym bardziej sobie poradzą. Przy tym praca to jedyny sposób w jaki będzie się mógł nam ewentualnie odwdzięczyć za kontakt z końmi, bo nie sądzę, aby jego ojca stać było na płacenie za jazdy.

Zresztą, wbrew jakimś tam wewnętrznym kontrowersjom, wcale nie chcę, żeby nam ktokolwiek za jazdy płacił. W końcu ani nie mamy uprawnień do nauki jazdy, ani też najmniejszego zamiaru obarczać naszych emerytów kursantami – dość się w życiu dzieci nawoziły, i Dalia i Gluś! A jak od jednego choćby weźmiemy pieniądze, to trudno będzie wytłumaczyć, że nie chcemy od drugiego czy trzeciego…

Po drugie, obecność Jakuba napawa mnie optymizmem jako jeden z dowodów na to, że wrastamy w tutejszą glebę i przestajemy być „letnikami z Warszawy“. Strach pomyśleć, jakie o nas historie po wsi krążą – koniec końców, kupiliśmy w sumie kupę ziemi, a zagospodarowaliśmy jeszcze więcej niż kupiliśmy, nie bez udziału w tym radkowego roztrzepania, który zaorał więcej ugoru niż miał zaorać, tudzież nie bez udziału mojej pazerności, bo krzaki na opał wolę wycinać na sąsiednich, niż na własnych, dobrze już zagospodarowanych działkach, gdzie zbędnych drzewek nie ma. Wczoraj zresztą, już popołudniem, przyjechał sąsiad Radka pytać, czy wolno mu sobie nakopać żwiru. Łaskawie pozwoliłem J Działka, na której kopał należy do kobiety z Bielska-Białej, a nie do mnie, więc czemu miałbym zabraniać. Ale zastrzegłem, żeby w żadnym razie śmieci w to miejsce nie wrzucał i w miarę możliwości powstały dół wyrównał! Chłop też konie trzyma, tyle że oczywiście zimnokrwiste i koniecznie chciał ze mnie wyciągnąć, jakie to góry kasy trzymam po bankach, ile moje konie są warte (a skapnął się, skubany, że to nie są marne chabety i wcale mu przy tym nie chodziło o tłusty wygląd Wielkiego Strasznego Zwierza!), itd. Zgodnie z prawdą odpowiedziałem, że chwilowo jestem bez roboty i bez kasy, ale mam nadzieję…

Bo nadzieja, jak wiadomo, umiera ostatnia, a entuzjazm Jakuba, na ostatek, potrafi się udzielać. Co jest ostatnim z powodów, dla których jego czasem trochę niespodziewane wizyty, mimo wszystko napełniają mnie optymizmem.

Na koniec wreszcie, mała glosa do wczorajszych kremówkowych rozważań metafizycznych – pewnie ją jeszcze rozwinę w wolnej chwili, bo jest to najistotniejszy punkt dyskusji, jaką przyjdzie mi stoczyć z własnymi rodzicielami. Otóż polski katolicyzm ludowy wrósł w obyczajowość i stał się rodzajem magii. Obrzędy towarzyszą koniec końców przede wszystkim różnym rytuałom przejścia: chrzest, pierwsza komunia, bierzmowanie, wojsko, ślub, przejście na emeryturę, ostatnie namaszczenie i pogrzeb. Jak widać, z siedmiu najgłówniejszych zdarzeń w życiu człowieka, tylko dwa, tj. wojsko (dla mężczyzn) i przejście na emeryturę, mają charakter wyłącznie świecki. Szara rzeczywistość rozpięta pomiędzy tymi gorejącymi czerwienią punktami zwrotnymi jest nieistotna. Ta szara rzeczywistość kręci się zresztą w kółko, rok po roku, w rytm zmian pór roku i kościelnego kalendarza, który te zmiany uroczyście ogłasza i potwierdza. Jeśli tu się w ogóle jakakolwiek eschatologia pojawia to, obawiam się, w charakterze Jeszcze Lepszej Emerytury po śmierci – nic dziwnego, że Świadkowie Jehowy, z których wczoraj tak kpiłem, mają niezłe łowy (a mieli ongiś lepsze, gdy wojsko było jeszcze obowiązkowe…).

Otóż ja wcale nie uważam, żeby moja codzienność była szara, nieistotna i nędzna. Choć może się taka wydawać moim rodzicielom – wszak nie płacę składki na ZUS, więc skąd będę miał emeryturę? Jakby ZUS miał przetrwać do momentu, kiedy dojdę do wieku emerytalnego, to by dopiero był cud! Jestem zadowolony z tego, co mam i co robię. Fakt, że bolały mnie wczoraj łydki i plecy od dźwigania najpierw desek, a potem wożenia gnoju był doświadczeniem radosnym i ożywczym. Za chwilę, jeśli tylko uda mi się załadować wreszcie ofertę pracy (ktoś szuka redaktora prowadzącego, świetnie bym się do tego nadawał, ale przy moim łączu korzystanie z takich portali jak InfoPraca czy Pracuj.pl to prawdziwa męka!), zabieram się stąd i wsiadam na Wielkiego Strasznego Zwierza. Czego można chcieć jeszcze od życia..? I czy w tej sytuacji warto w ogóle zaprzątać sobie głowę niepewnym zaświatem?

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...