niedziela, 24 czerwca 2018

Monsun?

Wygląda na to, że nastał kres niemal dwumiesięcznej pory suchej. Od czwartku z dłuższymi, a od wczoraj już tylko z krótszymi przerwami - pada. Nie jakoś strasznie ulewnie, ale - dość obficie i dość często, żebyśmy znowu mogli zacząć myśleć z niejakim optymizmem o naszych roślinkach.

Co prawda, ta zmiana pogody nieco nam skomplikowała plany imprezowe (ale nie było tak źle, przecież mógł nikt nie przyjechać, prawda..? a jednak parę osób było i chyba nie bawili się źle - o czym konkretniej, jak dostaniemy jakieś zdjęcia bo, jako gospodarze - nie mieliśmy czasu sami ich robić...), a nawet - kosztowała trochę zdrowia, bo wszyscyśmy zakatarzeni i gardłowo obolali - ale i tak się cieszymy..!















Emeryci dziś przed południem zażądali wysuszenia w stajni:



ale po kilku godzinach dali się wyprowadzić bez oporu a nawet ze smakiem zajadają trawę, korzystając także z nieobecności dokuczliwych przez ostatni miesiąc owadów.

Tak że - fajnie jest..!

poniedziałek, 18 czerwca 2018

Chłopaki się zmieniają

Zabrałem wczoraj obu młodzieńców na króciuteńką lonżę - w gruncie rzeczy tylko po to, aby ich rozluźnić przed podaniem pasty na odrobaczanie (w sumie niepotrzebnie, bo łyknęli obaj bez niczego - ale, strzeżonego...). Najlepsza z Żon fotografowała i filmowała telefonem, więc w nie najświetniejszej jakości.

Stwierdziliśmy, w każdym razie, że obaj się bardzo szybko zmieniają. Rozkruszek, dwulatek - dużo wyższy już nie urośnie niż jest (z punktu widzenia tzw. "nowoczesnego jeździectwa" to niedobrze, bo wątpię, żeby dobił do więcej niż 160 cm...), ale w ciągu ostatnich dwóch - trzech miesięcy bardzo zmężniał. Tylko szyja i głowa są wciąż jeszcze źrebięcie:





Tadabond (poufale zwany "Tadzikiem" - to przez te ogrooomne oczy...) jak na razie wydaje się być "koniem bez wad". Wszystko jest w nim prawidłowe. Jak w podręczniku.







niedziela, 17 czerwca 2018

Jaka matka, taka córka.

Pamiętam z wykładów prof. de Oedenberga o genetyce koni, że cechy charakteru dziedziczą się z prawdopodobieństwem wielokrotnie większym od cech fizycznych (takich, jak np. rączość w galopie czy jakość ruchu) i sięgającym nawet kilkudziesięciu procent (oczywiście ile dokładnie, tego już Wam nie napiszę - zapomniałem...). Uderzające potwierdzenie tej tezy zdobyłem doświadczalnie wczoraj.

Podawaliśmy naszym milusińskim pastę na odrobaczanie. Rutynowa czynność. W tym roku - mamy prawie dwumiesięczne opóźnienie w stosunku do zaplanowanego kalendarza (wstyd przyznać...) - tak nas "załatwiła" najpierw bardzo późna wiosna, a potem bardzo wczesne, upalne i suche lato (wiosny to właściwie w tym roku nie było, prawda..?), że cała "para", tak w sensie nakładu czasu i pracy, jak w sensie nakładu finansowego szła na zagospodarowywanie i ogradzanie kolejnych kwater pastwiskowych. Proces ten niemal dobiega końca - zostało nam ogrodzenie ostatniej kwatery na Wielkim Padoku. Więc się wzięliśmy, zebraliśmy i odrobaczamy.

