wtorek, 11 czerwca 2019

Od słów do czynów

Odgrażałem się, że zrobię nawodnienie na padokach. Odgrażałem się, gadałem - ale nic nie robiłem.

Najlepsza z  Żon za to - po prostu wzięła i podłączyła.


Tadam!

Dobrze jest mieć  Żonę...

niedziela, 5 maja 2019

Wypuszczone

Wypuściliśmy wreszcie wczoraj nasze "stado podstawowe" na trawę:







Budząc galopadą naszą emerytowaną kotkę, która pod pretekstem "łowienia myszy" zażywała właśnie drzemki w trawie:


Trawa zresztą latoś marna - rzadka, krótka i już się kłosi. Konie na razie pełne radości, ale długo ta radość nie potrwa. Dobrze, że mamy źródło siana - trawy na długo nie wystarczy..:



Bronisław, wzorem swojej starszej siostry, zadebiutował jako siła robocza przy koniecznej rekonfiguracji ogrodzenia:


Tradycyjnie, przed wypuszczeniem klaczy na trawę, zakopałem w przejściu skorupki po jajkach z wielkanocnej święconki:


Zgodnie z ludowym przesądem, powinno to gwarantować płodność.

Inna rzecz, że żadnych przychówków w tym roku (a w konsekwencji również i w przyszłym) - nie planujemy.

Co najwyżej "grozi" nam ciąża urojona - jak u Omiid, która chodzi teraz w osobnym stadzie "Trzech Helenek", właśnie przestawionym do brzeziny przy Wielkim Padoku - i która ma taką rujkę, że koleżanka Finlandia cały wczorajszy dzień próbowała ssać jej strzyki:


Choć ja tam żadnego mleka nie widzę..:


sobota, 27 kwietnia 2019

Kity i shity...

Pisałem, że Hydro-vacuum to kit. Niektórzy z Państwa w komentarzach oburzali się - jak tak można o polskiej firmie..? Ano można! 

Ten zbiornik hydroforowy,  także produkcji jednej ze spółek z grupu Hydro Vacuum, tylko z Wąbrzeźna, nie z Grudziądza, zamontował nam hydraulik na przełomie sierpnia i września 2017 roku. Od samego początku podłączona do niego pompa załączała się - naszym zdaniem - zdecydowanie zbyt często: tak, jakby z hydroforu uciekało powietrze i nie trzymał ciśnienia. Drgania wywoływane przez nazbyt często załączającą się pompę spowodowały już raz pęknięcie rury doprowadzającej wodę do hydroforu - skutkiem czego zeszłego lata pan Artur, po wielokrotnych naleganiach z naszej strony, nareszcie poskładał nam cały układ w hydroforni tak, jak od początku chcieliśmy, z dwiema pompami i dwoma zbiornikami - żeby była rezerwa na wypadek awarii.

No i awaria się w końcu wydarzyła. W czwartek zobaczyłem coś takiego:


Spawaczowi się nie chciało, prawda..? Od początku musiało tam przechodzić powietrze - stąd nietrzymanie ciśnienia przez hydrofor i zbyt częste załączanie się pompy. No a teraz wyrwało już takie dziury, że mamy prysznic.

Remontować tego nie ma sensu: po powtórnym przespawaniu ocynk szlag trafi i korozja i tak to zje i tak.

Trzeba wymienić.

Znakiem tego pojechałem do składu hydraulicznego w Warce, gdzie pan Artur zakupił nam to cudo: wciąż, żeby nie było, na gwarancji!

Pojechałem - i co się okazało? Okazało się, że mi tego od ręki nie wymienią, a decyzję czy wymienią w ogóle, to Pan Producent podejmie najwcześniej w poniedziałek, bo w weekendy przecież nie pracuje.

Jak mi się łońskiego roku zepsuła pompa do wody brudnej, a była na gwarancji, to mi ją w Castoramie wymienili od ręki, nawet nie pytając za bardzo, o co chodzi.

