wtorek, 6 czerwca 2017

Rudy Rydz

Margire - jak zwykle - sprawiła nam niespodziankę. Kiedy wczoraj rano (mocno spóźniony, było już około ósmej - Najlepsza z Żon wciąż nie czuje się kwitnąco, a prawdę pisząc, właśnie poczuła się znacznie gorzej...) wyszedłem karmić stado, z niejakim zdziwieniem, pomieszanym z ulgą i radością odkryłem, że stado... powiększyło się właśnie o nowego członka! Dosłownie - niestety - ale cóż: najwyraźniej ulubienica Najlepszej z Żon dba o to, aby Weronice nie zabrakło wierzchowców, gdy już trochę podrośnie:







Niespodziankę nam Margire sprawiła, bośmy się nie spodziewali, że pozwoliła Julianowi zrobić swoje już w pierwszej rui - a nie mogło być inaczej, skoro mamy naszego Rudego Rydza już teraz, a nie dopiero pod koniec czerwca/na początku lipca, jakeśmy się spodziewali...

Ten zwierzęcy magnetyzm Juliana..!

Rudy Rydz (ksywka tymczasowa - wiadomo, że nie tak będzie się nazywał i wiadomo nawet, że nie będzie, koniec końców, po prostu rudy - choć miał rudego dziadka - ale jakiej on będzie maści, tego nie podejmę się w tej chwili przepowiedzieć...) urodził się, dokładnie tak samo jak jego starszy brat z zeszłego roku, w czasie burzy. Bardzo burzliwej, głośnej i mokrej.

Rudy Rydz jest rekordzistą wśród całego naszego dotychczasowego przychówku. Po raz pierwszy wyszedł poza ogrodzenie kilka godzin po tym, jak go znalazłem. A mamuśka za nim, rzecz jasna!

W związku z czym całe stado zostało przymusowo przeflancowane na Wielki Padok - w nadziei, że pastucha elektrycznego tak łatwo nie pokona.

Oczywiście - pastuch, jak się okazało, wcale nie działał. A nie jest tak łatwo kupić tego rodzaju urządzenie ot tak - żeby było. Nie w naszej okolicy w każdym razie. Czasu miałem tym mniej, że musieliśmy jechać do lekarza. Na szczęście - zepsuty był tylko zasilacz. Podłączyłem zasilacz od telewizora - i działa na razie.

Mając już pewne porównanie stwierdzam, że narodziny zdrowego i silnego źrebięcia to czysta, niczym nie zmącona radość. Podczas gdy narodziny zdrowej i silnej córki, to jednakowoż mieszanka dużo bardziej skomplikowanych uczuć. Nie to, żebym żałował, o nie! Po prostu - jest to o wiele bardziej skomplikowane. W dodatku do radości - a nie zamiast niej...

środa, 3 maja 2017

Bonanza

Pierwszego dnia maja 2017 roku nasze stado przeniosło się na Wielki Padok:


co, oczywiście, jak zawsze, oznaczało wielką radość. Nareszcie przestrzeń! Nogi można rozprostować! Nie co na tych trzech marnych hektarach Pierwszego Padoku, czy zgoła pod wiatą...











Tak wczesna przeprowadzka wynika z faktu że, podobnie jak rok temu, nie mając ani wolnego czasu, ani potrzebnych środków finansowych, rezygnujemy ze zbierania własnego siana - a w dodatku wcale w tym roku nie nawoziliśmy padoków. W efekcie trawka jest marna. Będziemy się ratować częstą zmianą pastwisk. Miesiąc na Wielkim Padoku - dwa lub trzy tygodnie na Pierwszym - i z powrotem.

No bo inaczej:


Już w nocy z 29 na 30 kwietnia Osman Guli i Margire raczyły były stratować nasz nowy, świeżutko posiany trawnik w ogródku - nudziły się na Pierwszym Padoku z braku trawy, a to ogrodzenie tak zaskakująco zostało za zadami...