Jak zawsze, kobyszczom podałem pastę "na wolności" - mimo, że teoretycznie moglibyśmy je w tym celu zamykać w boksach. Problem w tym, że póki co wszystkie naraz by się nie zmieściły, a trochę było szkoda czasu na wprowadzanie i wyprowadzanie ich partiami. Poza tym - w czterech przypadkach na sześć, nie jest to żaden zgoła problem, łyknęły wręcz z satysfakcją. Dawaliśmy, ze względu na wspomniane wyżej opóźnienie "po calaku", z górką, więc zacząłem od Buby (zwykle na niej kończyłem, bo spokojnie dawało się jej podać właściwą porcję z kilku tubek, a nie z jednej) i w niecałe 5 minut wszystkie już łyknęły - poza Szefową i jej córką, Mahvash.

Szefowa, która tak w ogóle jest ostoją, podporą i fundamentem naszego stada, tudzież w każdym kroku i ruchu emanuje niezachwianą siłą spokoju - po prostu nie lubi jak się jej gmera w paszczy. Zakładanie wędzidła jakoś idzie (zwłaszcza, odkąd Najlepsza z Żon przekupuje ją potem cząstka jabłka...), ale podanie pasty - zawsze zajmowało nam trochę czasu. O - nic dramatycznego..! Żadnego wierzgania, kopania, uciekania (ten koń nie ucieka przed niczym... nigdy!). Po prostu - NIE. Trzeba ją wziąć na uwiąz i chodzić tak długo, aż nareszcie da się uprzejmie przekonać i pozwoli wywalić zawartość tubki do paszczy. Znamy się od lat, odrobaczamy 3 - 4 razy do roku i za każdym razem - powtarza się ten sam rytuał. Z takim samym, ostatecznie pozytywnym skutkiem...

Do tej pory wiązałem to zjawisko z wydarzeniem z wczesnej młodości Melesugun: miała bowiem jako roczniaczka bodajże, usuwane zęby mądrości. Okazuje się - byłem w błędzie!

To, że Mahvash została mi na koniec, to był w sumie przypadek. Ot - zacząłem od Buby, a potem która mi pod rękę wpadła, tej pakowałem pastę do jamy ustnej. Omiid, najmłodsza - dostała swoją porcję jako jedna z pierwszych.

Wziąłem za kantar Mahvash i włożyłem tubkę w kącik pyska. Niestety - zapomniałem zdjąć koreczek. Bo może by się udało przez zaskoczenie. Drugi raz włożyć i wcisnąć zdołałem jakieś pół godziny później... A może i dłużej - nie miałem jakoś sposobności mierzyć czasu. Przy koniach, zresztą, czasu mierzyć nie należy...

Znaczy się:
  1. Niechęć Melesugun do gmerania w paszczy nie ma związku z jakąkolwiek traumą. To po prostu - dziedziczna cecha charakteru.
  2. Skoro Mahvash odziedziczyła po matce tę właśnie cechę - to zaczynam mieć nadzieję na to, że odziedziczyła także i nieustraszoność, łagodną pewność siebie i siłę spokoju. Jeśli tak, to będzie z niej pociecha w przyszłości..!
Jak zacząłem pisać ten tekst, Najlepsza z Żon zapytała mnie - czy to oznacza, że żadnej z nich nie chcę sprzedać..? No bo przecież wystawione na sprzedaż są. A - podobno - żaden hodowca nie pisze o swoich koniach, które chce sprzedać, takich strasznych rzeczy.

Jak dla mnie, to wczorajszy eksperyment, niezależnie od tego, że się zmęczyłem - bo chodziłem w kółko najpierw z córką, potem z matką - tak, owszem, to jest męczące, a jak ktoś by przy tym spanikował, zniecierpliwił się, stracił nad sobą panowanie, nie wiem jeszcze co zrobił, to może nawet i byłoby niebezpieczne (ja nie spanikowałem, nie zniecierpliwiłem się, nie straciłem nad sobą panowania - i ani przez moment nie czułem się zagrożony: bo niby czym..?); no więc jak dla mnie ów wczorajszy eksperyment, niezależnie od zmęczenia przyniósł same dobre wieści..!

Każdy kto zna Melesugun przyzna, że jest to klacz idealna. Nie tylko z uwagi na cechy fizyczne, ale bardziej nawet - z uwagi na charakter.

