poniedziałek, 26 października 2009

Koza nostra

Jako świeżo upieczony mieszkaniec niespełna 30-metrowej chatki z bali, w dniu ataku pierwszego tej zimy śniegu, zainstalowałem żelazny piecyk, popularnie zwany „kozą“.
Niestety, jak do tej pory nasza koza jest jednym, nie kończącym się pasmem rozczarowań. Wygląda na to, że przedmiot ten, opiewany wszak we wspomnianiach zesłańców, tułaczy wojennych i ofiar innych klęsk, tylko bezmiarowi nieszczęścia, któremu towarzyszy, zawdzięcza swą dobrą prasę. Koza miała nas ogrzać. Przy kozie buchającej ciepłem mieliśmy spędzać długie, zimowe wieczory. Rozgrzana do czerwoności koza miała nam gotować wodę na herbatę – i tworzyć w naszej chatce atmosferę godną Turgieniewa. Widzieliśmy już oczami wyobraźni ten tulski samowar na kozie, z której buchają czerwone płomienie, a z samowaru leje się gorący czaj, podawany z domowymi konfiturami…

Owszem, atmosferę nasza koza, nie można powiedzieć, tworzy: zadymioną! Nie, wcale nie o to chodzi, że komin źle ciągnie. Jest, a jakże, trochę jeszcze za krótki – nie byłem w stanie wejść na dach, gdy mokry śnieg robił z niego lodowisko, w konsekwencji nie założyliśmy nawet ostatniego bloczka betonowego i nad dach wystaje po większej części sama rura. Dokończyć tego, już przy lepszej aurze, póki co się nie dało z powodu braku środków na zakup przynajmniej jeszcze jednej rury, dwóch czy trzech dodatkowych bloczków i silikonu. Tego silikonu, nota bene, długo nie zapomnimy: żaroodporny miał być rzekomo. Trudno powiedzieć, jak z tą żaroodpornością u niego było – przy pierwszym nieco weselszym rozpaleniu ognia w naszej kozie zadymił, zasyczał i zapalił się jasnym, żwawym płomieniem. Na pewno jednak był czerwony – a że nie tylko rozpadł mi się od dawna nie używany pistolet do wyciskania silikonu, ale i wrodzony talent prawdziwego fajtłapy i tym razem dał o sobie znać, czerwień ta pokryła nie tylko ostatnie robocze spodnie (przez trzy miesiące na wsi tak schudłem, że cała reszta garderoby wisi na mnie jak worki pokutne), ale i całą okolicę, z komputerem na którym piszę te słowa włącznie.
W każdym bądź razie mimo, że komin nie jest jeszcze skończony i trochę, w stosunku do zdrowych zasad budowy kominów przykrótki, cug nie można powiedzieć – jest. Do środka dym nie leci, w rurze huczy bardzo przyjemnie, cacy konstrukcja. To skąd ten dym? Ano – z tego oto powodu, że rozpalenie naszej kozy pochłania nieskończone wręcz ilości podpałki, trwa co najmniej dwie, trzy godziny i wcale nie daje gwarancji, że jeśli się ją tylko spuści z oka na 10 minut, to natychmiast nie zgaśnie i całej operacji nie trzeba będzie powtarzać od początku.
W rezultacie jestem teraz niewolnikiem naszej kozy, czasem, w przystępie wyjątkowo dobrego humoru zwanym także kapłanem domowego ognia: od momentu rozpoczęcia trudnej operacji rozpalania naszej kozy aż do czasu, gdy i nasza koza i powietrze w naszej chatce osiągnie zadowalającą temperaturę, nie oddalam się od niej nawet na krok. Przeciętnie przez sześć godzin dziennie. Szychta jak u operatora wielkiego pieca, a tu tylko o taką małą, naszą kozę chodzi…
Prawdopodobnie w tym właśnie że taka mała, cały tkwi problem. Rozmiar, jak się okazuje, ma znaczenie – i żadna technika nie potrafi zrekompensować jego braku. Nasza koza zbyt szybko traci ciepło. Cegły szamotowe w środku, owszem trzymają jakąś w miarę zadowalającą temperaturę przez kilka godzin, ale jest to zbyt mało, żeby mogło się zapalić, co tu kryć, dość mokre jeszcze drewno, jakim dysponujemy. Wystarczy chwila nieuwagi, temperatura w środku spada poniżej krytycznej i wszystko gaśnie.
Dość trudno jest przy pomocy naszej kozy wywołać pożar. Tylko ten silikon musiał być wyjątkowo łatwopalny, że tak się ładnie zajął – bez większych konsekwencji zresztą. Płomieniami w żadnym razie nie bucha. Do czerwoności się nie rozgrzewa. Wody na herbatę trudno byłoby na niej zagrzać. Jednym słowem: niewypał!
Za to bezpieczny. Może to taka jewrosojuzna norma? Ciii, lepiej nie wywoływać wilka z lasu! W sumie, nasza chatka i całe gospodarstwo, z naszą kozą włącznie, to jedna wielka samowolka i żywy dowód na bezsilność sług św. Biurokracego. Mamy nawet, proszę państwa, pozwolenie na budowę. Co prawda, wystąpiłem o jego zmianę, w związku z pewnymi dodatkowymi inwestycjami, jakich sobie zamarzyłem i tej zmiany już mi się uzyskać nie udało: urząd, zgodnie zresztą ze zdrowym rozsądkiem, poprosił o dołożenie projektów branżowych, na których wykonanie chwilowo nie było mnie stać. Nie odebrałem nawet złożonego w urzędzie projektu, nie było po co. Tym niemniej, pozwolenie na budowę mamy. Tyle tylko, że całkiem czego innego niż wiata dla koni, chatka dla nas i nasza koza w chatce. Jakoś mi nie przyszło do głowy planować okresu przejściowego, a tu, masz babo placek, okazało się, że doprowadzenie mediów na razie wyczerpało nasze możliwości finansowe i z rozpoczęciem właściwej budowy przyjdzie trochę poczekać.


Szkielet wiaty i dach zbił mi miejscowy sołtys, który jest też najbardziej wziętym w całej gminie mistrzem budowlanym – potem ją sam pokryłem papą a teraz, w miarę dostępnych środków, obijam z trzech stron deskami, żeby konikom nie wiało. Chatkę kupiłem przy pomocy pana Waldka (panie Waldku, pan się nie boi!) bardzo tanio i przewiozłem w całości na lawecie za samochodem. Nie wygląda to może zbyt dostatnio, większość inwestycji ukryta jest w ziemi (prąd i woda z własnej studni) lub niewidoczna dla laika (dwa lata ciężkiej pracy i mnóstwo kasy włożonej w to, żeby na nie uprawianym przez ponad 20 lat nieużytku wyrosła trawa!). Nie byłoby źle, gdyby nie ten nieszczęsny niewypał, ta nasza koza…

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...