Nie było wyjścia! Za to, z inspiracji Najlepszej z Żon, poprawiliśmy bramę na Wielki Padok - wygląda teraz westowo. Gdzieś w chaszczach widziałem krowią czaszkę - może powiesimy na którymś ze słupów..?

Reszta zdjęć z długiego łykendu, jeszcze sprzed końskiej przeprowadzki:















niedziela, 30 kwietnia 2017

Relacja Najlepszej z Żon

Piątek, 21 kwietnia 2017 roku

Poszłam pod wiatę, zobaczyć jak się czuje Melesugun. Margire z Mahru stały przy południowej ścianie. Buba pod wiatą. Psy pobiegły za mną. Melesugun oparta zadem o ścianę przestępowała z nogi na nogę. Widząc mnie zastrzygła uszami. Skuliła je. Wypędziła wszystkich spod wiaty i zostałyśmy same. Podeszła, dotykając lekko nozdrzami mojego brzucha i patrząc na mnie oglądnęła się na swój brzuch. Boże! Obwąchała mi ręce. Łzy napłynęły mi do oczu... Nie mogę ci pomóc. Zawiedliśmy jako ludzie. Nie umieliśmy ci pomóc. Straciliśmy Krzywonoska... straciliśmy go!

Wszystko zaczęło się we środę. Od dwóch dni Melesugun miała bardzo wyraźne świeczki. Jacek chodził w nocy sprawdzić, czy rodzi. Zawsze rodziła niezauważana. Tym razem potrzebowała pomocy ludzi. We środę wyszłam około dziesiątej zobaczyć, co się dzieje. Margire u wyjścia na Pierwszy Padok. Mahru leżała koło kępy drzew. Osman Guli jakby na straży, od strony parku. Szefowa pod wiatą. Niespokojnie leżała. Nie chcąc jej spłoszyć podeszłam do Margire. Głaskałam, zaglądając znad grzbietu co się dzieje pod wiatą.

Melesugun mnie zauważyła, wstała - już myślałam, że odejdzie, ale ona tylko przeszła w inne miejsce i znów się położyła. Pomyślałam, że poinformuję męża i pójdę po aparat fotograficzny. Tak też zrobiłam.

Melesugun, teraz to wiem, dawała mi znać wcześniej, żebym pomogła, ale... pojęłam późno. Koło południa pojawił się pęcherz wypełniony płynem owodni. Nie było widać nóżek. Kilka razy wstała i położyła się. Byłam już bardzo blisko i widziałam, że jest mocno wypchnięty odbyt. Zdobyłam się na odwagę by uklęknąć tuż za Szefową i włożyć rękę w kanał rodny. Niestety, poza nóżkami, które nakierowałam do wyjścia, nie wyczułam główki. Ręka była wsunięta powyżej łokcia. Wydawało mi się, że to są stawy skokowe... i niestety, tak było.

Powiadomiony o tym Jacekj obdzwonił sąsiadów i doktora weterynarii. Poszłam po gorącą wodę, ręczniki, mydło. Przyjechał Marcin i razem z nim zaczęłam ciągnąć. Sama, więcej z obawy żeby niczego nie uszkodzić niż z niemocy, niewiele zdziałałam. Jest mi teraz niewygodnie, bo czuję jak zgniatam własne dziecko. Na szczęście dało się wyciągnąć Krzywonoska. Najciężej było przy klatce piersiowej.

Melesugun była bardzo dzielna i wiedziała, że potrzebuje pomocy, a nawet o nią prosiła. Wiem to teraz. W międzyczasie pękł pęcherz. Źrebaczek nie oddychał. Odciągnęłam go na słomę i zaczęłam wycierać ręcznikami. Od czasu do czasu dmuchałam w nozdrze. Uniosłam go nieco od mostka, by wypłynęły płyny z pyszczka i nozdrzy. Miał główkę przyciśniętą do jednego boku i po urodzeniu ciężko mu było się rozprostować. Jedno oczko było jakby cofnięte. W trakcie rozcierania zaczął oddychać. Takie szczęście! I pierwsze łzy.

