niedziela, 23 października 2016

Mądrość a spryt

Ryjówki (myszy polne, nornice - i wszelkie inne gatunki, podgatunki i rodzaje tego drobiazgu) żyją krótko i bardzo, ale to bardzo intensywnie. Na każdym kroku czyhają na nie wrogowie: lisy (niezmiernie rozmnożone przez powszechność szczepień przeciw wściekliźnie, brak naturalnych wrogów i popytu na futra...), sowy, myszołowy (i połowa innych drapieżnych ptaków), koty, psy - i co tylko ma paszczę (lub dziób) dostatecznie duży i dostatecznie drapieżny, żeby tylko taki biegający kawałek białka połknąć.

Stąd potrzeba nieustannej czujności! Bezwzględny dobór naturalny nie zna w tej mierze litości.

Ich małe, ruchliwe ciałka nieustannie domagają się pożywienia. Zdaje się na Kaukazie żyje, w tej właśnie rodzinie, osobnik będący rekordzistą znanej nam Przyrody - zjada dziennie wielokrotność masy własnego ciała.

Nic dziwnego, że prowadząc taki tryb życia, mają myszy w obfitości sprytu (który w świecie zwierzęcym równa się inteligencji) - ale brak im czasu na nabycie mądrości.

Tej mądrości, która każe zatrzymać się. Powiedzieć mam dość. Chwilo trwaj - jak pięknaś..! Poprzestać na średniej miarze. Trzmać się swego.

Pod tym względem każda z polnych myszy przypomina Kolumba: penetrują nieznane bez mapy i na podstawie nader wątpliwych, a czasem nawet oczywiście błędnych obliczeń.

Jak ta na przykład:


piątek, 14 października 2016

Bubo, nasza Bubo...

Wszystko zaczęło się od tego, że na stacji Warszawa - Powiśle, gdzie zwykle wsiadam w pociąg wiozący mnie w domowe pielesze zastałem wczoraj popołudniu dziki tłum. Którego obecność wyjaśnił komunikat: z powodu awarii rozjazdów na stacji Warszawa - Wschodnia, ruch pociągów na linii wschód - zachód jest wstrzymany. Czas trwania utrudnienia pozostaje nie znany.

Nie mieszkając powiadomiłem Najlepszą z Żon i częściowo per pedes, częściowo autobusem przemieściłem się na Warszawę - Zachodnią. Gdzie, ewentualnie mogłem też skorzystać z autobusu. Niestety - jedyny i najbliższy miał być dopiero o 20.30. Tymczasem zaś pokazały się jakieś pierwsze pociągi. Na razie tylko nadchodzące z kierunku zachodniego, które tamże zawracały.

Dopóki tych pociągów było niewiele, a tłum na peronach i pod peronami gęsty, wszystko wydawało się dość proste. Sytuacja wymknęła się spod kontroli, gdy w krótkim czasie pociągów nadjechało więcej - ze wschodu (albo naprawili te rozjazdy, albo puścili pociągi czekające na Wschodnim objazdem...). Komunikaty nadawane przez megafony były sprzeczne z wyświetlanymi na tablicach poszczególnych peronów, te zaś - z informacjami z większych tablic w pobliżu tymczasowej hali dworca (gdzie w tej chwili i tak jest głównie McDonald: tablica ta zrobiła zresztą niejaką konkietę wśród oczekujących i kto wie, czy już nie krąży jako mem po fejsie: info, że Moskwa Białoruska ma 700 minut opóźnienia robiło wrażenie...). Konduktorzy szaleli, przeganiając ludzi jak owce po halach. Tłum miotał się tam i siam. Nikt nic nie wiedział.

W pewnym momencie na sąsiadujących peronach stały aż trzy pociągi jadące w odpowiadającym mi kierunku. Niestety! Postąpiłem, jak bym nigdy nie oglądał klasyki filmu polskiego:


Wsiadłem do tego, który przyjechał jako pierwszy. A przecież ten właśnie, siłą rzeczy, miał największe spóźnienie! Powinno było być dla mnie od początku jasne, że odjedzie jako ostatni...

