wtorek, 17 listopada 2009

Ciastko z kremem, albo rozważania metafizyczne

Chyba trzeci już dzień męczy mnie ochota na ciastko z kremem. Pokusa w sumie banalna, a dotkliwa tylko dlatego, że przez chwilę istniała nawet możliwość jej ulec – odwiedziliśmy wczoraj Radom. Oczywiście, nie mam najmniejszego zamiaru żadnego ciastka z kremem kupować. Tutaj na wsi jest to zresztą chętka całkowicie nieziszczalna, póki więc siedzę na tyłku i nie ruszam do miasta, nie bardzo jest o czym mówić.

Dlaczego jednak nie zamierzam ciastka z kremem kupować? Odpowiedź może być dwojaka. Raz dlatego, że przecież dalej jestem bez pracy, a przede wszystkim, bez żadnych rysujących się w na horyzoncie dochodów i trzeba te środki, które jeszcze mamy, oszczędzać, żeby starczyły na jak najdłużej. Po drugie, jest w tym coś z metafizyki – jeśli nie ulegnę i nie kupię ciastka z kremem nawet mając taką możliwość, to przecież taka ofiara musi być wcześniej czy później nagrodzona: jeśli nie Jeszcze Większym Ciastkiem z Kremem, to przynajmniej jakimś innym mniejszym lub większym sukcesem.

Jest to metafizyka prymitywna jak kij bejsbolowy, ale tak głęboko wryła mi się w podświadomość, że nigdy zapewne się od niej nie uwolnię. Na tej samej zasadzie zresztą, gdyby nie to, że właśnie zaczęło padać, siedziałbym już na Wielkim Strasznym Zwierzu i jak trzy poprzednie poranki, objeżdżał włości. Fakt, że jakąś tam ofiarą taki objazd był tylko pierwszego dnia, w sobotę – Zwierz musiał sobie pobiegać i pozwoliłem jej na grand galoppe przez całą długość naszego dużego padoku i pół rżyska po radkowej kukurydzy. I to w stronę stajni. To znaczy, w stronę domu, bo stajni, prawda, jeszcze nie mamy. Od dawna zresztą czułem, że Zwierz ma taką potrzebę, ale się po prostu bałem. Więc w sobotę się przemogłem. Następne wycieczki tylko dlatego mogły metafizyczne poświęcenie udawać, że jednak odrobinę trzeba własne lenistwo zwalczyć, żeby oderwać się rankiem od komputera i wyjść na zewnątrz, złapać Zwierza, wyczyścić, osiodłać… - a potem już tylko było przyjemnie. Zobaczymy, może się nie rozpada, to i dziś się na to zdobędę.

Fakt, że internet chodzi wyjątkowo kiepsko (chyba po prostu zużyliśmy już jakiś czas temu nasz miesięczny limit 1 GB danych, nowy będzie się liczył bodaj od piątku), znakomicie ułatwia podobne poświęcenia. Podobnie jak okoliczność, że poprzednie trzy poranki były dość suche i w miarę, jak na listopad, ciepłe.

Rozpędu po tak pracowicie rozpoczętym dniu starczało mi zresztą jeszcze tylko na wywiezienie gnoju spod wiaty, narąbanie szczap na podpałkę do kozy i na niewiele więcej. Trzeba się zresztą zdecydować, co robić: drewno ciąć i rąbać, czy po deski do tartaku pojechać, czy też zająć się ściąganiem z pola trupa naszej koparki. Chyba się zresztą drewnem skończy, bo to najłatwiej. Choć, jeśli ma padać, to może jednak lepiej do tartaku – parę dni z deszczem i w ogóle nie da się tam dojechać, już ostatnio kiepsko było!

Moja prywatna, prymitywna metafizyka, której nie umiem nie ulegać jest oczywiście popłuczyną po religijnym wychowaniu jakie odebrałem. Czy jestem religijny? Hipoteza o istnieniu Boga wydaje mi się dość prawdopodobna. Jednak mój Bóg, jeśli istnieje, jest jednak bardziej Bogiem filozofów niż prostaczków – i, racjonalnie rzecz biorąc, nie umiem sobie wyobrazić, żeby Jeszcze Większe Ciastko z Kremem czekało na mnie po śmierci. Istotą człowieczeństwa jest skończoność i niedoskonałość. Jakakolwiek perspektywa wieczności zaprzecza tej istocie. Oczywiście, wedle religii człowiek ma wkraczać w zaświaty odrodzony i odmieniony. Jednak taka odmiana i takie odrodzenie, które by aż tak radykalnie istotę człowieczeństwa zmieniało, wydaje mi się wszelką indywidualną osobowość z konieczności niszczyć. A już zmartwychwstanie ciałem? Tylko wieczne męki są tu wyobrażalne! Nic dziwnego, że opis raju u Dantego taki płaski w porównaniu z opisem Czeluści… W każdym razie, nadmierna dbałość o wygody istoty pozbawionej moich ułomności, wad i słabostek, a więc mną w żadnym razie nie będącej nawet, gdybym rzeczywiście miał się w taką istotę po śmierci przeistoczyć, tu i teraz nie mieści mi się w głowie. Co nie znaczy, że zamierzam z rozmysłu źle czynić, Kościół, matkę naszą, wyzywać i do jakichkolwiek osobistych nieprzyjaciół Pana Boga przystępować.