Cały pyszczek był łukowaty, ganasze bardzo wąskie, uszka nierówno rozmieszczone i warga dolna opadła. Melesugun podeszła jeszcze w trakcie rozcierania i miałam wrażenie, że nie jest zadowolona. Jakby wiedziała, że coś nie tak, ale nie przeszkadzała mi w rozcieraniu.

Klęcząc, wycierałam nie tylko bok i szyję, ale i brzuszek i nóżki. Zimno było i jego pyszczek był bardzo chłodny. Niestety nóżki też miały znamiona przykurczów. Stawy skokowe przeprostowane, a pęciny nadmiernie przegięte odwrotnie do anatomicznej postawy.

Melesgun przyniosłam ciepłej wody z miodem. Skubała sianko i podchodząc do Krzywonoska wąchała jego nozdrza. Ożywiła się, gdy poczuła jego oddech i usłyszała ciche rżenie. Króciutkie, ale oznajmiające chęć życia. Próbowaliśmy podnieść Krzywonoska na ręczniku, ale był zbyt wiotki. Nie podnosił głowy.

Jacek wraz z sąsiadem podstawiając Krzywonoska pod wymię Melesugun, którą mogłam bez problemu utrzymać (zazwyczaj nie daje się dotknąć), zdoił ją i wraz ze łzami podawaliśmy maluszkowi siarę z butelki. Niestety, więcej spływało po policzkach niż było połykane. Wciąż wypadał języczek.

Co jakiś czas Melesugun trącała mnie i Krzywonoska, jakby chciała się spytać, jak idzie. Leżąc obok  źrebaczka by go ogrzać, zostałam dokładnie obwąchana przez Osman Guli, która zajęła pozycję ochroniarza. Czułam się jak członek stada. Wiem, że Melesugun nam zaufała, dała nam przyzwolenie, żebyśmy go obracali, rozcierali - tylko byśmy go uratowali. Pod koniec dnia zdawała się być zła, że jeszcze nie wstał. Wieczorem, już bardzo zmęczeni i z poczuciem, że zawiedliśmy zdecydowaliśmy, że jeżeli do rana się nie poprawi...

Boże! Nie wiedziałam, jak przeprosić Melesugun. Czułam, że nasza Kruszynka porusza się, gdy dotykam brzuchem Krzywonoska. Jego miękkiej sierści. Wpadłam w histerię. Zaczęłam prosić, by Matka Boża zabrała go do siebie. Nie rozumiem tego cierpienia! Nie rozumiem, czemu to małe i tak delikatne ciało nie może żyć. Zaczęłam się bać o naszą Córeczkę. Czy będzie zdrowa? Czy nie będzie cierpiała? Gdy to piszę porusza się, ma już mało miejsca...

Późno już było, gdy przyszło całe stado. Jacek chciał, żeby wróciła do chatki. Melesugun była zaniepokojona. Rozumiała, ale miała nadzieję. Ona wiedziała, że nie mogąc nic zrobić ma najwięcej wiary i w niej trwała. Tak ją zastał Jacek za każdym razem, gdy szedł pod wiatę.

Rano trzeba było podjąć tę bardzo trudną decyzję. Wyczerpany Krzywonosek spojrzał na mnie bardzo świadomie. Nie mogłam przestać płakać. Prosiłam, by nam wybaczyli. On i Melesugun. Jego serduszko przestało bić. Melesugun go obwąchała niespokojna. Pokazywała mi, że można ją zdoić. Będzie stała spokojnie. Będzie czuwała... a my go zabraliśmy!

Rżała niespokojnie. Pobiegła do stada, wróciła. Patrzyła nam na ręce. Trącała mnie. Szukała u mnie zrozumienia. Jej rozumne, piękne oczy wyrażały rozczarowanie, ból i prośbę. Jedyne, co mogłam jej dać to łzy i cierpienie niemocy...