W domu byłem około 22.30. Najlepsza z Żon uznała, że zabarłożyłem u kochanki. Powiedziałbym, gdyby to nie było takie smutne, parafrazując włoski (podobno?) dowcip, że Żona myślała, że jestem u kochanki, kochanka, że u Żony - a ja... kwitłem sobie w pociągu Kolei Mazowieckich. Sześć godzin w sumie. Jazda!

Z wymienianych w międzyczasie sms-ów dowiedziałem się, że Buba nie dojadła kolacji. Ale chwilowo nie przywiązałem do tego większej wagi. To się już zdarzało. Przypomniało mi to tylko, że powinienem na sobotę zorganizować odrobaczanie, co natychmiast zrobiłem, dzwoniąc do pani doktor. Z powodu późnej pory, zmęczenia i podłego nastroju, nie wymieniliśmy już dalszych informacji w tym temacie.

Poszedłem dawać śniadanie na z lekka miękkich nogach. Ciemno było, ale starczyło jedno spojrzenie na zwisające pod ogonem resztki łożyska - i wszystko stało się jasne. Buba poroniła.

Poroniła około pieciomiesięczny płód. Co znaczy, że przynajmniej nie przegapiliśmy właściwego terminu porodu - przez ostatni miesiąc zrobiła się bardzo gruba i pierwsza moja myśl, nader dręcząca i dotkliwa w czasie, gdy przez półtorej godziny łaziłem po Wielkim Padoku i szukałem, była taka, że źle ją obserwowaliśmy, urodziła co miała urodzić, a przez moje zaniedbanie źrebię padło (skoro go przy matce nie ma) - noc była bardzo zimna, ładnych kilka stopni poniżej zera!

W tej chwili jest już po antybiotyku i odklejaniu łożyska (jak zwykle: w ogóle, gdyby to był normalny poród, we właściwym terminie, a nie poronienie, rzecz by się tak łagodnie nie skończyła - Buba jak do tej pory ani razu nie urodziła sama, zawsze musiałem z niej źrebięta wyciągać...). Wnętrze macicy pełne było ropy. Być może badanie wymazu coś nam powie, a być może nie.

W tej chwili można tylko trzymać kciuki, modlić się - co kto preferuje - bo musimy czekać. Miejmy nadzieję, że ochwatu ani innych komplikacji nie będzie...
--------------------------------------

P.S.

Zdjęć nie ma i na razie nie będzie. Po raz pierwszy od 7 lat internet w T-Mobile (dawniej Era blueconnect...) tak się skiepścił, że w domu nawet skrzynki pocztowej otworzyć na ogół nie jestem w stanie, nie mówiąc już o bloggerze. Tak źle nie było nawet w 2009 roku, kiedy ów blueconnect po raz pierwszy instalowałem i, jak pewnie Państwo pamiętacie, nie raz narzekałem. Piszę z pracy i muszę już kończyć.

piątek, 16 września 2016

Jeden dzień z życia chłoporobotnika

Wstałem kilka minut po piątej rano. Spuściłem z łańcucha Wigora i wygłaskałem Lorda. Nakarmiłem konie i dolałem im wody. Uruchomiłem Wendi - ostatnio się zapowietrza i nie jest takie oczywiste, że odpali, a miałem ją odstawić do warsztatu 

Przyjechała ekipa budowlana. Wydałem jej materiały i narzędzia, omówiliśmy zadania. 

Zrobiłem kawy dla wszystkich. Przebrałem się w strój służbowy. Wsiedliśmy z Najlepszą z Żon do samochodów (wracać miałem pociągiem, Najlepsza z Żon zostawała potem w stolicy, Fabiunia miała zatem czekać na mnie na stacji w Warce). Niestety - Wendi dojechała tylko do przejazdu kolejowego i zgasła.