Swoją drogą ta asymetria wielce jest znamienna. Żeby wyobrazić sobie wieczne męki wystarczy przedłużyć myślą własną egzystencję w postaci jak najbardziej obecnej i istniejącej. Wyobrażenie Raju jako spotęgowania ziemskich rozkoszy (najbardziej zabawne bodaj w broszurkach Świadków Jehowy!), w oczywisty sposób kupy się nie trzyma. Wieczne galopowanie zebranym, maneżowym galopkiem na Wielkim Strasznym Zwierzu, który w dodatku na zawsze będzie już miły i przyjazny..? Dajcie spokój!

[W tym momencie do drzwi zapukał nasz kandydat na zawodnika i stajennego Jakub, który uciekł ze szkoły, żeby wsiąść na Wielkiego Strasznego Zwierza. Mimo deszczu nie mogłem mu odmówić. Ponieważ anglezowanie kiepsko mu idzie, to pomny doświadczeń Sergieja Mamontowa z carskiej szkoły oficerów artylerii konnej, przelonżowałem go w kłusie ćwiczebnym. Wielki Straszny Zwierz nosi miękko, więc nic mu się nie stało, a poczuł się o wiele pewniej… Kończę popołudniu, w przerwach w doglądaniu naszej kozy po, jednak, przywiezieniu desek z tartaku i (częściowym) wybraniu gnoju spod wiaty, gdzie muszę zamontować jeszcze jedną ściankę]

W taki sposób Niebiańskie Pastwiska mógłby sobie wyobrażać chyba tylko sam Wielki Straszny Zwierz: najsoczystsza trawa bez końca, wiatr w grzywie i żadnych gzów… Choć i ona czasem się nudzi, co dowodzi, że jest stworzeniem wyżej stojącym w hierarchii bytów od Świadków Jehowy, którzy taki właśnie obraz Raju (toutes les proportions gardée) z powodzeniem propagują wśród maluczkich tego świata.

Święty Augustyn mieszkańców raju nazywa pogrążonym w apatii. W rzeczy samej, jeśli stan rajskiej szczęśliwości polegać ma na kontemplacji samego Absolutu, na mistycznym złączeniu z nim – to nie ulega dla mnie wątpliwości, że im głębsze będzie takie doświadczenie, tym mniej ze mnie w nim pozostanie. Jako nagroda za dobre sprawowanie jest to zatem przywilej chybiony, bo nagradzanego z konieczności unicestwia. Skoro zaś nagradzać z sensem nie sposób, karanie – jak najbardziej wykonalne i możliwe do pomyślenia bez żadnych zmian w wyposażeniu psychofizycznym i kondycji bytowej człowieka – wydaje się trochę nie fair. Cóż: umrzemy, to zobaczymy…

Nasza koza właśnie się rozpaliła (podpałka z Carrefour jest o wiele gorsza od podpałki ze sklepu ogrodniczego w Warce!), a mnie zaczyna ogarniać błogie, cielesne jak najbardziej, rozleniwienie. Więc może dalsze głębokie przemyślenia o życiu i śmierci i takie tam – jednak innym razem. Na koniec zapewniam tylko, że nie mam najmniejszego zamiaru kupić, a tym bardziej zjeść tego cholernego ciastka z kremem, które mi ciągle Szatan przed oczy podsuwa! Po co? Ano dlatego, na ostatku, że najpewniej byłoby to jedynie rozczarowaniem. Niewiele jest naprawdę dobrych ciastek z kremem i wcale nie ma pewności, że takie właśnie udałoby mi się dostać. A wyobrażać mogę sobie przecież najlepsze – z soczystym winogronkiem albo wisienką na szczycie, o idealnej konsystencji, nie za słodkie…

Na zdjęciu: Wielki Straszny Zwierz

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...