Tymczasem dzisiaj, 30 kwietnia 2017:









niedziela, 23 kwietnia 2017

Gorycz i duma

Jak mi kiedyś powiedział Aleksandr Stiepanowicz: taki już los hodowcy... Cóż tu jednak po maksymach i mądrościach ludowych..? Boli..! Boli, bo zawiodłem. Owszem. Mam wiele na swoje wytłumaczenie. Ale Melesugun nic po moich tłumaczeniach - Krzywonoska nie ma. Zabrałem go. Wyniosłem spod wiaty i z Padoku Zimowego. I nie oddaję. A ona za każdym razem, gdy przychodzę - patrzy mi na ręce...

Ale od początku..!

We wtorek około południa Najlepsza z Żon zadzwoniła z wieścią, że widać świeczki. Pilnowaliśmy kobyły całą noc z wtorku na środę. Nic się nie wydarzyło. Ponieważ nic się nie wydarzyło, a byłem przekonany, że Melesugun będzie - jak zwykle - rodzić w nocy i w możliwie jak największej dyskrecji - no to pojechałem do pracy. Z nastawieniem, że będę jej pilnował kolejną noc - i że tym razem to już na pewno (bo świeczki istotnie imponujące były!).

Szczerze pisząc, upilnowanie Melesugun to by i tak był precedens. To jej piąta ciąża, a czwarty poród - i nigdy wcześniej nie to, że nie upilnowaliśmy. Nigdy wcześniej nawet po sobie nie pokazała, że ma zamiar rodzić..!

Około 11:40 Maria Magdalena zadzwoniła z wieścią, że się zaczyna!

Początkowo myślałem, że po prostu doświadczona kobyła chce jej pokazać, że poród to nic strasznego - i poradziłem zająć dobrą pozycję obserwacyjną, z aparatem fotograficznym w ręku:



Nawet wyraziłem się w sms-ie, że trochę jej zazdroszczę...

Ale bardzo szybko wypadki nabrały tempa.

Najpierw okazało się, że nóżki idą trochę za bardzo do góry, co grozi rozerwaniem prostnicy.

Najlepsza z Żon zdołała wsadzić dłoń do środka i naprowadzić nóżki na właściwy tor. Przy okazji namacała, że za nimi bynajmniej nie ma główki - a jak się pokazały kopytka, to było widać, że źrebię leży w macicy na plecach, a nie na brzuszku..!

Ponieważ nie było postępu, a Melesugun zdawała się tracić parcie, zadzwoniłem do weterynarza - i do M., naszego najbliższego sąsiada, który szczęśliwie był właśnie w domu. Sam się zwolniłem z pracy i pobiegłem na pociąg - ale do domu miałem dotrzeć za dwie godziny, więc mój udział w całej operacji i tak nie miał żadnego znaczenia.

Najlepszej z Żon, przy pomocy silnych dłoni sąsiada, udało się wyciągnąć Krzywonoska, rodzącego się pośladkowo i na grzbiecie, z przeprostowanymi tylnymi nogami. I reanimować go zaraz po urodzeniu, bo już słaby był. Jestem z niej niesamowicie dumny! Zwłaszcza, że do NASZEGO porodu zostały dni, a co najwyżej - tygodnie. Jeden, może dwa tygodnie.

Już po tym, jak dotarłem wreszcie do domu, sprowadziłem kolejne posiłki w postaci życzliwych i pomocnych sąsiadów. Radek, druh mój serdeczny, trzykrotnie zdoił siarę z obu strzyków Melesugun do butelki, którą próbowaliśmy karmić Krzywonoska. Nasz Pan Sołtys z synem, choć byli akurat w pracy, zjawili się pomóc przy próbie dostawiania go do wymienia.

Do późnej nocy na przemian masowaliśmy kłodę i (przeprostowane, wygięte w przeciwnym kierunku niż należy) nóżki Krzywonoska, wcierając w nie rozgrzewającą maść, spirytus jabłkowy i łzy oraz próbowaliśmy go podpierać przy próbach wstawania - co jakiś czas podając kolejne porcje siary z butelki.