Po bezskutecznych próbach uruchomienia silnika wróciliśmy z Najlepszą z Żon Fabiunią do chatki po narzędzia. Zdjąłem marynarkę. Odkręciłem kolektor ssący od filtru powietrza. Najlepsza z Żon psiknęła zmywaczem uniwersalnym do kolektora w momencie, gdy uruchomiłem rozrusznik. Silnik zawył. Obroty skoczyły na moment ponad 5.000/min. Przestałem cokolwiek widzieć otoczony dymem wydobywającym się wprost z silnika. Puściłem pedał gazu - silnik zdechł.

Spróbowaliśmy jeszcze kilka razy, tylko z mniejszą ilością zmywacza - ale skutek był za każdym razem taki sam.

Zrozpaczony, poprosiłem Najlepszą z Żon, żeby cofnęła Fabiunię i na rozruszniku spróbowałem wjechać na wstecznym Wendi na pobocze, żeby nie tarasować drogi. O dziwo - silnik zaskoczył. Dźwięk miał bardzo brzydki, jak kaszel - ale pracował równo i nie gasł. Aż zmniejszyłem ssanie - na luzie było 1.300 obrotów (powinno być góra 1.000).

Przykręciłem kolektor do filtra. Wsiedliśmy z powrotem do samochodów i ruszyliśmy. Kaszląc i stukocząc dojechałem do stacji w Warce. Najlepsza z Żon zaparkowała Fabiunię i usiadła na miejscu pasażera. Odmówiliśmy poranną modlitwę i odśpiewaliśmy Godzinki. W tym czasie kaszel silnika i stukotanie zanikło, silnik pracował równo, turbina śpiewała, wskaźniki temperatury płynu chłodniczego i ciśnienia oleju stały jak przyspawane (temperatura była nawet ciut za niska...). Na wszelki wypadek starałem się jednak nie przekraczać 2.000 obrotów.*



Dojechaliśmy do warsztatu i zaparkowałem. Wysiadłem na miękkich nogach. Wypiliśmy po herbatce. Pogadaliśmy. Poszliśmy na przystanek. Kupiliśmy bilety w automacie. Dojechaliśmy tramwajem do metra. Na Świętokrzyskiej rozstaliśmy się. Dotarłem do pracy.

W przerwie na lunch spotkaliśmy się z Najlepszą z Żon, która akurat była w pobliżu i zjedliśmy w parku po ciasteczku.

Wróciłem do Warki pociągiem. Zabrałem Fabiunię. Tuż przed zmrokiem byłem w domu. Ekipa budowlana wykonała ustalone zadania i czekała na mnie. Omówiliśmy prace na dzień następny. Przebrałem się. Nakarmiłem konie. Dolałem im wody. Sporo czasu zajęło mi podłączenie z powrotem przedłużacza, który zasila pastuch elektryczny (rozpiąłem go rano, żeby ekipa mogła korzystać z elektrycznej wyrzynarki) - przedłużacz ma swoje lata i nie w każdym położeniu przewodzi prąd. W tym czasie kołował nade mną bardzo nisko i bardzo, ale to bardzo cicho spory ptak. Sądzę, że sowa. Ciemno już było, ale ten cichy, majestatyczny lot i rozpiętość skrzydeł (na długość mojego ramienia jak sądzę...) - robiły wspaniałe wrażenie.

Zapiąłem Wigora na łańcuch. Podzieliłem między niego i Lorda sporą kość. Umyłem się. Łóżka rano nie ścieliliśmy więc... sam nie pamiętam, kiedy zasnąłem? Ale było to bardzo szybko...