Jasne - pompa pewnie w Chinach kosztuje 10 złotych, hydrofor jednak trochę więcej. Skądinąd jednak: dlaczego ja mam nie mieć wody (rezerwowy hydrofor kupiłem 11 lat temu już jako używany, po demontażu i on TEŻ ciśnienia nie trzyma, a co gorsza - jego pompa co któreś załączenie wywala nam korki...), skoro to spawaczowi się nie chciało..? Co ja tu zawiniłem..? To Pan Producent nie może tak zorganizować serwisu, żeby w takich, ewidentnych przecież przypadkach - dystrybutor wymieniał klientowi towar od razu? To taka wielka sztuka jest..?

Wątroba mnie rozbolała od wściekłości, jak się tego wszystkiego dowiedziałem. Tak, że - jak Państwo widzicie - nawet, zupełnie wyjątkowo, znalazłem czas, żeby dać upust bezsilnej frustracji.

Prostą drogą zmierzamy do stanu, w którym, chcąc mieć porządne buty, trzeba je będzie samemu sobie zrobić. Na nikim już nie można polegać.

W tenże sam czwartek (ostatni dzień na zwolnieniu lekarskim, akurat zrobiło się nareszcie cieplej - wcześniej poranki były bardzo chłodne, do Wielkiej Soboty włącznie z przymrozkami; poczułem się wreszcie lepiej - i od razu rozsypał się worek z awariami oczywiście...) zaszczycił mnie telefonem człowiek, u którego przez rok stał nasz kary Julian "w treningu".

Nic wcześniej nie pisałem o tej sprawie, nie chcąc palić mostów i robić koło pióra człowiekowi który, być może (tak na 5%...), jest tylko patentową pier..łą, a niczego złego nie zrobił. Na to konto nie napiszę o kogo chodzi.

W każdym razie Julian pojechał tam wiosną 2017 - początkowo, zakładaliśmy, na trzy miesiące. To dość daleko było, a my cały czas mamy budowę i powiększamy rodzinę - więc ani razu nie udało się nam pojechać w odwiedziny. Po trzech miesiącach "trener" poprosił o jeszcze trochę czasu. I tak jeszcze ze dwa razy - w sumie zeszło się do końca kwietnia 2018: prawie rok.

"Trener" nic nie mówił przez cały ten czas o pieniądzach - co nas nawet trochę dziwiło i sami ze dwa razy podchodziliśmy do tematu - ale jakoś nie było to dla niego pilne. Numeru konta, mimo próśb - do tej pory nie przysłał.

Jak zabieraliśmy Juliana, tośmy akurat byli na dnie finansowego dna  i o żadnych płatnościach (a trochę tego już się uzbierało...) nawet mowy nie było - jakby nas Kuzynka swoim pojazdem nie pociągnęła, to nawet na paliwo byśmy nie mieli. Poza tym o tyle się nam nie piliło do płacenia, że "trener" przykazał nam ze wszystkich sił - na Juliana pod żadnym pozorem nie wsiadać!

Po roku "treningu"? Nawet biorąc poprawkę, że "trener" powitał nas u siebie dziwnie chudy i o kulach..? Rok przecież o kulach nie chodził..?

Stanęło na tym, że na razie zabieramy konia, a "trener", jak wyzdrowieje, podjedzie do nas i przy nas wsiądzie i nam jazdy na nim poprowadzi.

Nie przyjechał.

Zadzwonił tylko - raz - i jak mu wytłumaczyłem,  że Julian jest na sprzedaż, to chętnie się zgodził w sprzedaży pomóc w tej nadziei, że po szczęśliwej transakcji, dług uregulujemy. Podał nawet maila, na który natychmiast przesłałem aktualne zdjęcia. Po czym zapadła cisza.

Minął kolejny rok.

Człowiek dzwoni i na wstępie mówi mi, że zrobił mi prezent: nie chce już pieniędzy za zajeżdżenie konia (a to koń jest zajeżdżony..?) - tylko za pensjonat.

Fajnie...