Przecież my na nią wsadzamy nawet początkujących jeźdźców... Na takiego wojennego konia..! I bardzo dobrze to funkcjonuje. Melesugun zajmuje się nimi jak opiekuńcza, cierpliwa i wyrozumiała nauczycielka.

Mam się nie cieszyć z myśli, że rośnie mi drugi taki koń..? Przecież to powód do świętowania, a nie do ukrywania faktów przed światem! Jeśli "świat" nie świętuje z nami - to jest to problem "świata", a nie nasz...

A podawanie pasty..?

No cóż: te 3 - 4 razy do roku - można to przecierpieć.

Poza tym - poprzedni raz podałem pastę Mahvash w przyczepie. Gdy zabierałem ją z Kurozwęk. Okiem nie mrugnęła. Znaczy się - następny raz JEDNAK wprowadzę ją po prostu do boksu... A i jej matkę może też..? Zobaczymy - jakoś tak na przełomie września i października...



Upał był wczoraj straszliwy. A my nie poprzestaliśmy na odrobaczaniu. Najlepsza z Żon zagruntowała ściany i podłogę toalety w nowym domu pod płytki (teraz kładzie "folię w płynie", korzystając z faktu, że Córa nareszcie, po całym poranku marudzenia wzięła i zasnęła...) - a potem razem poszliśmy na Wielki Padok i zaczęliśmy robić przecinkę pod ogrodzenie tej ostatniej kwatery.

Trochę mnie poniósł entuzjazm, bo kępę sosny, rosnącą na granicy, zamiast tylko ociosać od strony granicy - skasowałem. Ostatecznie i tak muszę to zrobić (zajmują zbyt wiele miejsca i zakwaszają naszą i tak kwaśną glebę...). Tylko niekoniecznie w tej chwili.

Ilość gałęzi do wyniesienia - przekroczyła wszelkie granice wyobraźni...

Nic dziwnego, że potem potrzebowaliśmy solidnego posiłku...

niedziela, 10 czerwca 2018

Arizona w Boskiej Woli

Susza jest. Niby tydzień temu coś tam spadło - ale to było jak pokropek baaaardzo skąpego proboszcza... Ratuje nas rozległość naszej farmy. W tej chwili już 8 z 11 koni chodzi na kwaterach wydzielonych z Wielkiego Padoku, gdzie trawy powinno im wystarczyć aż do pierwszego śniegu. Mam nadzieję! Zdjęcia i filmiki z tej okazji (sorry, że tak rzadko, ale ja naprawdę nie mam czasu...):









czwartek, 7 czerwca 2018

Sobótka, Noc Kupały, Wigilia św. Jana...

- czyli noc z 23 na 24 czerwca. W tym roku: z soboty na niedzielę. Zapraszamy..!

Przewidziane są atrakcje dla dzieci, dla dorosłych i dla wszystkich pospołu.

Dla dzieci: gra terenowa - poszukiwanie kwiatu paproci.

Dla dorosłych: świętojański wypęd - tudzież pomoc w opróżnianiu balonów z winem, bo NIE CHCE SIĘ NAM przelewać do butelek - a już nie mamy w czym zrobić nowego, tyle z poprzednich lat zostało...

Dla wszystkich:
1) Atrakcje konne, czyli:
- jazda w teren w godzinach popołudniowych w sobotę, 23 czerwca (czas trwania i trasa zależna od umiejętności chętnych i ich liczby);
- oprowadzanki lub lonża (jeśli umiejętności zabraknie...);
- oczywiście - atrakcja na czasie - malowanie konia (a co! Potraktujemy je przedmiotowo i pozbawimy czci..!);
- jeśli będą chętni z umiejętnościami - zwiedzanie z siodła Puszczy Stromieckiej o świcie, w niedzielę, 24 czerwca (tak z 3 - 4 godziny jak sądzę...).
2) Zabawa słowno - muzyczna pod kierunkiem znanego i lubianego przez wszystkich Państwa, Piotra Frankowskiego - odsyłam do przykładu.
3) Gry hazardowe i towarzyskie.
4) Tańce, hulanki, swawola