------------------------------
*mechanik twierdzi, że silnikowi nic się nie stało!

poniedziałek, 22 sierpnia 2016

Lato Modliszki

Jak słusznie zauważyła Najlepsza z Żon, zachód słońca oglądany na tarasie nowo budowanego domu czy w ogródku to zachwycające przeżycie, a ten sam zachód słońca namalowany na płótnie, to przeważnie beznadziejny kicz.

Nie jestem w stanie opisać Państwu ostatnich wypadków na naszej farmie nie tylko dlatego, że nie mam na to czasu ani sił, ale również dlatego, że są wśród tych wypadków zdarzenia tak nieprawdopodobne, że nie dalibyście mi wiary.


Sorry - co uchodzi w filmie z Jamesem Bondem albo w innej bajce, to nie ujdzie na prawomyślnym, rolno - hodowlanym blogu!

Więc nic nie piszę. Gdzieś tam biegają po ogródku modliszki, damy polują z chartami, dzieją się różne cuda. Gdzieś, lecz nie wiadomo gdzie, baśń ta dzieje się...

środa, 13 lipca 2016

Pierwsze uwięzienie Mahtab

Skończyła się wolność złota, wolność i swoboda:



Naszej małej (ale rezolutnej...) Mahtab. Mahtab, czyli "Oblicze (piękne jak) Księżyc" po persku. Imię wybraliśmy dzięki pomocy naszego przyjaciela, Alego z Teheranu. Nad imieniem dla Rozkruszka wciąż się zastanawiamy. Trochę nie ma na to czasu. Stąd zwłoka.

Pierwszy spacer na uwięzi trwał krótko, potem była kolacja, a po kolacji - brykanko z bratem:



Brat na razie trochę przy siostrze niezgrabny - ale łobuz!

Jeszcze trochę zdjęć rozmaitych z dnia dzisiejszego:











Na dobranoc zaś - przedwczorajszy front burzowy, który przyniósł nam jakże potrzebny i błogosławiony deszcz:


piątek, 1 lipca 2016

Rozkruszek, W Burzy Zrodzony

Nosiła się Margire z brzuszydłem ogromnym i nosiła. Jużeśmy jej dogadywali, że niejednego, a dwa naraz wielkie ogry porodzi. Wczoraj wróciłem do domu późno, jak to z delegacji. Choć się już zmierzchało i padać zaczęło, przecież poszliśmy jeszcze przed snem z Najlepszą z Żon stado zobaczyć - i nic nie wskazywało na rychłe brzuszydła rozpakowanie. W nocy grzmiało, błyskało, wiało. Burza była jak się patrzy! A rano, proszę bardzo:


Dał radę chłopak brzuszydło rozkruszyć. I wygląda na to, że nam po Julianie cała linia pokazowa rośnie - jak mu zdjęcia robić, zaraz wstaje. Ssie jak motopompa strażacka. Smółka była. Łożysko znalazłem niedaleko. Czy całe, tego się już nie da stwierdzić, bo psy przyszły razem z nami. Ale matka zdrowo wygląda.

Oby tylko ciotka Melesugun go nie uszkodziła, bo z zębami idzie - co zresztą nie nowina. Najlepsza z Żon twierdzi, że stanowczo zakomunikowała Szefowej, że jeśli dziecko skrzywdzi, będzie się musiała z naszym stadem pożegnać. Dała nam córkę, to stać nas na takie groźby! Mam jednak nadzieję, że podobnie jak poprzednim razem, wszystko się szybko ułoży i zapanuje błogi spokój.

To w sumie pierwszy syn Margire. I Juliana. Julian bardzo dumny!

Więcej zdjęć, jak będzie chwila czasu.

niedziela, 26 czerwca 2016

Dlaczego nie piszę?

Między innymi, dlatego:


I z wielu innych powodów, które sprowadzają się do jednego - czasu brak! Więcej - ani słowa. Trzeci raz próbuję dziś zamieścić posta. Dwa poprzednie razy gasło światło - dzień burzowy dzisiaj...
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...