Oczywiście, że się poczuwam do płatności za rok pensjonatu - mimo, że Julian wrócił stamtąd chudy, kulawy i zdziczały. Oraz dziwnie obojętny wobec kobył. Co sobie pomyśleliśmy, to sobie pomyśleliśmy...

Tylko niech ten człowiek, skoro numeru konta nie podaje, przyjedzie do nas po pieniądze. Ja dalej nie mam czasu na wojaże.

A jak już przyjedzie - to może też spróbuje udowodnić, że istotnie coś robił przez ten rok - i wsiądzie..? Bardzo jestem tego ciekaw...

No, to sobie ulżyłem. Wracam do roboty. Nie obiecuję, że znowu będę pisał często. Mam nadzieję, że jednak nic mnie aż tak wkurzać nie będzie...

niedziela, 14 kwietnia 2019

Powulutku

idziemy do przodu - niezależnie od fatalnej pogody (na którą skarżę się już na angielskim blogu), chorób, braku czasu, chronicznego niewyspania, nieterminowych fachowców. Przynajmniej zwierzęta mają się dobrze:








To powyżej to z dzisiaj. Poniżej - różne wcześniejsze:



Obiektywnie rzecz biorąc, nie mamy powodów do narzekań. Tyle tylko, że trochę brak nam sił, żeby się tym tu i teraz cieszyć...

niedziela, 3 marca 2019

Namówili...

Wsiądź - będzie fajnie - mówili. I było:


Tylko jak ja zrobię jutro poranny obrządek..? Buba jak zwykle była mięciutka jak puchowa pierzynka - ale nie siedziałem na końskim grzbiecie od czasu pogoni za zbiegłymi krowami. To będą - ze cztery miesiące..?

Nawet sobie Państwo nie wyobrażacie, jak bardzo już chce mi się spać...

czwartek, 28 lutego 2019

Do czego służą różne rasy koni..?

W świecie współczesnym..? Do niczego! Konie są tylko zabawką. Ewentualnie (jak w przypadku Amiszów, których postępowanie, skądinąd, budzie we mnie, jako w zatwardziałym reakcjoniście, szczerą sympatię) - kaprysem, fanaberią, zaślepieniem.

Do tego celu każda rasa i każdy pojedynczy koń nadaje się mniej - więcej tak samo. Albo mniej - więcej tak samo się nie nadaje. Kwestia gustu, smaku, umiejętności.

Dawniej? Ha! Dawniej było jakoś fajniej, prawda..? W rzeczywistości to dawniej ludzie mieli niewielki wybór. Wykorzystywali do realizacji swoich różnorodnych potrzeb takie zwierzęta, jakie akurat były dostępne. Podziwiać należy, do jak wspaniałych rezultatów przy takiej biedzie doszli..!

Na przykład Polacy powybierali sobie wśród bardzo rozmaitych, ale na ogół nieodmiennie kulawych, zagłodzonych i pełnych wad rozwojowych na skutek pracy ponad siły i braku właściwej opieki koni, jakie dało się znaleźć na Bliskim Wschodzie w XIX wieku takie, które - odkarmione na lepszych pastwiskach i przyuczone do lżejszej ręki - stały się rasą "koni czystej krwi arabskiej". Jest to pasjonująca historia - aczkolwiek zwykle opowiada się nie tę historię prawdziwą (pełną trudu, potu i łez...), tylko romantyczną legendę (pełną za to niedorzeczności historycznych i oczywistych, ale za to bardzo pięknych bujd...).

W każdym razie - i długo by o tym opowiadać i trochę próżno do tego wracać: zdefiniowanie "użyteczności" koni, czy to jako pojedynczych, konkretnych egzemplarzy, czy to jako całych ras jest coraz trudniejsze i coraz mniej ma wspólnego z całą tą krwawą, głodną i biedną przeszłością.


niedziela, 20 stycznia 2019

Obchód gospodarski

To już ostatnie chwile. Ostatnie z ostatnich. Przed czym..? A - dowiecie sie Państwo. W swoim czasie. Na razie, korzystając z pieknej pogody - wybraliśmy sie we trójke na gospodarski obchód:














Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...