Gdzie? Oczywiście - u nas, Boska Wola 75 (Google Maps pokazuje ten adres prawidłowo):





Ani przestrzeni, ani drewna na ogniska nam nie zabraknie - jak widać. Tak prawdę powiedziawszy, to główny powód, dla którego zwołujemy tę imprezę: po ostatnim poszerzaniu granic Wielkiego Padoku zostało nam tyle gałęzi, że rozpacz bierze - coś z tym trzeba zrobić...

Kiedy? Wiadomo, jak już zostało powiedziane: 23 - 24 czerwca (sobota - niedziela za dwa tygodnie). Zakładamy, że początek imprezy nastąpi ok. godziny 16.00, a koniec - .... a któż to wie..?

Za ile..?

To trochę bardziej skomplikowane.

Możliwe są trzy sposoby uczestnictwa:

1) Uczestnictwo piesze (bez udziału w atrakcjach konnych): 60 zł od osoby dorosłej, 40 zł dziecko.

2) Uczestnictwo jeździeckie (udział w atrakcjach konnych NA NASZYCH KONIACH): 120 zł od osoby (ewentualna wycieczka po Puszczy Stromieckiej w niedzielę - płatna osobno, po ustaleniu liczby chętnych i programu: na 3 - 4 godzinny teren maksymalnie możemy zabrać 2 osoby średnio jeżdżące na naszych koniach i wtedy koszt wyniesie 200 zł od osoby) - w tym wszystkie atrakcje uczestnictwa pieszego.

3) Uczestnictwo z własnym koniem (a czemu nie?): 90 zł od osobo - konia. W tym udział we wszystkich atrakcjach jeździeckich na miejscu i 50% zniżki na ewentualną wycieczkę po Puszczy Stromieckiej. Ile by to finalnie nie wyszło. Oczywiście - obejmuje to także wszystkie atrakcje uczestnictwa pieszego!

Możliwość noclegu:
- ze śpiworem i karimatą - w nowym domu;
- z namiotem - bez ograniczeń.

Ewentualnie możemy zapewnić miejsce w pobliskim pensjonacie lub hotelu CSiR w Warce (jak na naszym ślubie) - na indywidualne życzenie i koszt uczestnika.

Zapewniamy, oczywiście, oprócz napitków, także pełne wyżywienie (wiadomo że kiełbaski... - przy ognisku..?).

Konto do wpłat: 27 1140 2004 0000 3902 3567 9172

Telefon kontaktowy: 501 049 488

Jeszcze raz: serdecznie zapraszamy!
----------------------------------------------------
P.S.
Następne rozszerzenie Wielkie Padoku i wycinka - w sierpniu. Pewnie też się uzbiera materiału na ogniska...

środa, 30 maja 2018

Kopytka naszych milusińskich

Przyznaję: odpowiadając na komentarze dotyczące naszych koni czy to na fejsie, czy to na forum - irytuję się. Poniekąd wychodzi na wierzch niespełniona belferska strona mojej natury! Jak zauważyła niedawno Najlepsza z Żon (a Najlepsza z Żon zawsze ma rację!). Przecież ja już tyle o tych koniach napisałem! Naprawdę jest jeszcze ktoś, kto tego nie czytał i nie wie..?

Intelektualnie dobrze wiem, że to bzdura: jak pisał Mistrz Lem - w dzisiejszych czasach nikt nic nie czyta. A jeśli nawet ktoś coś czyta - to nie rozumie. A gdyby jakimś cudem zrozumiał  - zaraz zapomni... Nie mogę zatem mieć do Państw P.T. Publiczności pretensji, że w kółko wyjeżdżacie z takimi samymi pytaniami. To, że mnie to irytuje jest podstawowym powodem, dla którego dawno temu odpuściłem sobie tłumaczenia i odpowiadania. I naprawdę - teraz tłumaczę i odpowiadam TYLKO I WYŁĄCZNIE DLATEGO, że jednak kilka koni przydałoby się nam sprzedać. Jak tylko sprzedam - znowu dam sobie spokój i przestanę zawracać Wam głowy. A więcej źrebiąt nie będzie. Nie przez kilka najbliższych lat. Taki jest plan...