Ponieważ Melesugun w międzyczasie zaczęła wykazywać objawy gorączkowe, wezwaliśmy kolejnego weterynarza (pan dr Żołyniak, który był jako pierwszy, stwierdził tylko, że źrebak na pewno nie przeżyje - i nawet nie obejrzał łożyska, nie mówiąc o klaczy; żeby nie płacić za sam tylko dojazd, Najlepsza z Żon dała mu zaszczepić nasze psy...), który z wielkim poświęceniem i empatią podjął próbę zbadania Melesugun (co nie było łatwe, bo była niespokojna - tyle dobrego, że udało się stwierdzić, iż przynajmniej końcowa część kanału rodnego jest cała, uszkodzeń nie ma...) i podał jej antybiotyk oraz środki przeciwzapalne z niewielką porcją oksytocyny dla przyspieszenia obkurczania macicy.

Klacz do samego końca, do rana, pozostała przy źrebięciu.

Skurcze mięśniowe - przede wszystkim skurcz szyi - dość szybko mu ustąpiły. Po siarze wlanej z butelki do pyszczka, zdołał nawet - przynajmniej do pewnego stopnia - opanować opadanie dolnej wargi i wypadanie języka z pyszczka. Tylko dlatego walczyliśmy tak długo!

Niestety, problem nie ograniczał się tylko do układu mięśniowego. Pomimo intensywnych prób machania nogami, nawet postawiony na mostku nie wykazywał najmniejszych śladów koordynacji ruchowej. Odruch ssania był bardzo słaby. Nie było żadnego postępu ani jak chodzi o koordynację ruchową, ani jak chodzi o przyswajanie pokarmów paszczą - przez kilkanaście godzin.

Nawet, gdyby podać mu kroplówkę, to co dalej..? Przy skurczu mięśni, to by miało sens - kupilibyśmy czas, a źrebię by się wzmocniło i w końcu wstało, nawet jeśli krzywo i niezgrabnie. Ale Krzywonosek miał także problem albo neurologiczny, albo kostny (albo oba naraz). Nie było sensu go dalej męczyć. Rano, na naszą prośbę, pan doktor go uśpił.

Resztę powinna opisać Magda. To ona brała czynniejszy udział w najważniejszych wydarzeniach ostatnich kilku dni i to ona nawiązała zupełnie specjalną więź z Melesugun. Jak matka z matką. Mam nadzieję, że to zrobi.

W tej chwili, wszystko wskazuje na to, że od strony czysto medycznej, z Melesugun jest już w miarę w porządku:


Oczywiście bolą ją wymiona. No i cierpi. Radek wczoraj pożyczył naszą przyczepę i jechał wzdłuż ogrodzenia. Biegła za nią i rżała - zwykle w przyczepie wywożę odsadki...

poniedziałek, 17 kwietnia 2017

Alleluja!

I do przodu, do przodu!







Przy czym godne odnotowania jest, iż jak już się Bubiszcze wstępnie wybiegało i rozluźniło to, choć ja z tym nie miałem nic wspólnego, a i na pewno nikt nigdy jej wcześniej tego nie uczył - w czasie przemarszów między jednym a drugim polem dostosowała swój krok do tempa osiąganego przez Najlepszą z Żon. Niezbyt imponującego - z przyczyn oczywistych. Matka rozumie matkę...

A skoro o matkach mowa, tracę cierpliwość do Melesugun. Miesiąc temu wyglądała, jakby miała się źrebić lada dzień: brzuch opadnięty, strzyki nabrane, tylko świeczki brak (ale świeczkę łatwo przeoczyć, to ostatnie godziny przed porodem...). Od tamtej pory nie tylko nic nie urodziła, ale i - wyraźnie nabrała animuszu. To i na nią wsiadłem. Na 20 minut (z komórkiem w ręku...) - ale wsiadłem:




W zeszłym roku przejażdżka (nieco dłuższa, to fakt...) pomogła "rozpakować się" Margire. Może i teraz pomoże..?

Inna rzecz, że niemożebnie zimno! Kran nam dziś w nocy zamarzł, musiałem rano rozmrażać. Może to i nie pora na porody..?


Co więcej u nas...? A to musicie Państwo wiedzieć więcej..? No dzieje się, dzieje...



Chrystus zmartwychwstał! Prawdziwie zmartwychwstał!
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...