No więc - wczoraj był kowal. Nasze dzikie (przecież KAŻDY WIE, że takiego achałtekińca to można zamiast psa stróżującego na podwórze wypuścić i listonosza zagryzie - prawda..? :-) To właśnie wyraz mojej irracjonalnej irytacji na "ludowe mądrości.."), nieopanowane, nerwowe, spalające się wręcz z nadmiaru temperamentu konie - czegoś stały jak przymurowane... Co by Państwa nie zanudzać, wrzucam tylko ogiera i młodzież (zresztą, z Weroniką na ręku więcej zdjęć po prostu nie udało się nam zrobić...):













wtorek, 29 maja 2018

Margire

Od pewnego czasu staramy się wsiadać na Margire regularnie. Co przy naszym deficycie siły roboczej (to tak a propos tego, dlaczego nie mam 50 klaczy: a kto by to, za przeproszeniem, obrobił..? I nie, nie chodzi o pieniądze: nasz Pan Sołtys od kilku lat szuka pomocnika budowlanego, a to dużo częściej spotykana umiejętność niż jeździec, gotów jest zapłacić krotność średniej krajowej i zapewnić wikt i opierunek - i nic z tego: ludzi do pracy nie ma - chyba, że chodzi o pracę na stanowisku prezesa...) oznacza - raz w tygodniu.

Margire zajeżdżona była na Służewcu. W jakiejś zamierzchłej blogowej przeszłości zdawałem z jej postępów relacje. Tudzież informowałem o jej powrocie do domu. Już wtedy (a było to wiosną 2010 roku) brakowało rąk... no - łydek i tego co wyżej łydek też - do objeżdżania wszystkich koni regularnie. Chęci miałem dobre, ale skończyło się na odstawieniu jej od pracy na prawie sześć lat. 

Dopiero Najlepsza z Żon wsiadła na nią z powrotem - dwa lata temu. I od tej pory co jakiś czas próbujemy: raz jest dobrze (tak, jak ostatnio pisałem - trudno o wygodniejszego konia...), a raz - potrafi wpaść w niczym nie uzasadnioną panikę. Trzęsie się, potrafi się cofać nie zważając na przeszkody aż do wywrócenia się. Po czym, jak się ją spokojnie i zdecydowanie pojedzie - uspokaja się i znowu jest - bajecznie. Zresztą, o ile tylko się nie przewróci, to wysiedzenie tych cofnięć nie jest ani trochę trudne: tak wygodnie i pewnie się na niej siedzi...

Nie sposób powiązać tych ataków z jakimś konkretnym strachem. Np. dwa tygodnie temu spotkaliśmy w terenie krowę: Margire przeszła obok niej spokojnie - a ataku paniki dostała 50 metrów dalej.

Raczej nie chodzi o wagę jeźdźca. Prawdę powiedziawszy, moja waga była głównym powodem, dla którego tak długo na nią nie wsiadałem - jest najdrobniejsza z naszych klaczy, a ja swoje ważę. Ale gdyby o to chodziło, to raczej byłoby tym gorzej, im dłużej obciążam jej grzbiet - a tak wcale nie jest: jako się rzekło wyżej, starczy jechać spokojnie i pewnie, a Margire - rozluźnia się.

Rada w radę postanowiliśmy jeździć regularnie, co - przy wspomnianym wyżej deficycie siły jezdnej oznacza raz w tygodniu - przynajmniej do jesieni. Na razie wygląda na to, że mamy powolny, ale stały postęp. Albo będzie z niej jeszcze wierzchówka - albo pozostanie tylko matką stadną...

Krótka, komórkowa fotorelacja z ostatniej jazdy - w niedzielę:



Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...